Wszystkie wpisy kategorii: Lifestyle

Drugie urodziny – jeszcze bardziej luksusowe

Nie bójcie się, tytuł jest trochę przewrotny. Niewątpliwie nawiązuje do zeszłorocznego postu, pierwszych urodzin Klary. Spotkał się on z wieloma skrajnymi opiniami. Jedni podziwiali, doceniali, a drudzy? A drudzy m.in. uznali, że urodziny te były „na bogato”. Cóż, po krótce, dla przypomnienia: urodziny odbywały się podczas pandemii, w domu. Jedynymi gośćmi był Bartek-tata Klary i ja. Ciasta przygotowałam sama, balony nadmuchaliśmy wspólnie. Rodzina i przyjaciele zadbali o prezenty, które dostarczali pocztą lub zostawiali pod drzwiami. Żeby dodać pikanterii również ubraliśmy się nieco odświętnie. O co więc chodzi z tym luksusem? Dlaczego teraz było bardziej luksusowo? Zaraz Wam opowiem.

Dlaczego te urodziny były bardziej luksusowe, niż poprzednie

Niezbywalnym, niepodważalnym argumentem jest fakt, że urodziny odprawialiśmy 4 razy. Nic mi się nie pomyliło, faktycznie urządziliśmy w domu 4 imprezy urodzinowe dla Klary. Wszystko dlatego, że podobnie jak w zeszłym roku-urodziny wypadły podczas pandemii, gdy miał miejsce ostry lockdown. Nie było aż tak źle, jak rok temu, ale zależało nam na tym, aby zachować minimum bezpieczeństwa. Luksus polegał również na tym, że na stole nie było wyłącznie mojego sernika czy bezy, ale przede wszystkim torty na zamówienie. Genialna sprawa! Doznania smakowe to jedno, ale ten pisk radości dziecka zaraz po ujrzeniu tortu urodzinowego-bezcenny.

Balony dziecięcym marzeniem

Nie wiem, co takiego jest w balonach, ale mają cudowną moc. Sama pamiętam, że maksimum szczęścia doznawałam, gdy zawiązywano wstążeczkę na moim nadgarstku z unoszącym się obok balonem wypełnionym helem. Do tej pory uśmiecham się na ich widok, ale też staram się dostarczać tej radości swojej córeczce. Dlatego zamówiłam mnóstwo balonów, aby uczcić drugie urodziny Klary. Oprócz zwykłych, pojawiły się również tematyczne ze Świnką Peppą w roli głównej oraz butla z helem, aby balony unosiły się nad podłogą. Żałuję, że nie mam zdjęć, ale mina Klary, gdy rano wstała i zobaczyła unoszącą się ulubioną świnkę pod sufitem…nie do opisania.

Precyzyjne wybieranie prezentów

Każdy wie, że wybranie prezentu dla dziecka jest dość skomplikowanym i stresującym procesem. Zwykle obserwuję, co interesuje Klarę, podpytuję ją albo podpatruję u innych dzieci. Od urodzin Klary minęły ponad dwa miesiące, więc mogę wam spokojnie polecić zabawki, które znalazły  się na naszej urodzinowej liście. Zacznijmy od tego, że zawsze sprawdzają się wszelkiego rodzaju układanki, puzzle czy książeczki. Ale pojawiło się też kilka innych prezentów, które mogą Was zainspirować 🙂 Oto one:

 

  1. Zestaw PLAY-DOH do robienia lodów. To nasz pierwszy zestaw tego typu, ale pewnie z czasem coś dokupimy.
  2. Kamper Barbie 3w1. Klara Barbie uwielbia, więc na urodziny prócz np. lalki lekarski otrzymała taki pojazd. Świetny, bo zajmuje dziecko na dłużej. W kamperze prócz odczepianego samochodu, łódki, sypialni czy łazienki znajdziemy akcesoria do przygotowania posiłków etc.
  3. Skuter na akumulator w stylu włoskiej Vespy. Klara uwielbia siadać na moją Vespę, lubi też wszelkiego rodzaju mobilne zabawki, więc taki skuter był prostym wyborem. Nasz upolowaliśmy na allegro, więc polecam tam zajrzeć 🙂
  4. Lodziarnia Melissa&Doug. Te drewniane zabawki gwarantują niezłą zabawę, szczególnie z zestawem kuchni, który Klara dostała rok temu.
  5. Deska do balansowania (u nas marki Gakker). To nie tylko deska, ale też zjeżdżalnia czy stoliczek. Zasosowań sporo, a sam przedmiot „rośnie” z dzieckiem.
  6. Walizka dziecięca See-Ya Suitcase.  Zaczęło się niewinnie, gdy Klara w tv zobaczyła jak dziewczynka ciągnie walizkę na kółkach.  Ale tak się składa, że od kwietnia często gdzieś wyjeżdżamy i walizka nie służy tylko do zabawy. Klara pakuje do niej swoje zabawki, które zabiera w podróż i dumna ciągnie za sobą walizkę. Polecam!

A jak wam udawało się organizować imprezy podczas pandemii? Ograniczaliście liczbę osób czy kompletnie nie zawracaliście sobie tym głowy?

ps. Ten „luksus” to wiecie…tak z przymróżeniem oka 🙂

Czy warto posłać dziecko do żłobka? Moja refleksja po miesiącu naszego żłobkowego życia.

Czy młoda mama powinna wracać do pracy?

Z wizją żłobka oswajaliśmy się praktycznie zaraz po urodzeniu się Klary. Nie będę czarować, na początku pomysł ten w ogóle mi się nie podobał. Nie wyobrażałam sobie jak mogłabym zostawić takiego małego szkraba na kilka godzin w obcym miejscu. Z drugiej strony, opieka babci też nie była za bardzo możliwa. Tułanie się z dzieckiem z Mysłowic do Bytomia, albo babci do Mysłowic w godzinach szczytu na drogach nie przedstawiała się zachęcająco. Była też trzecia opcja:rezygnacja z pracy i korzystanie z urlopu wychowawczego. Dla mnie odpadała na starcie. Nie wyobrażałam sobie, że miałabym zrezygnować z rozwoju zawodowego jeszcze na kolejne np. 2 lata.

Poszukiwanie miejsca idealnego

Jak już doszliśmy do wniosku, że nie ma innej opcji i Klara musi iść do żłobka, rozpoczęłam poszukiwania tego idealnego miejsca. Takiego, w którym wiem, że moje dziecko będzie szczęśliwe, a ja spokojna. Nie dyskwalifikowałam ani prywatnych ani publicznych placówek. Ważne było, aby żłobek nie był za bardzo oddalony od domu. Oboje z mężem pracujemy z domu, a nawet jeśli sytuacja z COVID-19 ustabilizuje się, to i tak kilka razy w tygodniu mamy home office. Dlatego bezsensu wydawało mi się szukanie żłobka obok mojego biura. Przyznam się, że długo nie musiałam się trudzić. Po pierwszym spotkaniu z właścicielem żłobka wiedziałam, że jest to idealne miejsce dla Klary.

