Archiwum autora: Sisters About

BIŻUTERIA ŁAZIENKOWA – Jakie wybrać baterie?

Gdybyście mnie zapytali w środku nocy, jak chciałabym urządzić łazienkę, to wyrecytowałabym Wam od razu. Biel na ścianach i orientalny wzór na podłodze w neutralnych odcieniach szarości i czerni. Dlatego same poszukiwania płytek nie były specjalnie trudne. Oczywiście były dylematy. Korciło mnie, aby wybrać mniejsze kafelki na ścianę i położyć je do połowy. Jednak później uznałam, że te „małe” będą już w kuchni…I padło na większy kaliber i to pod sam sufit (z wygody, by uniknąć malowania ścian po 2-3 latach).

Pewnie jesteście ciekawi co z umywalką, szafką pod umywalkę i innymi dodatkami? Nie zdradzę Wam zbyt wiele. Od dziecka lubiłam budować napięcie 🙂 Ale napiszę tylko, że będzie sporo drewna, które ociepli wnętrze. Lubię jasne wnętrza, często przełamane kontrastową czernią, ale zawsze w towarzystwie drewna.

No dobrze, żeby nie zatajać wszystkie, napiszę Wam dziś o bateriach łazienkowych. To dla mnie trudny temat i podejrzewam, że nie jestem w tej kwestii osamotniona. Są elementy we wnętrzu, które moglibyśmy wybierać godzinami, a są też takie, do których nie przywiązujemy większej wagi. Jednym z takich elementów są…baterie łazienkowe. Tym razem podjęłam decyzję, że wybiorę baterie idealne. Przeglądanie ofert zajęło mi sporo czasu, więc nie będę rozpisywać się i produkować elaboraty, tylko konkretnie opiszę Wam baterie, które wybrałam docelowo i 2-3 pozostałe, między którymi się wahałam.

Firma, na którą się zdecydowałam to DEANTE. To polska marka, która jest na rynku od około 30 lat. Dlaczego akurat ją wybrałam? Jakiś czas temu (jak jeszcze nie miałam w planach urządzać łazienki) miałam okazję dokładnie się przyjrzeć asortymentowi marki. Ich design tak utkwił mi w pamięci, że szukając baterii dla siebie nastawiłam się na DEANTE.

Wybór padł na kolekcję Hiacynt. Podoba mi się połączenie klasycznego designu z nutką nowoczesności. Dynamiczna forma sprawia, że baterie nie są nudne, ale też nie odwracają uwagi od całego wnętrza. Przy tym wszystkim są funkcjonalne, mają dwustopniową głowicę eco-click, dodatkowo jest możliwość pokierowania strumieniem wody z uwagi na ruchomy aerator. Baterie tej serii są wygodne w użyciu, przede wszystkim w codziennym życiu domowników, ale także dla dzieci. 

Nie mogłabym przejść obojętnie obok czarnej baterii, również z serii Hiacynt. To identyczny model, jaki ja wybrała, ale w kolorze czarnym. Szczerze, to chyba nie spotkałam się z łazienką, która miałaby taką baterię. A szkoda! Bo wygląda to szałowo! Jest to opcja trochę dla bardziej odważnych, ale zobaczcie…warto chyba zaryzykować. A Ci, którym po głowie chodzą czarne baterie, ale mają problem z ich dostępnością, biegnę oznajmić, że problem zażegnany. Czarne baterie są dostępne w asortymencie marki Deante (klik).

Czujecie ten retro klimat? Kolekcja Lucerna jako pierwsza wpadła mi w oko. Zwariowałam na punkcie tych pokręteł. Świetnie wyglądają w łazienkach urządzonych np. w stylu skandynawskim. Dlaczego jej nie wybrałam? Z uwagi na krótką wylewkę baterii przy wannie. Niestety potrzebna była bardziej wysunięta, co skreśliło Lucerne z listy. 

Wystarczyło, że zobaczyłam nazwę kolekcji to już wyobraźnia zaczęła mi pracować. Mieć jaguara w łazience? Bajer! Kolekcja Jaguar była olbrzymią konkurencją dla Hiacynta. Natomiast wydaje mi się, że Jaguar pasuje do łazienek bardziej nowoczesnych. Opływowe kształty baterii nadają wyrafinowania łazience i to jest fajne!

Sami widzicie, wybieranie baterii (i to po pierwszych, większych selekcjach!) nie jest łatwą sprawą. Ale uwierzcie-warto zatrzymać się na chwilę w pędzie prac remontowych i wybrać biżuterię łazienkową. Baterie mają podobą historię jak lampy. W pierwszym momencie podobno nikt nie zwraca na nie uwagi, ale tak naprawdę to one dopełniają wnętrze i tworzą spójną przestrzeń.

Dajcie znać jak wy podchodzicie do wyboru baterii. Stawiacie na klasyczne rozwiązania czy bawicie się formą, kolorem?

Projekt „MISJA:Cztery kąty i taras piąty” wciąż in progress!

 

PROJEKT KUCHNIA: Takiej kuchni się nie spodziewacie!

Wybór kuchni to najtrudniejsza decyzja podczas aranżacji nowego lokum. W trakcie naszego projektu „MISJA:Cztery kąty i taras piąty” również spadło na nas mnóstwo dylematów i znaków zapytania. Od czego zatem zacząć? Najpierw musimy zastanowić się, gdzie zakupimy meble. W grę wchodzi zaprzyjaźniony (mniej bądź bardziej) stolarz lub sieciówka. Kolejnym problemem jest model, kolor, styl kuchni. Aż wreszcie, sam projekt, czyli decyzja odnośnie rozmieszczenia sprzętu AGD, jego zabudowa (bądź jej brak), wielkości szafek, ilości szuflad etc. Nie wspominając już o dodatkach, które dopieszczą całość aranżacji.

Dlaczego wybrałam kuchnię IKEA?