Adaptacja

Przez pierwsze kilka dni Klara uczęszczała do żłobka tylko na kilka godzin. W zasadzie swoją przygodę z placówką zaczynała od jednej godziny! Wszystko po to, żeby się nie wystraszyła i przyzwyczaiła się do nowej sytuacji. Bodajże trzeciego lub czwartego dnia pojawił się kryzys, był płacz już przy wejściu do żłobka. Nie zniechęciło to nas, a słowa właścicielki tylko nas uspokoiły. Chodzi o to, że w pewnym momencie dziecko orientuje się, że to nie zabawa, chwilowa rozrywka, ale jego nowy styl życia. Po krótkim kryzysie było już tylko lepiej.

Jak oceniam żłobek po miesiącu?

Klara jest zachwycona pobytem w żłobku. Uwielbia wszystkie ciocie, zabawę z dziećmi. Ładnie je posiłki. Od zawsze staramy się uczyć Klary samodzielności, ale to co się wyprawia w ciągu ostatniego miesiąca jest jakimś szaleństwem. Poniżej wypunktuję Wam, to co zmieniło się w Klarze, czego się nauczyła etc. :

– Udoskonaliła jedzenie łyżką i widelcem; niechętnie je rękami
– Po zakończonym posiłku ściąga śliniak i odsuwa talerz od siebie
– Potrafi się skupić na opowiadaniu czy czytaniu oraz zabawie
– Stara się ubierać sama buty (i często jej się to udaje!)
– Zaczęła zauważać nocnik (a nawet czasami z niego korzystać)
– Prosi mnie i Bartka do tańca w parze
– Nauczyła się nowych słów i odgłosów
– Ładnie pije z kubka
– Sama wyciąga smoczek, gdy podjeżdżamy pod żłobek
– Nauczyła się nowych zabaw (np. zaczyna chodzić na paluszkach, pochylona podczas piosenki „stary niedźwiedź mocno śpi”
– Gdy wraca do domu jest „wybawiona”, więc nie robi afer, jest radosna

Minął zaledwie miesiąc, a my widzimy już takie zmiany! Ciekawe co przyniosą nam kolejne miesiące.

Nie taki diabeł straszny

Dla nas to wielka wygoda, gdy Klara kilka godzin zostaje w żłobku. Możemy wtedy spokojnie popracować. Nie przekraczamy jednak granicy 6h Klary w żłobku. Póki dajemy radę dzielić się obowiązkami, to nie chcemy, aby zbyt długo przesiadywała w placówce. Zdziwię Was, bo moja mama, która była przeciwna pójściu Klary to żłobka, teraz całkowicie zmieniła zdanie. Widzi jaka samodzielnym i radosnym dzieckiem jest Klara, a to przede wszystkim zasługa nowego miejsca. A sama Klara? Tańczy za każdym razem, gdy ją zaprowadzam i odbieram. Jej radość jest nie do opisania. Ba! Kiedyś pomiar temperatury zawsze kończył się płaczem i krzykiem, a obecnie Klara dumnie stoi przed wejściem na salę i wyczekuje aż niebieska lampka wycelowana w jej czoło dokona pomiaru temperatury. Pewnie zastanawiacie się jak z chorobami. Przyjęło się, że dziecko więcej nie chodzi do żłobka czy przedszkola niż chodzi. Wydaje mi się, że to bardzo indywidualna sprawa i jest związana z poziomem odporności dziecka. U nas (odpukać w niemalowane!) jeszcze nie było żadnej choroby, ale jesteśmy świadomi, że w okresie jesienno-zimowy może nam się coś przypałętać:)

Jestem ciekawa, jak to wygląda u Was? Posyłacie swoje dzieci do żłobka, przedszkola? A może wolicie same zajmować się swoimi dziećmi? Dajcie koniecznie znać!

 

Dlaczego akurat TE kosmetyki są dla mnie najlepsze

Cenię umiar

Nie zawsze tak było. Będąc w liceum potrafiłam wydać każdą zaoszczędzoną złotówkę na zakupy. Przeskakiwałam z nogi na nogę w oczekiwaniu na najnowszy katalog popularnych marek kosmetycznych. Butelka płynu do kąpieli do połowy pełna, a ja już w zanadrzu miałam dwie kolejne, o zamachu mango i słodkiej wanilii. Szminki, błyszczyki, paleta cieni do powiek we wszystkich kolorach tęczy czy przepełniona skrzynka lakierów do paznokci. Dawałam czadu, nie zaprzeczę. Ale później stopniowo zaczęło się to zmieniać. Teraz 20 razy zastanowię się, czy kupić dany produkt, poczytam recenzje, szukam porady u specjalistów. Dlatego z dumą prezentuję moją minimalistyczną kosmetyczkę.Dzisiaj pokażę Wam moje ukochane produkty, które mogę polecić wam równie szczerze, co mojej Mamie czy najlepszej przyjaciółce.

Powiew włoskiej perfekcji

Ilekroć byłam we Włoszech, zawsze zwracałam uwagę na to, jak wyglądają mieszkanki tej południowej krainy. Nienagannie ubrane, perfekcyjnie umalowane, z zadbanymi włosami,pachnące. Wzór w każdym calu. Dlatego, gdy dowiedziałam się o marce Collistar wiedziałam, że muszę sięgnąć po ich produkty. Marka ta to kwintesencja włoskiego stylu. Ich peeling przeciwstarzeniowy Talasso-Scrub jest numerem jeden! Sól morska wzbogacona m.in. o kwiat pomarańczy i owoce cytrusowe z Sycylii sprawia, że przenosicie się myślami na włoską wyspę. Skóra jest niesamowicie wygładzona i rozświetlona. Nie uwierzycie, jeśli same nie spróbujecie. Opakowanie mam już na wykończeniu i śpieszę zamówić następne, bo nie wyobrażam sobie relaksu w wannie bez tego peelingu. Drugi produkt tej marki to ujędrniający balsam do ciała. Jest niesamowicie wydajny pomimo mojego ciągłego używania. Skóra po nim jest bardzo wygładzona, wręcz porcelanowa. Dodatkowo, cudownie pachnie 🙂 Przyznam się Wam, że po kąpieli smaruję nim całe ciało, ale lubię też rano posmarować chociaż ręce przed wyjściem z domu, aby poczuć tę gładkość i zapach. Mam pełne zaufanie do marki, więc już niebawem w mojej łazience zagoszczą inne produkty (dam wam znać co i jak:)).

Matowe szminki 

Przyzwyczaiłam się do tego, że mój makijaż nie jest spektakularny. Bardzo odbiegam od makijażu, który „uprawiałam” jeszcze w czasie studiów. Wówczas nie było mowy o wyjściu z domu bez wyraźnego umalowania oka. Oczy a’la panda były moim hitem, a najskromniejszym rozwiązaniem było pomalowanie czarną kredką dolnej linii oka. Teraz wydaje mi się to niemożliwe, przecież to tak pomniejsza oko! Ale cóż…młodość rządzi się swoimi prawami, a szczególnie błędami. Teraz lubię nałożyć tusz do rzęs, a usta pomalować matową szminką. Właśnie, skoro jesteśmy w temacie szminek, u mnie sprawdzają się te od marki MAC. Mam tylko trzy kolory, ale to w zupełności mi wystarcza. Dwa nudziaki (ciemniejszy i jaśniejszy) oraz pomarańczowa czerwień. Bardzo ładnie wyglądają na ustach, nie wysuszają ich, i co najważniejsze: bardzo długo utrzymują się na ustach.

Dla bardziej zainteresowanych, moje kolory to: Velvet Teddy (ciemniejszy nudziak), Honeylove (jaśniejszy nudziak), Tropic Tonic (pomarańczowa czerwień).

Mogę być naga, ale z bronzerem na policzkach

Czasy solarium mam już daleko za sobą. Nie uciekam przed słońcem, bo lubię, gdy skóra jest muśnięta promieniami słonecznymi, ale nie leżę plackiem godzinami na plaży. Co więc robię, żeby moja buzia wyglądała promiennie? Używam bronzerów. Kilka machnięć pędzlem, a nieprzespana noc ucieka w zapomnienie. Mam dwa ulubione produkty. Od ponad 5 lat w mojej kosmetyczce znajdziecie Terracottę od Guerlain. Ten puder zagwarantuje Wam opaleniznę w kilka sekund. Złote drobinki sprawią, że buzia będzie promienna. Terracottę lubię stosować, gdy buzia już jest delikatnie muśnięta słońcem, a tym produktem dodatkowo podkręcam efekt.

Drugi ulubieniec, to Bronzer Illuminating od marki Bobbi Brown. Matowe wykończenie i efekt, który powoduje, że nasza skóra wygląda na delikatnie opaloną. Zawsze mam go w torebce, pozwana na  szybką, nieinwazyjną poprawę makijażu w ciagu długiego dnia. Kończę właśnie drugie opakowanie i na 100% sięgnę po trzecie.

Podkład do zadań specjalnych 

Jeżeli nie znudziło was czytanie o moich makijażowych wtopach, to mam dla Was więcej smaczków. Dawno, dawno temu…(a tak naprawdę wcale nie były to odległe czasy) nakładałam na moją twarz solidną ilość fluidu. Nie wiem jak moja skóra dawała sobie z tym radę, ale od niedawna powinna mi dziękować dzień w dzień za poczynione zmiany. Teraz, na codzień, stosuję krem BB, który jest lekki, dobrze reaguje z moją skórą i równie dobrze wygląda. Natomiast są sytuacje, gdy potrzebuję czegoś specjalnego. Całonocna impreza, wesele w upalny, lipcowy dzień czy np. wyjazd na event na drugi koniec Polski, gdy wiem, że czasu na poprawkę makijażu nie będzie. Tutaj wierna jestem marce Estee Lauder i podkładowi Double Wear. Matowe, jedwabiste wykończenie. Nie brudzi ubrań i zostaje tam, gdzie powinien zostać. Same decydujemy o stopniu krycia, chociaż podkład ten z zasady ma dobre krycie, nawet gdy nałożymy jedną, lekką warstwę.

Fanaberia

Nie będę Was zapewniać, że ten produkt jest makijażowym niezbędnikiem. Dla mnie to coś w rodzaju fanaberii, ale bardzo przyjemnej dla mojej duszy i oka (i pewnie oczu, które są na mnie wówczas skierowane). Świetne wykończenie makijażu. Rozświetlają i dodają cerze blasku. Latem sprowadzam listę kosmetyków do minimum, ale gdy nadchodzi smętna jesień, to radośnie sięgam po tzw. Meteoryty od Guerlain. Mieniące się, pastelowe kuleczki aż proszą się, żeby je dotknąć puchatym pędzlem i musnąć nim twarz. To też dobry pomysł na prezent. Pięknie wyglądają i będą służyć każdej właścicielce na długo. To chyba najbardziej strzeżony produkt przed moją córeczką. Kolorowe kuleczki zachęcają do zabawy, więc muszę bardzo uważać, gdzie je „porzucam” 🙂

Wszystkie kosmetyki, o których Wam dzisiaj napisałam możecie znaleźć na stronie Douglas. Jestem ciekawa, czy wy również macie swoich kosmetycznych ulubieńców? A może któryś z produktów także znajduje się w Waszej kosmetyczce?

6 skutecznych patentów jak zaoszczędzić czas i zyskać szczęście

Świat pędzi i nie licz na to, że się zatrzyma. Wręcz przeciwnie, może być jeszcze gorzej. Praca i obowiązki to nieodzowne elementy naszego życia. Ale gdyby tak coś pozmieniać … Zyskać więcej czasu i zadbać o codzienną radość? Mam dla Was kilka rad, co zrobić, żeby zalała Was fala kolorowego, obrzydliwie słodkiego szczęścia.

Zasadzka w wannie

Ci, którzy zamiast wanny mają w domu prysznic, mogą przejść dalej. Natomiast, jeżeli lubicie długie kąpiele, to pewnie wiecie, co chcę napisać. Leżenie w wodzie pełnej piany każdego dnia to strata waszego czasu. Sama je uwielbiam, lecz minuty przelatują mi wtedy przez palce z prędkością odrzutowca. Relaks w wannie, domowe spa raz w tygodniu-ok, ale bezproduktywne przelewanie wody jest bezsensu. Jest jeden wyjątek, jeśli zamykasz się w łazience, bo to jedyne miejsce w domu, gdzie zaznasz odrobinę spokoju, aby np. poczytać książkę. Taki multitasking jest nawet wskazany.

Skończ z serialami!

Ileż godzin potrafiłam przesiedzieć przed telewizorem, śledząc dynamiczne losy moich ulubionych, serialowych bohaterów? Nie zdradzę Wam tego, ale chętnie podzielę się z wami moją taktyką odkrytą całkiem niedawno. Po pierwsze, zasiadamy przed telewizor, gdy Klara zaśnie. Często już jesteśmy po kolacji, więc nie starczy nam zbyt wiele czasu na oglądanie serialu bez zarwania nocy. Po drugie, dobrze jest oglądać serial od połowy odcinka i robić pauzę, gdy dobrniemy do kolejnej połowy następnego odcinka. Największe emocje są zawsze pod koniec, więc siłą rzeczy automatycznie chcemy dowiedzieć się, co wydarzy się w kolejnym. Koniec z tym!