Na samym początku pragnę uspokoić wszystkich sceptyków postów sponsorowanych – ten wpis !!! NIE JEST WPISEM SPONSOROWANYM !!! : ) No właśnie, nie wiem dlaczego, ale jest grupa ludzi (i to całkiem spora), która nie toleruje postów napisanych we współpracy z daną marką. To trochę krzywdzące, ponieważ wszystko to, co pokazujemy Wam na blogu bądź w mediach społecznościowych ZAWSZE jest zgodne z nami, z naszym poczuciem stylu czy przekonaniami. Ale mniejsza z tym. Mam nadzieję, że Ci lekko wzburzeni zostali uspokojeni, a reszta głowi się nad pytaniem „No, dlaczego znów ta IKEA?”.

Scandinavian Love Song

IKEA jest sprawdzona i mam do niej zaufanie, jak niektórzy do pana Zdziśka- Stolarza, przyjaciela rodziny. Podoba mi się, to że gwarancja obejmuje 25 lat. Podoba mi się, że jeśli coś się wydarzy, to sama reklamacja jest rozpatrywana szybko i korzystnie (przynajmniej tak było w moim przypadku). Podoba mi się design, kolorystyka, fukcjonalność, wiele możliwości przechowywania. I terminowości. Proces jest banalnie prosty: przychodzę do IKEA z gotowym projektem, kupuję, umawiam się na dostawę i montaż. Montaż kuchni zwykle trwa 1 pełny dzień (przy większych kuchniach – dwa dni). A jak to jest, gdy montuje nam przyjaciel Zdzisiu? Zdzisiu umówi się, że zrobi robotę w 2-3 dni, a przeciągnie się mu do tygodnia. Nie daj Boże, jeśli samochód się mu zepsuje albo skrzynkę z narzędziami zgubi, a wówczas montaż przesunie się o tydzień, dwa. Życzę każdemu poczciwego i sumiennego Zdziśka, ale uwierzcie mi, że swoje słyszałam i swoje widziałam.

A! Zapomniałabym! Właśnie zaczęła się wielka, kuchenna promocja IKEA. Do 31.07.2018 możecie skorzystać z rat 24×0% lub otrzymać bon na kwotę 100 pln za każde wydane 1000 pln. To zawsze oznacza intensywny czas dla mnie, bo wzmaga się Wasze zapotrzebowanie i prosicie o wykonanie takich projektów dla Was 🙂 I wcale się nie dziwię, bo promocja jest warta uwagi i sama z niej skorzystałam. Cieszę się, że mój projekt był gotowy wcześniej, kuchnię udało mi się kupić w drugi dzień promocji i teraz mogę na spokojnie zasiąść do Waszych projektów 🙂

Kobieta zmienną jest!

Biel. Chociaż szary był tu głównym konkurentem i praktycznie do ostatniej chwili ważyły się losy mojej kuchni…to postawiłam na biel. I może kolor nie był dla Was zaskoczeniem, ale nawiązanie do nowoczesnego stylu pewnie już tak. Wcześniej mogliście zauważyć moje zamiłowanie do żłobień, przeszkleń, szprosów.  Podobały mi się klasyczne rozwiązania, a teraz? Gładkie, białe, matowe fronty. Wybór padł na kuchnię VOXTORP. Jeszcze trochę za wcześnie, aby pokazywać Wam projekt, ale zdradzę Wam kilka szczegółów i trochę wytłumaczę się z tej bieli.

interiorbarndoorshq.com

Kuchnia tworzy openspace wraz z salonem, jadalnią oraz gabinetem. Postanowiłam, że będzie „tłem” dla całości aranżacji. Bazą, która powinna pomóc w całościowym odbiorze wnętrza, a nie wprowadzać do niego chaos. Dlatego biel.  Aby trochę poskromić nowoczesne fronty, wybrałam drewniane blaty, które dodadzą ciepła. Kuchnia nie należy do dużych, więc istotne było rozmieszczenie szafek, ale spokojnie znalazło się miejsce do przechowywania. Postawiłam na wysokie, górne szafki. Wysokie tj. 100 cm. Nie boję się, że osiągnę efekt przesadnie zabudowanej bryły, bo sufity mamy wysokie (270 cm), więc zostanie przestrzeń między szafkami a pułapem. W kuchni nie zabraknie także otwartych półek. Jak będzie w całości wyglądać wnętrze? Niebawem Wam pokażę!

Nowości.

Postanowiłam skorzystać z rozwiązań, których nigdy wcześniej nie wybrałam albo takich, które uważałam, że są zbędne. Znowu mogłabym posiłkować się maksymą „Kobieta zmienną jest„, ale sami widzicie wieje nudą…ale nie nudą wnętrzarską, bo tu same zmiany!

Torah Residence; designed by Hecker Guthrie.

–  Zabudowana lodówka – chyba zaliczam się do największych sceptyków zabudowanych lodówek. Dalej utrzymuję, że coraz częściej możemy znaleźć bardzo ładne lodówki w sklepach i trochę żal, że mamy zakrywać ten przepiękny design. Czasem kuchnia wymaga konkretnych akcentów i tu doskonale sprawdza się np. czarna lodówka. Więc co się stało, że jednak skusiłam się na zabudowaną lodówkę? Fakt, że kuchnia będzie w nowoczesnym klimacie, a po drugie – że nie jest zbyt duża i nie chciałam dodatkowo „dzielić” przestrzeni. Podoba mi się też opcja dodatkowego miejsca nad lodówką, gdzie możemy przechowywać zapasy makaronów, puszek z pomidorami i innych (nie tylko włoskich) specjałów 🙂

Płyta indukcyjna – wiecie, że nagrzewa się do 50% szybciej i zużywa przy tym 40% mniej energii? Pewnie nie potraktowałabym tych informacji aż tak serio, gdyby nie to, że przez ostatnie miesiące miałam okazję praktycznie każdego dnia korzystać z płyty indukcyjnej. I co? I nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Panel dotykowy jest kolejny plus. W prosty sposób załączamy płytę oraz regulujemy temperaturę. Jest też blokada rodzicielska, a więc dodatkowe bezpieczeństwo dla dzieci.

Zabudowany okap – kolejny punkt, gdzie zawsze, bez zastanowienia wybierałam zwykły okap, który przede wszystkim bardziej wizualnie mi odpowiadał.  A tu proszę… ponownie nowoczesność mojej kuchni przemówiła za zabudową. Co więcej, chciałam być konsekwentna. Jeśli jedna ze ścian ma być przysłonięta wysokimi szafkami, z zabudowaną lodówką-okap też musi być zabudowany.