Zadbaj o siebie

Nie masz czasu na bieganie? Rower?Wyjście na siłownie zabiera zbyt dużo czasu? Znam to doskonale. Czasem nie można mieć wszystkiego…ale można mieć sporą namiastkę tego, co lubimy. Zamiast wizyt w siłowni w naszym salonie stanął rowerek magnetyczny. A jak potrzebuję „poskakać” to włączam trening na youtube i ćwiczę na macie. Ja decyduję, kiedy zrobię trening, nie tracę czasu na dojazdy i korzystam z wolnej chwili np. wieczorami, gdy dziecko już śpi. Voila! Właśnie zmiażdżyłam Wasz argument : Nie ćwiczę, bo nie mam czasu. Nie dziękujcie 🙂

Sprzątaj…wieczorem

W dobie pandemii utrzymanie porządku w domu jest niezwykle, ale to szalenie niezwykle ciężkie. Nagle dom działa 24/7 i służy za restaurację, biuro, bawialnię dla dziecka, hotel, salon piękności, kino (…). Coś, czego nie mogę znieść to poranki, gdy wstaję i widzę piętrzące się naczynia w zlewie, niewypakowaną zmywarkę, brudne podłogi i porozwalane zabawki, ubrania wokoło. A zaraz wybije godzina 8.00 i pora rozpocząć pracę. Szanse, że uda mi się ogarnąć mieszkanie maleją, a i perspektywa biegania z mopem między szalejącym dzieckiem nie napawa optymizmem Dlatego staram się systematycznie uprzątnąć mieszkanie WIECZOREM, żeby o poranku jedynie zrobić kawę i zjeść spokojnie śniadanie. Uwierzcie, nie ma nic lepszego niż rozpoczynanie dnia w wysprzątanym mieszkaniu.

Dodaj sobie energii

Zrób coś dla siebie. Nic tak nie dodaje energii jak spełnianie własnych marzeń. Nowa torebka? Kurs językowy on-line? A może nowa fryzura? Zdradzę Wam, że od zawsze śniłam o białej Vespie. Jednak cały czas widziałam same przeszkody. Na początku finansowe, potem brak czasu, ciąża, narodziny Klary…A teraz zadałam sobie jedno pytanie: DLACZEGO NIE? Klara z radością zostaje pod opieką Bartka, więc w tym czasie mogę bez wyrzutów sumienia pojechać na kawę skuterem. Praktycznie zrezygnowałam też z samochodu, bo na zakupy jeżdżę Vespą. A to gwarantuje mi przejażdżkę (wiatr we włosach!) i zapełnienie lodówki zarazem. Nawet nie wiecie ileż radości mi to sprawia. A mój uśmiech powoduje uśmiech w naszej rodzinie. Nie bójcie się realizować marzeń 🙂

W rodzinie siła!

Jak nie możesz czegoś zrobić w pojedynkę…zaangażuj w to rodzinę! Prawdą jest, że mieszkamy jednak daleko od rodziców. Trasa Mysłowice-Bytom nie jest do pokonania w kilka minut, a to skutkuje tym, że odpada codzienne podrzucanie Klary do rodziców…ale nie wyklucza pomocy okazjonalnej 😀 Przykład? Ostatnio moi rodzice przyjechali zajmować się Klarą, a my z Bartkiem pojechaliśmy na randkę. Każdy był zadowolony. My, bo mogliśmy spędzić czas zupełnie sami, jedząc spokojnie kolację, śmiejąc się i rozmawiając. A także dziadkowie, którzy bawili się z wnuczką. Nie wspominam nawet o Klarze, która była przeszczęśliwa 🙂

Jestem ciekawa, jak Wy radzicie sobie w szarej codzienności? Macie sprawdzone patenty na szczęście? Na znalezienie więcej czasu dla siebie w tym zabieganym świecie? Podzielcie się koniecznie!!

Podróż do Izraela, czyli jak zdążyliśmy uciec przed koronawirusem.

Gdy jeszcze miesiąc temu był spokój

Miesiąc temu wróciliśmy z Izraela. Gdy pomyślę, jak wyglądało nasze życie cztery tygodnie temu, nie mogą uwierzyć w to, co widzę teraz. Czekając na wylot do Tel Awiwu, docierały do nas pojedyncze informacje o zagrożeniu, które niesie koronawirus. Od samego początku brałam „na poważnie” newsy, które przedzierały się wśród wielu artykułów w Internecie. Obserwując też to, co się działo np. we Włoszech, zaopatrzyłam się wcześniej w rękawiczki oraz maseczki, tak na wszelki wypadek. Okazało się, ze to był doskonały ruch, bo po 3 tygodniach ta sama maseczka, którą kupiłam za niespełna 20 pln, kosztowała od 150 pln wzwyż!

Czy było widać panikę w Izraelu?

Paniki nie było. Na lotnisku w Tel Awiwie mijaliśmy kilka osób, które miały maseczki (my również je założyliśmy). Podczas odprawy pytano nas np. czy ostatnio byliśmy w Chinach. Natomiast nie było w tym nic nadzwyczajnego. W czasie, gdy my byliśmy w Izraelu odnotowano tam jedynie kilka pierwszych przypadków zarażenia koronawirusem. Jednak mieliśmy sporo szczęścia, bo po tygodniu od naszego powrotu do kraju, zamknięte zostały miejsca odwiedzane przez turystów, a w kolejnym tygodniu każdy, kto przylatywał do Izraela musiał odbyć dwutygodniową kwarantannę. Dość słaby pomysł na rozpoczęcie urlopu, prawda?

Jechać czy nie jechać…

My nie mieliśmy takich dylematów. Monitorowaliśmy sytuację, jednak było na tyle wcześnie, że nie planowaliśmy odwołania wyjazdu. Poza tym, lecieliśmy bez Klary, tylko z przyjaciółmi. Lot z małym dzieckiem byłby sporym obciążeniem (np. w kwestii utrudnionego powrotu do domu, koczowania na lotnisku etc). Izrael marzył nam się od dawna i cieszę się, że dosłownie w ostatnim momencie mogliśmy zwiedzić Tel Awiw oraz Jerozolimę, zanim cały świat się zatrzymał.

Jeszcze kiedyś będziemy podróżować

Pewnie teraz wielu z was zastanawia się, co będzie dalej z podróżowaniem. Granice zamknięte, samoloty nie latają, hotele, restauracje pogrążają się w wielkim kryzysie. Wierzę, że jest to etap przejściowy i za kilka miesięcy sytuacja wróci do normy. A wtedy polecam wam z całego serca odwiedzenie Izraela…

Na co warto się przygotować?

Jest drogo. Cholernie drogo. O ile za dużą pizzę na 4 osoby jeszcze można przełknąć 140 pln, to kupiony kebab za prawie 75 pln w przydrożnej knajpce (bardzo niskich lotów) przyprawia o niemałe palpitacje serca. Jeżeli nie mamy gotówki to pamiętajcie, żeby mieć fizyczną kartę bankomatową. Dlaczego? Nie ma płatności telefonem! U nas powszechne jest, że zbliżamy telefon do terminala i raz-dwa płacimy. Tutaj ta opcja odpada. Jak już jesteśmy w temacie gotówki i telefonu…Internet w Izraelu to zło. Za samo podłączenie się do sieci nalicza nam się pokaźny rachunek. I chociaż korzystaliśmy tylko w wi-fi, to wystarczyło kilka minut po wylądowaniu w Izraelu, żeby nabić nam niezły rachunek telefoniczny.

Wypożyczyliśmy samochód…

Będąc jeszcze w Polsce, zabukowaliśmy samochód, którym przemieszczaliśmy się w Izraelu. Wynajem samochodu opłacał nam się bardziej niż taksówki czy transport publiczny. Przede wszystkim potrzebowaliśmy auta na trasę lotnisko-hotel i hotel -lotnisko, ale też zaplanowaliśmy podróż do Jerozolimy. Miało być całkiem tanio…gdyby nie dwie sytuacje, które nas spotkały. Po pierwsze: mandat. Zaparkowaliśmy w niewłaściwym miejscu, co wcale nie było trudne. Ogólnie parkowanie to ciężki temat. Jak już znajdziemy odpowiednie miejsce, to trzeba za parkowanie zapłacić w aplikacji, co jest trudne, gdy nie mamy dostępu do internetu…Po drugie, benzyna. W umowie mieliśmy zapisane, że nie musimy zatankować samochodu oddając go do wypożyczalni. Mieli nam doliczyć różnicę w baku do rachunku. I tak też zrobili…tyle, ze my zużyliśmy 1/4 baku, a nam policzyli za zatankowanie całego zbiornika 🙂

Izrael to architektoniczna sprzeczność

Stare, popisane budynki usadowione nieopodal świetnie zaprojektowanych, nowoczesnych domów. To standard, jeśli przemierzamy ulice Tel Awiwu. Niska zabudowa żyje tu w sprzeczności z wielkimi biurowcami, a wszystko to dopełnione zostało szeroko rozumianym street art’em. Izrael zadziwia na każdym kroku. Mnie niewątpliwie ujęła publiczna toaleta z piękną mozaiką na podłodze 🙂

A czy wam udało się gdzieś pojechać na początku roku? Co z waszymi wakacyjnymi planami? Sytuacja na świecie jest bardzo skomplikowana i trudno określić, kiedy nastąpi otwarcie granic i swobodny przepływ osób. My prócz Izraela planów nie mieliśmy. Zwykle spontanicznie podchodzimy do wyjazdów i bukujemy loty miesiąc wcześniej. Teraz jednak nawet ciężko zaplanować coś „w głowie”, bo nie wiemy, kiedy wszystko wróci na stare tory…

 

 

 

 

Córeczka Tatusia

Podobno każda kobieta podświadomie czuje, że to TEN mężczyzna. TEN, z którym chce założyć rodzinę, wychowywać dzieci. Ja wiedziałam. Coś, co wcześniej wydawało mi się nierealne, nie dla mnie, przy nim chciałam, aby ziściło się szybko, najszybciej. I wyśniliśmy sobie cudowną córeczkę. Klara to nasz codzienny promyk szczęścia.

 

Córeczka Tatusia

Bez wahania mogę ją również nazwać córeczką tatusia. Uwielbiam patrzeć na ich więź, która każdego dnia rozwija się bardziej. Bartek patrzy na Klarę w pewien wyjątkowy sposób. Patrzy tak, że nogi robią się jak z waty, a serce zalewane jest miłością o smaku miodu w najczystszej postaci. Kwik radości, sprint w wykonaniu raczkującego dziecka czy też przytulas w stylu misia koala. Tak w kilku słowach mogę opisać obraz taty i córki, Bartka i Klary.

Okazywanie miłości dziecku to też dbanie o jego bezpieczeństwo

O wyborze fotelika pisałam wam tuż przed urodzeniem Klary. Już wtedy zauroczona byłam fotelikiem Avionaut Pixel. Jego waga (zaledwie 2,5 kg!), funkcja ISO-fix, I-size (lepsza ochrona szyi i głowy podczas przemieszczania się tyłem do kierunku jazdy), baza z systemem dźwiękowym, która informuje nas, czy fotelik został prawidłowo wpięty – były to cechy, które zaważyły przy wyborze tego fotelika. A jak sytuacja wygląda po tych kilku miesiącach użytkowania?

Recenzja fotelika Avionaut Pixel po ponad 7 miesiącach użytkowania

Polecając wam przeróżne produkty staram się często wracać i weryfikować opinię. Czasami rzeczy, które wywołały wielkie wow, po pewnym czasie stają się bezużyteczne czy marnej jakości podczas dłuższego użytkowania. Dzisiaj w kilku zdaniach chciałabym przyjrzeć się wspomnianemu fotelikowi.

Nie będę ściemniać, owijać w bawełnę…Fotelik sprawdza się w 100%! Jest taki, jaki sobie wymarzyłam. Jego piórkowa waga (w odniesieniu do innych fotelików dostępnych na rynku) ułatwia życie każdego dnia. Razem z Klarą dość aktywnie spędzamy dnie. Przemieszczamy się, robimy zakupy, chodzimy na spacery. Gdy nie chce mi się bądź po prostu-nie mam czasu, chwytam fotelik do jednej ręki i pędzę załatwić niezbędne sprawy np. do urzędu. Mogę bez problemu wnieść zakupy spożywcze, a w drugiej ręce trzymać Klarę w foteliki.

Prócz tego – bezpieczeństwo. Nawet wspomniana wcześniej funkcja dźwiękowa bazy stała się niezbędna. Najczęściej w pośpiechu lub gdy za oknem robi się ciemno, wkładając fotelik do samochodu wiem, że Klara została prawidłowo wpięta.

Dobrze sprawdza się nam ściągana „budka”, która chroni Klarę przed słońcem czy wiatrem, ale też można ją odpiąć, gdy jest zupełnie niepotrzebna.

Najważniejszą rekomendacją jest oczywiście zachowanie samej Klary, która w foteliku uwielbia podróżować. W pierwszych dniach towarzyszyły jej dodatkowe wkładki, które gwarantowały właściwą postawę. Teraz podróżujemy już bez nich, natomiast dzięki temu, na każdym etapie życia naszej córki mieliśmy pewność, że w foteliku jest jej nie tylko wygodnie, ale i bezpiecznie.