Kran z wyciąganym, ręcznym prysznicem– kiedyś uważałam, że to bezużyteczny bajer…a teraz traktuję to jako przydatny gadżet. Od razu zaznaczam – nie jest to coś bez czego życie w kuchni jest utrudnione albo gorzej – niemożliwe. Generalnie korzystamy ze zmywarki, ale są takie rzeczy, których niestety do zmywarki nie włożymy. Np. ogromne talerze do pizzy, które trzeba umyć ręcznie, wówczas taki wyciągany prysznic sprawdza się perfekcyjnie.

Drewniane blaty– uśmiecham się jak to piszę sama do siebie i chyba muszę stwierdzić, że lubię ryzyko. Ciągłe gotowanie, pieczenie…pewnie nie przedłużą żywotności drewna. Obawiam się, że wręcz przeciwnie – drastycznie ją skrócą. Ale ja na prawdę marzyłam o drewnianych blatach. Z zazdrością przeciągałam ręką po drewnie w kuchni rodziców, więc cóż. Blaty zawsze można wymienić. Marzenia należy spełniać. Więc drewniane blaty kupione 🙂

Ceramiczny zlew – napiszę Wam szczerze…mam złe doświadczenia z metalowym zlewem. Osad z herbaty czy kawy baaaardzo ciężko schodził, a błyskawicznie się tworzył. Miałam wrażenie, że moje życie toczy się wokół czyszczenia zlewu. Ceramicznego zlewu obawiałam się…z uwagi na swój temperament do zrzucania szklanek. Pęknięcie, ubicie…Jednak patrząc na zlew moich rodziców, mam nadzieję, że mój (pomimo temperamentnej właścicielki) da radę.

Ollie & Seb’s House

Myślę, że wystarczy tych szczegółów, bo i tak baaardzo dużo Wam zdradziłam. Bądźcie pewni, że niebawem pokażę Wam kuchnię w całości i jeszcze dokładniej napiszę o swoich wyborach i rozwiązaniach, które ułatwiają gotowanie i przesiadywanie w kuchni. Ale będzie również o sprzętach i gadżetach bez których życie w kuchni nie toczyłoby się w tak radosnym i smacznym tempie 🙂

MEETBLOGIN 2018, czyli najlepsze spotkanie blogerów wnętrzarskich

Coroczne spotkanie blogerów wnętrzarskich – MEETBLOGIN 2018 – zaliczone! W ramach Lodz Design Festival miałyśmy okazję kolejny raz uczestniczyć tym spotkaniu. Organizatorka – Ula ( Interiors design blog) – stanęła oczywiście na wysokości zadania. W piątek o 12.00 wybiła godzina zero. Standardowo, zajęłyśmy „nasz” stolik. W grupie siła, więc niezmiennie, przez 3 dni, pracowałyśmy przy jednym blacie z: Izą (Lovely Place), Olgą (Lovely Place), Martą (Jasmine Home), Monika (My little nest). Jesteście ciekawi szczegółów? Wieeem, że jesteście!

Piątkowe spotkanie rozpoczęłyśmy z marką Barlinek. Barlinek przygotował dla nas warsztaty Taste of life! Po zdjęciach pewnie domyślacie się, co robiłyśmy… Tak, tak… własnoręcznie robiłyśmy praliny. Zapach czekolady unosił się i mobilizował, aby zrobić najpiękniejsze czekoladki świata, a na sam koniec schować do złotego pudełka i zawiązać wstążką. Potrzebna była duża dawka cierpliwości oraz precyzji…i bez wątpienia opanowanie, żeby nie zjeść pralin podczas warsztatów, tylko godnie dowieźć je do domu.

Kolejnym punktem w naszym programie były warsztaty zorganizowane przez markę Markslojd, poprzedzone inspirującym wykładem Anny-Marii na temat skandynawskiego dizajnu.
Naszym zadaniem było spersonalizowanie lampy-gwiazdy. Postanowiłyśmy zadziałać grupowo i przyozdobiłyśmy lampę m.in. naszymi podpisami.

Piątek zakończyłyśmy kuratorskich zwiedzaniem wystawy. Hasłem LDF były „Refleksje„. Bez wątpienia eksponaty, które widzieliśmy zmusiły nas do przemyśleń. Wystawa była szokująca i na pewno długo będziemy o niej pamiętać.

Kolejny dzień również nie pozwolił nam się nudzić nawet przez minutę. Na początek wykład Dagmary Jakubczak nt. cybernetyki charakterów. Dagmara to mówczyni, której można słuchać godzinami! 

Później było bardzo kreatywnie, a to za sprawą warsztatów zorganizowanych przez markę TGhome. Marka słynie z przepięknej ceramiki, dlatego naszym zadaniem było stworzenie aranżacji stołu w określonym temacie. Naszemu „stolikowi” przypadło wcale niełatwe zadanie, bo wylosowałyśmy temat „The Great Gatsby – bankiet”. 

Nie było ani chwili wytchnienia, bo czekały na nas kolejne warsztaty. Naszym zadaniem było zaprojektowanie kolekcji kafelek wraz z marką Paradyż. Postawiłyśmy na minimalizm, proste formy, biel i złoto. Nieskromnie napiszę: wyszło bosko!

Po wyczerpującym, ale jakże kreatywnym dniu, spokojnie zasiadłyśmy, aby wysłuchać kolejnego wykładu Dagmary z bloga Forelements nt. „Sztuka codzienności – inspiracje dla domu czerpane z otoczenia” z udziałem marki Purmo.