Ostatnia zaleta (jak na estetkę przystało) – fotelik jest również fantastyczny pod względem wizualnym. Ale najlepszą rekomendacją jest fakt, że dla kolejnej pociechy także wybierzemy markę Avionaut. Ponadto, znajomi, którzy oczekują maleństwa zachwycili się naszym modelem i także skusili się na jego zakup :))

Podróżowanie samolotem z niemowlakiem – Jak to zrobić?

Jeszcze zanim Klara przyszła na świat wiedziałam, że zrobię wszystko, aby przyzwyczaić ją do podróżowania. Sama pamiętam jak kilku letnie dziecko przemierzałam najdalsze zakątki Rzymu z uśmiechem na twarzy, czapką z daszkiem na głowie i w wygodnych, sportowych butach. Całodniowe wycieczki, przemierzanie miasta metrem, chodzenie po ruinach i muzeach- nie było mowy, żeby grymasić „Mamo!Tato!Nie chcę, bolą mnie nogi”. Rodzice pokazali mi, że podróżowanie jest fantastyczne i za to jestem im wdzięczna.

Oczywiście – nic na siłę. Podróżowanie z dzieckiem nie ma sensu, jeśli sami nie jesteśmy przekonani do tego w 100%. To inny rodzaj spędzania czasu. Dodatkowo, wszystko zależy od stanu zdrowia naszej pociechy i jego odporności. Zapewne pamiętacie nasz epizod ze szpitalem, gdy Klara miała niespełna trzy miesiące. Kilka dni przed naszą podróżą nad polskie morze Klara rozchorowała się, a my musieliśmy zmienić plany. Nie ukrywam, trochę napędziło mi to stracha i obawiałam się kolejnych wakacyjnych pomysłów, ale zrozumiałam, że jednorazowa sytuacja nie może rzutować na nasze podróżnicze plany. Podjęliśmy decyzję, że nasza niespełna pięciomiesięczna Klara jest gotowa na pierwszy lot. 

Jak przygotować się do wyjazdu?

Destynacja

Jako pierwsze, wzięliśmy się za wybór destynacji. Szukaliśmy lotu w miarę krótkiego, w miejsce, gdzie opieka medyczna jest na wysokim poziomie, a my będziemy mieli swobodę językową. Decyzja padła na Neapol. Uwielbiamy Włochy, a w Neapolu oboje jeszcze nie byliśmy, więc wybór był prosty 🙂

Wyrobienie dokumentu tożsamości dla dziecka

Kolejnym punktem było wyrobienie dowodu osobistego dla Klary. Okazało się to banalnie proste. Zdjęcie zrobiłam samodzielnie, w domu. Wystarczyło białe tło i trochę cierpliwości. Później wypełniłam wniosek internetowy i załączyłam odpowiednie dokumenty. Dowód osobisty udało się otrzymać w niespełna 4 tygodnie w szczycie sezonu.

Dojazd na lotnisko

Dojazd na lotnisko organizujemy we własnym zakresie. Co to oznacza? Po prostu jedziemy swoim samochodem, bez zamawiania taksówki czy też angażowania rodziny. Jest to o tyle wygodne, że w samochodzie mamy fotelik dla Klary. Auto zostawiamy na parkingu na lotnisku. Uwaga: warto zarezerwować sobie miejsce kilka dni wcześniej, a jeżeli lecimy w sezonie to nawet  z dwutygodniowym wyprzedzeniem.

Wózek w rozmiarze XS

Przyszedł czas na wybranie wózka. Klara jeszcze nie siedzi, a ja nie miałam zamiaru zabierania gondoli do samolotu. Co prawda, mamy spacerówkę marki NUNA, którą kupiliśmy w zestawie z gondolą, ale szukaliśmy czegoś typowo pod podróże. Zależało nam, aby dodatkowa spacerówka była: lekka, składała się do rozmiarów bagażu podręcznego (który wniesiemy na pokład), rozkładana na płasko. Wybór padł na Easycare Buggy XS (swoją kupiliśmy tutaj KLIK). Wózek sprawdził nam się w 100%! Mamy do niego torbę ochronną (przyda się w podróży, bo można przewiesić ją przez ramię) oraz uchwyt na kubek.  Klara również była bardzo zadowolona 🙂 Chociaż na długie spacery czy zakupy będę dalej używać spacerówki NUNA, to uważam, że Easywalker to wyjazdowy must have!

Wariacje z bagażem

Do tej pory, wyjeżdżając na kilka dni zabieraliśmy ze sobą walizki kabinowe. Nadawanie bagażu rejestrowanego uważaliśmy za stratę czasu. Ale podróżowanie z dzieckiem wyznacza inne standardy. Tym razem zdecydowaliśmy się na jedną walizkę kabinową i jedną większą (bagaż rejestrowany). Jeszcze nigdy (uff!) nie zdarzyło mi się, żeby bagaż zaginął, ale asekuracyjnie postanowiłam wymieszać zawartość. Dlatego w walizce, którą braliśmy na pokład znalazły się rzeczy dla Klary, Bartka i dla mnie. Dzięki temu, nie martwiliśmy się, co się wydarzy, jeśli druga walizka nie wyląduje razem z nami.

Podróż samolotem – czego możemy się (nie)spodziewać?

Lecąc w podróż z dzieckiem najwygodniej jest mieć plecak, w którym znajdą się najpotrzebniejsze rzeczy. Nie dość, ze pomieści więcej rzeczy to jeszcze mamy wolne ręce, zarzucając bagaż na plecy. Pakowanie pół paczki pampersów czy kilka kompletów ciuszków na zmianę jest bezsensu, jeśli nasz lot trwa 2-3 h. Co w takim razie warto mieć przy sobie?

Ile ubranek?

Jeden komplet ciuszków na zmienę i ewentualnie grubszy sweter/kurtka + lekka czapeczka (jeśli lecimy w chłodne miejsce lub nasz lot jest późnym wieczorem). Bezapelacyjnie przyda się także kocyk, którym okryjemy dziecko w samolocie. Na pokładzie jest włączona klimatyzacja, więc co z tego, że na miejscu jest 30 stopni, jak w samolocie wieje chłodem.

Jedzenie

Mleko. Jeśli karmicie piersią problem znika, ale jeśli Wasza pociecha jest w mniejszej lub większej mierze na mleku modyfikowanym to trzeba mieć jego zapas. Nigdy nie wiemy, czy nie będzie opóźnienia lotu, czy też innych niespodzianek na miejscu. Ja wzięłam wodę, termos z gorącą wodą, pojemniki z wymierzonymi porcjami mleka w proszku (ja mam ten KLIK) i oczywiście butelki. Ponadto, zaopatrzyłam się w  buteleczki z gotowym mlekiem (90ml). Podobno na lotniskach różnie bywa i czasami przez kontrolę płyny dla dziecka nie przechodzą. Takie buteleczki są wygodne, bo można dokręcić do nich jednorazowe smoczki i od razu podać dziecku. My korzystamy z tych KLIK. Dobrym rozwiązaniem są też saszetki z samym mlekiem w proszku (KLIK). Staram się mieć zawsze taką w torebce, gdyby wyjazd ( nawet na zakupy) przedłużyłby się, a Klara dostała wyjątkowego głoda 🙂

Jak wygląda sam lot?