W niedzielę wstałyśmy już trochę zmartwione, bo przed nami był tylko ostatni dzień MEETBLOGIN, a to oznacza kolejny rok wyczekiwania na tak świetne spotkanie. Ubrałyśmy się, zjadłyśmy pyszną jajecznicę i pobiegłyśmy do sali. A tam czekali na nas reprezentanci marki Rosenthal. Przed nami stały białe figurki przedstawiające anioły, a naszym zadaniem było ich pomalowanie. To nie było proste zadanie! Znowu musiałyśmy włączyć high level cierpliwości i precyzji. Dziewczyny szalały z kolorami, a my z Mamą zachowawczo użyłyśmy szarości i pudrowego różu…

Jeśli myślicie, że to koniec warsztatów i że malowanie po porcelanie jest najbardziej wymagające, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Kolejny punk to origami, a instrukcje dawała nam Magda z Dekorujonline. To był dopiero test! Samo wycinanie formy było ciężkie, ale gdy przyszło do sklejania…dali radę tylko ci najwytrwalsi. Każdy był tak skupiony, że rozmowy przy stole były ograniczone do minimum. Czasem tylko w tle słychać było pochodne „kurki wodnej”… 🙂

Trzydniowy pobyt w Łodzi zakończyłyśmy wykładem Oli Munzar pt. „Papier-nożyce-kamień. Utarte ścieżki w postrzeganiu materiałów i jak z nich zejść.” Pomimo późniejszej pory i perspektywy, że przed każdym dłuższa droga do domu-sala była pełna. Każdy wsłuchiwał się w przekaz wykładu.

Na sam koniec jeszcze raz chciałybyśmy podziękować Uli za zaproszenie oraz perfekcyjną organizację całego wydarzenia. Z roku na rok jest lepiej! Aż trudno sobie wyobrazić, co czeka nas za kolejne 12 miesięcy.
Dziękujemy również sponsorom, dzięki którym przeładowane i zapakowane pod sam sufit w samochodzie, wracałyśmy do domu.
Podziękowania należą się także Karolinie Grabowskiej (Kaboompics, która uchwyciła najlepsze momenty na zdjęciach. Wszystkie fotografie, które wykorzystałam w poście są jej autorstwa.

Misja:Cztery kąty i taras piąty. Nowe mieszkanie!!!

Od pewnego czasu nieśmiało wspominam Wam na instagramie (sistersabout KLIK) o nowym projekcie „Misja:Cztery kąty i taras piąty”. Na naszym profilu pojawiło się zaledwie kilka zdjęć, a otrzymujemy od Was mnóstwo przemiłych wiadomości, że nie możecie się doczekać efektów etc. Nie martwcie się, sama również siedzę jak na igłach, bo jestem ciekawa jaki będzie efekt finalny całego projektu 🙂

OD POCZĄTKU. KILKA SŁÓW O PROJEKCIE

Misja: Cztery kąty i taras piąty to największy projekt, który dotychczas realizowałyśmy. Od A do Z  będziemy przedstawiać Wam, jak powstaje nowy dom. Od placu budowy, prace wykończeniowe, szukanie inspiracji, aż po dopieszczone aranżacje i możliwości, jakie daje nowe miejsce. Chcę, aby cykl wpisów był nie tylko zbiorem potężnej dawki inspiracji dla Was, ale także zbiorem porad. Jakich tematów możecie się spodziewać?

  • Jak dobrać kolor farby do ścian? Czym się kierować przy wyborze i jak korzystać z palety kolorów?
  • Sposób na okna: czyli jak sprytnie (i ładnie!) odgrodzić się od sąsiadów?
  • Sprzęty AGD bez których nie wyobrażamy sobie życia ( + cykl przepisów na pyszne dania i desery).
  • Jak oświetlić swoje cztery kąty? Kilka prostych rad, w jaki sposób upiększyć wnętrze oświetleniem przy zachowaniu najważniejszej cechy: funkcjonalność.
  • System audio Hi-Fi – koniec z obawami każdej pani domu o spójność dizajnu wnętrza.

I wiele, wiele innych!

CZTERY KĄTY I TARAS PIĄTY-DLACZEGO WYBRALIŚMY TĘ INWESTYCJĘ

Oczekiwania mieliśmy ogromne. Były obawy, że niestety nie zdołamy scalić naszych wymagań i będziemy zmuszeni z czegoś zrezygnować. Całe szczęście udało się! Wybraliśmy 75 metrowe mieszkanie w dobrej lokalizacji. Jedynym minusem był czas oczekiwania. Kupując lokum musieliśmy się liczyć z tym, że inwestycja ma status „in progress” i minie kilka miesięcy zanim przejdziemy przez próg z walizkami.

Co sprawiło, że zdecydowaliśmy się na to mieszkanie?

  • Możliwość samodzielnej aranżacji ścian. Do nas należała decyzja, gdzie mają zostać postawione ściany. To my wydzielaliśmy pokoje czy wyznaczaliśmy, gdzie ma być kuchnia czy łazienka. Dało nam to dużo swobody, a także możliwość stworzenia wymarzonego gniazdka wedle własnych potrzeb.
  • Niska zabudowa. Budynek, w którym zamieszkamy składa się tylko z parteru i jednego piętra. Co za tym idzie, pozbywamy się wizji wielkiego blokowiska. Zyskujemy większą kameralność, liczymy też na bardziej rodzinne relacje z innymi sąsiadami.
  • Ogrzewanie podłogowe. Nic tak bardzo mnie nie denerwuje jak wielkie grzejniki np. pod oknem, które ciężko zakryć. Umówmy się: to nie jest pożądany widok. Dlatego ucieszyłam się, że mieszkanie, które wybraliśmy ma ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni i wyłącznie w łazience został zawieszony dodatkowy grzejnik.
  • Mieszkanie jest bezczynszowe, a to oznacza, że co miesiąc odchodzi nam przykry obowiązek dokonania przelewu. Chyba nie muszę tego bardziej zachwalać, prawda?:)
  • Ogromny taras! Mieszkanie na parterze odpadało. Nie wiem czemu, ale sceptycznie podchodzę do pomysłu mieszkania na najniższym poziomie. Nie przekonuje mnie nawet wizja posiadania małego ogródka (do którego najczęściej każdy z sąsiadów może mimowolnie zaglądać z okna czy ulicy). Dlatego taras, który ma aż 23m2 przebił wszystko. Dodatkowo, nasze mieszkanie jest usytuowane nie od strony ulicy, a terenu zielonego, więc zyskujemy więcej prywatności. A obserwowanie zmian pór roku przez wielkie okna jest olbrzymim plusem.
  • Lokalizacja. Z jednej strony inwestycja jest usytuowana w spokojnej, zielonej okolicy, a z drugiej…mamy 8 minut do centrum Katowic samochodem. To ważne, jeśli praktycznie każdego dnia trzeba dojeżdżać do biura albo mamy ochotę wyskoczyć do kina czy na zakupy.

Na zachętę mamy dla Was także wizualizacje, abyście mogli śledzić postępy inwestycji.

SKĄD POMYSŁ NA NAZWĘ?

Pewnego dnia siedziałam w bistro mojego przyjaciela. Jadłam pyszną bezę z owocami i zerkałam ukradkiem na rzuty mieszkania. Bistro, o którym mowa to „Cztery kąty i smak piąty” w Katowicach (klik). Spójrzcie na rzut mieszkania… cztery kąty i taras piąty. Teraz już wiecie, skąd wzięła się nazwa naszej MISJI! 🙂

CO TERAZ DZIEJE SIĘ NA BUDOWIE?

Aktualnie trwają prace wykończeniowe. Kafelkowanie łazienki dobiega końca, więc zaraz zabieramy się za kafelki w kuchni. Działamy bardzo intensywnie, żeby szybko się wprowadzić. Dlatego w ciągu dnia krążę między marketem budowlanym, a inwestycją. Szukam najlepszych rozwiązań, ładnego dizajnu. Na ten moment mogę Wam zdradzić jak wyglądać będzie łazienka…Zobaczcie:

W JAKIM STYLU BĘDZIE MIESZKANIE?

W głowie mam mnóstwo pomysłów. Główną wizję mam, natomiast cały czas szukam najładniejszej sofy, dobrej pralki czy kredensu do jadalni. Dlatego dzisiaj jeszcze Wam nie pokaże moodboard’ów z produktami, które znajdą się w naszym mieszkaniu. Ale spodziewajcie się takiego wpisu niebawem, bo projekt wnętrza tworzy się intensywnie 🙂

Jak Wam się podoba nowy projekt „Misja: Cztery kąty i smak piąty” ? Może jest coś, co chcielibyście zobaczyć albo macie pytania w kwestii urządzania wnętrz.

 

Królestwo Bruna. Mieszkanie przyjaciół [4]

Cześć kochani! Powracamy do Was z cyklem postów „Mieszkania przyjaciół”. To nic innego jak zaglądanie do domów naszych znajomych oraz inspirowanie Was nowymi wnętrzami. Dla przypomnienia, do tej pory ukazały się trzy wpisy: Monika- Skandynawski design (klik), Sabina- Przytulny zakątek (klik) oraz Jola-Rodzinna Oaza (klik).

Tym razem, podglądamy mieszkanie Dominiki i Marcina, w którym niebawem pojawi się Bruno. I to właśnie Bruno zainspirował swoich rodziców to niemałej metamorfozy ich domu. Rozpoczęło się niewinnie. Do tej pory niezagospodarowany pokój miał przemienić się w królestwo małego Bruna. Zaczęły się plany, projekty, przeszukiwanie internetu w celu znalezienia wymarzonego łóżeczka, ozdób czy wózka. I myśl: a może zrobić lifting całego mieszkania? Skończyło się na malowaniu, lekkiej zmianie kolorystyki i wymianie niektórych mebli. Efekt? Znakomity! Wchodząc do mieszkania Dominiki i Marcina od razu zauważymy, że mieszkanie jest spójne. Kolor żółty jest wiodącym akcentem w sypialni i pokoju Bruna. Bazę stanowi biel oraz szarość z ciemniejszymi dodatkami.

Pewnie domyślacie się, że inicjatorką wszystkich zmian była Dominika? Faktycznie tak było, ale Marcin włożył mnóstwo pracy, aby mieszkanie wyglądało pięknie. Cierpliwie malował ściany, skręcał meble i zawieszał dodatki. Wszystko po to, aby ich maleństwo, które niebawem przyjdzie na świat miało najpiękniejszy pokój. Dominika skupiła się na DIY (zrób to sam). Dzięki temu w ich mieszkaniu znalazły się własnoręcznie wykonane m.in. pompony, plakaty, łapacz snów czy chmurki zawieszone nad łóżeczkiem Bruna. Widać, że przyszli rodzice włożyli mnóstwo pracy, ale dla takiego widoku było warto!

Zaraz pewnie przejdziecie do oglądania zdjęć, dlatego śpieszę z informacją, że mieszkanie zajmują jeszcze dwaj lokatorzy. Kevin (Ragdoll) oraz Misiek (Święty kot birmański). Kto to taki? To dwa koty, które z wielką przyjemnością pozowały do zdjęć 🙂

Nie przedłużając – zapraszamy Was na room tour! Dajcie koniecznie znać jak Wam sie podoba! 🙂

Naklejki (kropki) nadały charakteru asymetrycznej ścianie.

Mommy bag czeka spakowana na TEN dzień.

Na zdjęcia załapał się również wózek marki Cybex. 

W sypialni, ściana za zagłówkiem została pomalowana na ciemniejszy kolor. Dzięki temu w sypialni coś się dzieje, a łóżko na jej tle bardziej się oznacza.

Kuchnia jest otwarta na salon. Dominice i Marcinowi udało się połączyć te dwa pomieszczenia. Nowoczesna kuchnia z drewnianym blatem ładnie nawiązuje do przytulnego salonu, w którym pojawiła się nowa, szara sofa. Wcześniej stała tu beżowa, z eko skóry. Bez wątpienia obecna aranżacja wygląda o niebo lepiej!

Las w słoiku to nowe „dzieło” Dominiki. Prawda, że świetnie wygląda?

Minimalizm: tradycyjny czy totalitarny? Do której grupy należysz?

Od kilku lat obserwuję modę na minimalizm. Poradniki piętrzą się na sklepowych półkach i krzyczą do nas nagłówkami typu: Zredukuj swoją szafę lub Potrzebujesz tylko 2 par spodni i 3 koszule. Nie mogę opisać słowami… jak bardzo to do mnie nie przemawia.

Wydaje mi się, że samo pojęcie „minimalizm” zyskało przynajmniej dwa odłamy. Mianowicie, wyróżniłabym minimalizm tradycyjny oraz totalitarny. Czym one się różnią? Do której grupy się zaliczam? A może nie mam nic wspólnego z popularnym ostatnio minimalizmem? 