Wybierając się w podróż z tak małym szkrabem musimy się liczyć z tym, że cały lot spędzi on u nas na rękach. Lecąc do Włoch mieliśmy szczęście, bo udało nam się usiąść obok siebie (wystarczyło poprosić innych pasażerów). Jednak w drodze powrotnej nie mieliśmy takiego szczęścia. Oczywiście, jeśli potrzebujecie wsparcia, to możecie wykupić miejsca obok siebie za dodatkową opłatą.  Warto tak zrobić, jeśli czeka Was pierwszy lot, ale podczas drugiego gwarantuję, że sobie poradzicie. Przed wejściem na pokład warto mieć przygotowaną butelkę z mlekiem, aby dać maluszkowi przed samym startem, żeby uniknąć problemu z zatkaniem uszu. U nas w dwie strony lot przebiegł idealnie. Klara zaraz po starcie zasnęła i nie obudziła się nawet po wylądowaniu. Nie musieliśmy jej nawet przebierać na pokładzie samolotu (co podobno jest niemałym wyzwaniem), ale przebraliśmy jej pieluszkę tuż przed wejściem na pokład.

Na miejscu

Szukanie noclegu na spontanie możecie sobie darować. Bazę noclegową musimy ogarnąć wcześniej, najlepiej w momencie zakupu biletów lotniczych. My zdecydowaliśmy się na nocleg w samym centrum starego miasta. Pokój był mały, ale przy niemowlaku, który się nie przemieszcza,  nie potrzebowaliśmy większego. Nie skorzystaliśmy z dodatkowego łóżeczka dla dziecka i wyjątkowo Klara spała z nami (nie wyobrażam sobie tego na codzień, ale kilka dni da się przeżyć:)). Warto też zastanowić się nad kąpielą. U nas sprawa była względnie prosta, bo w łazience była umywalka-misa, dlatego łatwo było Klarę wykąpać. Ze sobą wzięliśmy turystyczny czajnik elektryczny, aby podgrzewać wodę na mleko, a także wyparzać butelki, smoczki etc.

Tego nie przewidzisz, ale możesz zminimalizować stres

Pieniądze szczęścia nie dają, ale…

Są sytuacje nagłe, których nie da się przewidzieć. Niestety, nam się taka przytrafiła. Lecąc do Neapolu, 15 min przed lądowaniem poinformowano nas, że zamiast w Neapolu, wylądujemy na lotnisku w Bari. Ponad 200 km od lotniska docelowego. Lot mieliśmy wieczorny, więc wyobraźcie sobie nasze miny, gdy czekała nas perspektywa czekania na podstawione autokary, które miały nas zawieźć na lotnisko w Neapolu w środku nocy. Dlatego pamiętajcie –  lecąc z dzieckiem gdziekolwiek musimy zaopatrzyć się w dodatkową gotówkę. U nas decyzja była szybka. Bartek wypożyczył przez stronę internetową samochód z fotelikiem dla Klary (dodatkowa opłata). Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, ale było dodatkowym kosztem. Wynajmując samochód musicie pamiętać, że wynajem to nie jedyny wydatek, musimy zapłacić jeszcze kaucję (całkiem wysoką) i opłaty za dodatkowe ubezpieczenie czy właśnie fotelik dla dziecka. Plus był taki, że nie musieliśmy tkwić na lotnisku i oczekiwać transportu, Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Neapolu. A kolejnego dnia, korzystając z faktu posiadania samochodu do dyspozycji przez 24h, wybraliśmy się na wycieczkę po okolicznych miasteczkach.

Ubezpiecz swoją rodzinę

Przed wyjazdem również wykupiliśmy ubezpieczenie dodatkowe, które chroniło nas na wypadek kradzieży czy choroby. Szczególnie choroba dziecka potrafi przyjść nagle, więc odeszło zmartwienie poniesienia dodatkowych kosztów, gdyby np. Klara trafiła do szpitala. Takie ubezpieczenia nie kosztują wiele i można je ogarnąć także przez internet.

Wybierz późniejszy lot

Dobrym rozwiązaniem jest wybór lotu wieczorem lub nocą. Są większe szanse, że nasze dziecko prześpi cały lot. Nam udało się w dwie strony skorzystać z późnych lotów.

Czy warto podróżować samolotem z tak małym dzieckiem?

Patrząc z naszej perspektywy-WARTO! Nie żałujemy tej decyzji i z pewnością nie jest to ostatnia podróż Klary. Jednak zawsze musicie spojrzeć na swoją sytuację indywidualnie. U nas Klara z uśmiechem na buzi leżała w wózku i obserwowała otoczenia, gdy my przemierzaliśmy całymi dniami miasto. Nie marudziła, gdy wybraliśmy się na wycieczkę na wybrzeże. Grzecznie zajmowała się sobą, podczas gdy my zajadaliśmy się gorącą pizzą. Ale to wy musicie podjąć ostateczną decyzję, czy taka forma odpoczynku wam odpowiada 🙂

Jestem ciekawa czy podróżujecie z tak małym dzieckiem? A może podróże samolotem odkładacie na późniejszy czas? Podzielcie się swoimi opiniami i doświadczeniami!

Już wiem, dlaczego kobiety decydują się na kolejne dziecko | Recenzja wózka NUNA MIXX2

Gdy pierwszy raz wybrałyśmy się na spacer, to nie sądziłam, że może być aż tak fajnie. Zwykle myślałam, że kobiety, które przemierzają godzinami osiedlowymi trasami albo zapuszczają się w bardziej zielone tereny, robią to wyłącznie ze względu na dziecko. Świeże powietrze czy zmiana otoczenia-to wszystko dla małego brzdąca w wózku.

A prawda jest całkiem inna. Nie przeczę, że świeże powietrze nie jest dobre dla naszych pociech, jednak to inny bodziec jest odpowiedzialny na spacer z wózkiem. A więc o co chodzi?

Weź to poczuj!

Obawiam się, że tylko matki są w stanie to pojąć, bo ja wcześniej nie ogarniałam tematu. Wszystko się zmieniło, gdy umieściłam ręce na rączce wózka i zaczęłam spacerować między uliczkami dużego miasta. Chociaż moje kroki były dość nieporadne, bo wówczas minęło zaledwie 10 dni od cesarskiego cięcia, to dostałam przypływu energii. Co chwilę spoglądałam na Klarę, która smacznie sobie pochrapywała zanurzona w gondoli wózka. Nieśmiało do niej mówiłam, podpytywałam czy nie jest jej za gorąco, tak jakbym była pewna, że mi odpowie „Mama, jest super! Jedźmy dalej!”.