Kiedyś nikt się nie zastanawiał nad formą minimalizmu. Ludzie dzielili się na tych, którzy mają mało rzeczy i na tych, którzy się nie ograniczają w pozyskiwaniu nowych dóbr. Obecnie sprawa się skomplikowała. A to wszystko za sprawą dwóch (mam wrażenie-wojujących ze sobą) grup.

Minimalizm tradycyjny to ten, który znamy od lat. W tej grupie są osoby, które nie lubią gromadzić bibelotów, ubrań i innych, wszelkiego rodzaju pierdół (potocznie nazywanych gadżetami). Drugi team jest bardziej restrykcyjny. Filozofia minimalizmu totalitarnego zakłada ciągłe dążenie do ograniczania się pod względem ilości. Bardzo popularne są akcje, których celem jest pozbycie się np. ubrań, tak aby cała garderoba składała się z max. 30 sztuk. Motto jest proste: maksymalnie ogranicz swój pociąg do ubrań, mebli, bibelotów, gadżetów etc.

Przerażeni? Ja tak. Szczególnie, gdy podpatruję wszystkie tego typu „ograniczające” akcje w mediach społecznościowych. Patrząc na moje upodobania przez pryzmat minimalizmu totalitarnego, spokojnie mogę stwierdzić, że żadna ze mnie minimalistka. Mało tego, uciekam od takich akcji daleko, aby przypadkiem w zasięgu mojego wzroku nie pojawiła się publikacja zachęcająca do tak drastycznych zmian.

Z drugiej strony, nie gromadzę rzeczy. Tutaj dobrym przykładem jest moja garderoba. Chyba nie jestem typową kobietą, bo z dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że ja zawsze mam się w co ubrać. Czy to oznacza, że moja szafa zajmuje jeden wielkich pokój i można w niej znaleźć 40 sukienek czy 50 par szpilek? Nie! Ale mam dwie zasady: lubię mieć wybór, dlatego w swojej garderobie mam kilka par szpilek, nie ograniczam się do jednej pary adidasów, mam z 10 sukienek letnich i kilka par spodni. Lubię też torebki i nie wstydzę się, gdy dobieram je do każdej stylizacji a nie biegam po mieście z jedną sztuką przez kilka lat. Druga kwestia to porządki. Średnio 3 razy do roku robię gruntowny przegląd szaf. Jeśli w czymś nie chodziłam w poprzednim sezonie to nie ma zmiłuj- taka rzecz wylatuje z mojej garderoby na zawsze. 

Jest jednak coś co nie przechodzi przez moją selekcję NIGDY. Co to takiego? Książki. Lubię jak się piętrzą na regale i nie wyobrażam sobie, żebym miala się ich pozbyć. Każda z pozycji, która leży na półce łączy się z jakąś historią. Jedną zabrałam na wyczekane wakacje, drugą czytałam podczas pisania pracy magisterskiej, a jeszcze inną kupiłam, gdy czekała mnie długa podróż pociągiem. Mam do nich sentyment. Usprawiedliwiam się tym, że czasem jestem „przyjacielską biblioteczką”, bo znajomi chętnie przypatrują się zbiorom i pożyczają książkę.

Minimalizm? Hit czy kit? Lubicie kontrolować ilość rzeczy w szafie czy macie naturę zbieracza? Uważacie, że faktycznie obecnie mamy do czynienia z dwoma odłamami minimalizmu, a może to tylko brednie i tak na prawdę nie widzicie różnicy pomiędzy tym co było kilka lat temu? Dajcie znać, do której grupy się zaliczacie!

Ściskam!

Marzec w obiektywie. 03/2018

Każdego roku wyczekuję aż rozpocznie się marzec. Kojarzy mi się on z początkiem wiosny, zrzuceniem ciężkich, zimowych ubrań, a także z naszymi urodzinami. Bowiem zarówno Mama jak i ja świętujemy w marcu. Z tą różnicą, że Mama ten okres rozpoczyna (zodiakalna rybka), a ja kończę (baran ze mnie:)) W tym roku marzec okazał się dość intensywny. Wyjazdy, spotkania ze znajomymi, nawet na blogu pojawiło się aż 6 wpisów. To co? Jesteście ciekawi, co się działo w marcu?

W pierwszej połowie miesiąca pojechałyśmy do Poznania na targi wnętrzarskie. Mnóstwo wystawców, pięknych mebli, uroczych dodatków i energetycznych spotkań. Miałyśmy okazję zobaczyć nowe kolekcje marek, które dostępne będą na rynku dopiero za kilka miesięcy. I juz teraz możemy Wam zdradzić, że w sklepach znajdziecie na prawdę świetne rzeczy.

Ale od początku. W Poznaniu spędziłyśmy aż 3 dni. Podróż ze Śląska nie należy do krótkich, ale ten kto nas zna ten wie, że przemieszczanie się nie stanowi dla nas problemu. Raz dwa pakujemy walizki i wybywamy.
Do Poznania jechałyśmy w 3, razem z Zoyką i również w tym składzie zakwaterowałyśmy się w apartamencie na starym mieście. Rozmawiałyśmy do późna, zajadając pyszne ciasto marchewkowe, którym ugościła nas Zoyeczka 🙂
Kolejny dzień rozpoczął się intensywnie. Z samego rana wyruszyłyśmy na targi, aby pojawić się na śniadaniu prasowym, aby porozmawiać z dyrektorami imprez : Natalią Tarachowicz (Home Decor), Małgorzatą Czubak (Arena Design), Józefem Szyszką (Meble Polska). Potem czekało na nas bieganie po stoiskach w poszukiwaniu inspiracji. Późnym popołudniem wróciłyśmy do pokoju, ale tylko na chwilę, bo w planach miałyśmy Domówkę organizowaną przez markę VOX.

Drugi dzień rozpoczął się także w biegu. Tym razem, śniadanie prasowe marki Black Red White i odwiedzanie kolejnych stoisk. Klasycznie, stoisko Belldeco ugościło nas rześkim prosecco i przemiłym towarzystwem. Atrakcją były dla nas warsztaty z zapachu prowadzone przez jedynego, polskiego senseliera- Martę Siembab. A wszystko działo się w stresie strefie blogerów wnętrzarskich Bloggers Zone. Dziewczyny jak zawsze dały radę i urządziły przestrzeń wedle najnowszych trendów. Ula, Dagmara, Kasia, Ania, Marta – świetna robota! 

Drugą noc w Poznaniu spędziłyśmy w innym miejscu. Nie byłoby w nim nic spektakularnego, ale antresola, jak i sam układ małego mieszkania urzekł mnie do potęgi! Cała przestrzeń została urządzona w przytulnym klimacie w towarzystwie cegły, drewna i jasnych kolorów. Niestety nie zobaczycie tego na zdjęciach, ale łazienka została ukryta za przesuwnymi drzwiami, a jej środek na pierwszy rzut oka był bardzo minimalistyczny. Jednak pod płytami skryły się pojemne szafki, które nie zabierały miejsca. A Wy jesteście zwolennikami antresoli? Macie je w swoich domach?

Nie mogło zabraknąć urodzinowej Mamy 🙂 

Jezeli szukacie miejsca w Katowicach, gdzie można dobrze zjeść i nacieszyć oko, to właśnie znaleźliście. Cztery kąty i smak piąty to miejsce, w którym zjecie pyszny lunch, spotkacie się ze znajomymi, skosztujecie pysznego deseru. Polecam! 

A teraz hit marca! Obudowa na laptopa, w formie naklejki, która może być także kompatybilna kolorystycznie z etui na telefon. Oprócz klasycznych marmurków, czy motywu dżungli, w mojej kolekcji znalazła sie także różowa, kwiatowa, w totalnie wiosennym klimacie. Sami zobaczcie…lubicie takie gadżety ( bądź co bądź- funkcjonalne, bo chronią sprzęt:)) czy nie zwracacie na takie rzeczy uwagi? Dla chętnych – tutaj możecie je zamówić Caseapp KLIK.

W marcu udało mi się złapać samolot do Palermo na Sycylii. Potrzebowałam kilku dni, aby naładować się energetycznie i wejść z przytupem w wiosenne obowiązki. Dobrze wiecie, że Italia to moja niezmienna miłość i zawsze, gdy tam jadę, to jestem pewna, że na miejscu zastanę pyszne jedzenie, świetną atmosferę i dobrą pogodę.

Nie będę Wam opowiadać, co warto zwiedzić, bo do bloga podróżniczego mi zbyt daleko, ale śmiało mogę Wam polecić stronę weekendowi.pl, gdzie znajdziecie cenne rady pt. co/gdzie/za ile. KLIK.

Będąc w Palermo, musiałam pojechać do Cefalu. To nadmorska miejscowość, do której warto się udać, tym bardziej, że pociągiem jedziemy niecałą godzinę. Widoki cudowne. Domyślam się, że w sezonie plaża jest tłumnie zajmowana przez turystów, natomiast o tej porze roku turystów praktycznie nie było. 

A co się działo na blogu w marcu? Sami zobaczcie, jeśli coś Wam umknęło. Teraz jest najlepszy moment, żeby nadrobić zaległości.

1.Moje TOP 9 przyjemnego podróżowania KLIK.

2. Relaks przy lampie – wiosenna odsłona mojego salonu KLIK.

3. Wielkanoc – moment przesilenia fizycznego czy rodzinny spokój? KLIK.

4. Moja słabość – gdy jeden kosz to zdecydowanie za mało KLIK.

5.Aranżacja pokoju dla dzieci KLIK.

6. Rozmowy (nie)kontrolowane. Sisters About ujawniają prawdę o sobie KLIK.

Wielkanoc – moment przesilenia fizycznego czy rodzinny spokój?

Cześć! Kochani! Mamy to! Święta tuż tuż,  a to zwykle oznacza wielkie porządki. Dobrze mnie znacie i wiecie, że lubię mieć wszystko ogarnięte z wyprzedzeniem. Dlatego u mnie w domu prace świąteczne zakończyły się jakiś czas temu. Okna umyte, porządki w szafach zrobione.

Ale nie to chciałabym Wam przekazać dzisiaj. Często słyszę jak chęć perfekcyjnego przygotowania świat przesłania czerpanie radości z kilku dni wolnego. Nie ma nic gorszego jak gotowanie przez cała noc, sprzątanie do upadłego, tylko po to, aby przez kolejne dni siedzieć zmęczonym przy stole i nie mieć ani chęci ani energii na rozmowy z rodzina.

Warto to wypośrodkować. Zadbać o czystość, o dobre wypieki, ale we wszystkim zachowywać umiar. Rodzina nie pogniewa sie, jesli okna nie bedą blyszczesc a na stole pojawi sie tylko jedno ciasto.

A jak jest u Was? Spokojnie podchodzicie do świątecznych przygotowań czy może chcecie sie wykazać na 120%? Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam na kilka wielkanocnych kadrów. Ewelina

Relaks przy lampie – wiosenna odsłona mojego salonu

Cześć Kochani! Czujecie już wiosnę? Na dworze robi się coraz to cieplej, więc zadbałam, aby w naszym domu również pojawiły się wiosenne akcenty.

Mój salon ciągle przechodzi mini metamorfozy. Sama zmiana koloru poduszek, pledów czy bibelotów potrafi zdziałać cuda. Róż i niebieski odstawiłam chwilowo na rzecz ciepłej żółci. Nastroju dodaje trójramienna lampa. Uwielbiam usiąść wygodnie w fotelu i przeglądać czasopisma wnętrzarskie, dlatego lampa oprócz tego, że ładnie wygląda to jeszcze umila mi czas podczas czytania.

A mówi się, że papier wychodzi z mody… Powiem Wam szczerze, że przeglądanie inspiracji w internecie jest szybkie i wygodne, ale jednak wolę wziąć do ręki gazetę i strona po stronie wertować artykuły. Macie podobnie? Kupujecie jeszcze prasę czy przerzuciliście się tylko na strony www? Ściskam!

ps. Uprzedzając pytania, lampa którą widzicie na zdjęciach pochodzi ze sklepu Britop Lighting (klik) 🙂

Moje TOP 9 przyjemnego podróżowania

Wiele osób mówi, że lubi wyjeżdzać na wakacje, ale nienawidzi się pakować. Całe szczęście nie mam z tym problemów i potrafię sprawnie spakować się na wyjazd. Nie zawsze tak było i wiele razy popełniłam kilka gaf, np. w podróż na Kretę zabrałam największą z możliwych walizek i spakowałam do środka wszystkie swoje letnie ciuchy. W rezultacie, prócz ciężkiej walizki, która była większa ode mnie, udało mi się wykorzystać 1/5 zabranych ubrań…

1.Zabieram maksymalnie mało ubrań, aby zmieścić się do bagażu podręcznego, który mogę zabrać na pokład samolotu.

Bez znaczenia, czy pakuję się na dwa dni czy 8, zawsze staram się zmieścić do małej walizki. Gdy wyjeżdżam na dwa tygodnie, również zabieram minimalną ilość ubrań. Jak to zrobić? Wystarczy przed wyjazdem dobrze zaplanować, co chcemy zabrać. Najłatwiej jeśli będziemy trzymać się jednej gamy kolorystycznej, wówczas mamy gwarancję, że każda rzecz zmiksowana z drugą będzie do siebie pasować. Staram się nie brać np. ulubionej różowej bluzy, jeśli wiem,że wyłącznie do jednej pary jeansów będzie mi pasować.

2. Podróżuję najczęściej w adidasach.

Dlaczego? Po pierwsze, buty sportowe to must have nawet podczas biznesowych wyjazdów. Wieczorne zwiedzanie albo przeprawa przez pół miasta jest o wiele wygodniejsza w adidasach. Po drugie, obuwie sportowe zajmują zwykle najwięcej miejsca walizce, więc wolę je mieć na sobie, a wolne miejsce w walizce spożytkować na dodatkową parę spodni.

3. Zawsze zabieram szpilki.

Nieważne czy to wyjazd służbowy czy przeprawa przez Maroko – zawsze jedną parę szpilek muszę mieć w torbie. Czasem wypadają nam niezapowiedziane kolacje, bankiety, koncerty. A kobieta od razu ma +10 punktów, gdy założy szpilki nawet do zwykłych jeansów. Przynajmnie taka kobieta, która uwielbia obcasy 🙂

4. Zabieram tylko najlepsze kosmetyki.

Porównując kosmetyczki koleżanek, mogę śmiało stwierdzić, że i tak nie mam ich zbyt wiele. Jednak mimo to, ograniczam ich ilość do minimum i zabieram tylko te, które lubię najbardziej. Jeden podkład, bronzer, paletka cieni, tusz do rzęs, szminka, błyszczyk to wystarczy! Dodatkowo, nie ruszam się bez Nuxe (TUTAJ go polecałam KLIK). To suchy olejek do ciała, który świetnie mieni się na skórze nie tylko odbijając promienie słoneczne, ale również podczas wieczornej kolacji. Nie zapominam także o higienie i w bocznej kieszonce torebki mam zawsze żel lub chusteczki antybakteryjne.

5. Używam wersji MINI.

Ulubiony szampon przelewam do przezroczystych buteleczek (100ml), a krem przekładam do mniejszego opakowania. Dzięki temu nie tylko nie mam problemu wybierając bagaż podręczny ( w takim bagażu jest limit na przewożenie płynów; max 100ml na jedną buteleczkę), co więcej zyskuję miejsce w walizke. Podobnie z demakijażem. Wybieram chusteczki do demakijażu a waciki wraz z płynem miceralnym zostawiam w domu. Co jeszcze? Mini pasta do zębów, odżywka do włosów etc. Dobrze, że artykuły „do samolotu” są łatwo dostępne i znajdują się na jednej półce w praktycznie każdej drogerii.

6. Torebka

Na podróż wybieram plecak lub większą torebkę. Ważne, aby pomieściły ksiażkę, dokumenty, pomadkę nawilżającą czy telefon. Ale nie zapominam o mniejszych torebkach, które łatwo upchać w walizce, a potrafią dopełnić stylizację.

7. Maluję paznokcie lakierem hybrydowym.

Aktualnie nie wyobrażam sobie życia bez hybryd, które wprost uwielbiam. Ale swego czasu praktykowałam wyłącznie, gdy wybierałam się w podróż. To niesamowity komfort, gdy zapominasz o malowaniu paznokci na 2 tygodnie. Nie stresujesz się, że na płytce paznokcia zrobi się odprysk ani nie marnujesz czasu w przerwie na lunch na zadbanie o swój manicure.

8. Organizacja w kosmetyczce.

Wyznaję zasadę grupowania przedmiotów. Nie lubię wrzucać wszystkiego chaotycznie do walizki. Zaplątany zasilacz od laptopa pomiędzy prostownicą a paczką chusteteczek to nie na moje nerwy. Mam dwie większe kosmetyczki. W jednej przechowuję elektronikę ( ładowarki, powerbanki, dodatkowe wtyczki, pendrive etc.) a w drugiej kosmetyki. Mam też przezroczystą saszetkę, gdzie przechowuję leki (tabkletki przeciwbólowe, na gardło, coś na przeziębienie, witaminy etc.). To również wymóg na lotnisku, aby w łatwy i przyjemny sposób przejść kontrolę bezpieczeństwa.

9. Jestem przygotowana na każdą pogodę.

Zależy kiedy wybieramy się w podróż, ale polecam zawsze być przygotowanym na zmianę pogody. Pamiętam jak bedąc w Mediolanie, gdzie każdego dnia było 16-17 stopni, jednego dnia spadła drastycznie temperatura do 7. Nie pomagał też silny wiatr oraz deszcz. Ratowałam się jak mogłam, nawet kupiłam grube skarpety i longer, aby ubrać się „na cebulkę”. Teraz bez wahania wrzucam do walizki lekką czapkę, szal którym mogę „przykryć się” w samolocie, okulary słoneczne (nawet, gdy zapowiadają deszcz), a także wspomniane wcześniej longery, czyli cienkie bluzki z długim rękawem, które swobodnie mogę ubrać od sweter.

A wy macie swoje sprawdzone sposoby, aby podróżować komfortowo? A może nie zwracacie uwagi na ilość walizek i pakujecie wszystko tak, aby czuć się komfortowo i mieć możliwosć dużego wyboru ubrań oraz dodatków? Dajcie znać 🙂