To nie mija

Jeśli myślicie, że po pierwszym spacerze ta ogromna euforia mija-jesteście w błędzie. To się pogłębia. Spacery zaczynają sprawiać coraz większą frajdę, a gdy za oknem dopisuje pogoda to już w ogóle ogarnia nas szaleństwo. Ale nie myślcie sobie, że lekki deszcz może odstraszyć młodą (nie wiekiem, a stażem:)) matkę. Zawsze znajdzie się dobry powód, żeby chociaż na 3 kwadranse wybyć z domu. Świeże mleko czy jajka to już konkretny powód, ale można udać się też do paczkomatu i odebrać przesyłkę z ubrankami dla dziecka. Matka zawsze znajdzie powód, żeby spakować dziecko i wybyć dumnie z domu. Zresztą, komu jak komu, ale takie przejście po osiedlu to doskonała okazja, aby na chwilę oderwać się od sterty prania, które czeka w domu czy butelek i smoczków walających się po kanapie. I jak tak sobie pomyśle, że ten czas minie, a Klara zacznie chodzić, biegać i wariować koło nogi…to od razu myślę o rodzeństwie dla małej. No bo jak? Mam sobie odpuścić takie przyjemne spacery z wózkiem? Nieee!

Wybór jest prosty

Przyszłe mamy są bombardowane ilością wózków i dodatków do nich. Mimo wszystko, wybór jest prosty. Jest prosty pod warunkiem, że wiemy czego chcemy. Ja wiedziałam, chociaż nie ukrywam, że nie była to wiedza nabyta natychmiast z chwilą zobaczenia na teście ciążowym dwóch kresek. Wizja wózka idealnego dla mnie (i mojego dziecka) dojrzewała miesiącami, aż wreszcie byłam pewna, że to TEN.

W jakim wózku jeździ Klara?

Wybór padł na wózek 2w1 NUNA MIXX2 w kolorze Caviar. Szukaliśmy funkcjonalnego wózka, który będzie z łatwością prowadzić się po mieście, ale też po bardziej wymagającej nawierzchni. Jeśli szukacie wózka dla siebie to przygotowałam małą, informacyjną ściągę na temat modelu NUNA MIXX2 🙂

  • zwrotny – można go prowadzić jedną ręką;
  • stelaż szybko się składa, a do transportu można jednym ruchem wyciągnąć koła, dzięki czemu oszczędzamy miejsce w bagażniku;
  • ma tylny hamulec nożny, który pomaga podczas np. wkładania dziecka do samochodu (wózek „nie ucieka”);
  • gondolę można złożyć na płasko;
  • gondolę montuje się na „click” do stelaża, tak samo fotelik samochodowy. Dzięki adapterom dołączonym do zestawu wpięcie fotelika również jest banalnie proste;
  • dream drop – do gondoli przymocowana jest przeciwsłoneczna owiewka;
  • w komplecie dołączona jest też folia przeciwdeszczowa;
  • poszczególne elementy ( np. pokrowiec na materac czy gondolę) można prać;
  • wózek wyposażony jest w „ukrytą” kieszeń, w której można schować klucze czy telefon podczas spaceru;

To tylko jedne z cech, które opisują wózek NUNA MIXX. Nam sprawdza się świetnie. Co ważne, nie potrzebuję pomocy podczas samotnych wyjazdów. Samodzielnie spakuję wózek do samochodu, co oznacza, że jest zarówno lekki jak i prosty w obsłudze 🙂 

(PO)porodowe sprawy, czyli poradnik przyszłej mamy

Zbliża się termin porodu, a ty nadal nie wiesz co robić? Nie jesteś sama. W głowie przebijają się wciąż nowe pytania: co wziąć do szpitala, ile potrzebuję pajacyków dla dziecka, czy laktator będzie mi potrzebny? To, że dziecku skończą się ulubione bodziaki-da się przeżyć, ale warto zaplanować sobie pobyt w szpitalu i kolejne tygodnie po jego wyjściu. Pojawienie się na świecie dziecka jest czymś nie do opisania, więc uwierzcie, lepiej wpatrywać się w swoją pociechę non-stop, niż zawracać sobie głowę (oraz partnerowi i połowie rodziny) sprawami, które możemy ogarnąć wcześniej. Wiedza, którą chciałabym Wam przekazać wynika z mojego doświadczenia (krótkiego, ale jednak:)) i mam nadzieję, że chociaż trochę Wam pomoże w tym wyjątkowym dla Was czasie. I nie, u mnie nie wszystko było idealnie zaplanowane. Nie pomyślałam o wielu rzeczach, ale właśnie na podstawie tego, co mnie spotkało, chcę podzielić się z Wami moją opinią 🙂 Zagadnienia, które zobaczycie poniżej to też odpowiedzi na szereg Waszych pytań w zakresie ciąży oraz pierwszych tygodni życia dziecka.

Torba do szpitala

Pakując torbę do szpitala musimy pamiętać nie tylko o sobie, ale i o dziecku. Często pytacie o torbę Mommy Bag (widoczna na zdjęciu powyżej): czy możecie ją wziąć ze sobą do szpitala. Możecie. Ale musicie wziąć też drugą, bo do tej absolutnie się nie zmieścicie. Ja wzięłam oprócz wspomnianej Mommy Bag, małą walizkę na kółkach (kabinową, czyli taką jaką można wnieść na pokład samolotu). Nie będę Wam przytaczać dokładnie, co spakowałam do swoich toreb, bo uważam, że internet jest wypchany po brzegi takimi informacjami. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, ilość piżam – jedna na poród i kolejne sztuki na każdy dzień pobytu w szpitalu, a także wzięłabym jedną dodatkową. Ja spakowałam 5 sztuk. Po drugie, piżamy najlepiej żeby były a’la „sukienka”, a nie komplety: koszulka+spodenki. Szczególnie podczas cesarskiego cięcia jest to ważne, aby nic nie uwierało naszej blizny. Pamiętajcie też, że jeśli będziecie karmić piersią to sprawdzą się rozpinane piżamy (u mnie były to koszulowe piżamy z H&M, zwykłe, nie z działu ciążowego). Po trzecie, małe wody mineralne z dzióbkiem. Podczas porodu lub po cesarskim cięciu będziecie wdzięczne za taki „wynalazek” 🙂 Po czwarte, upewnijcie się, czy szpital, w którym planujecie rodzic sam udostępnia ubranka dla dziecka. My potrzebowaliśmy ubranek tylko na wyjście ze szpitala, a tak każdego dnia Klara była przebierana w szpitalne ubranka. Po piąte, nie zapomnijcie o umilaczach typu książka/gazeta, słuchawki do telefonu, ładowarka oraz biszkoptach. Po szóste, porządek. Mi ułatwiły życie materiałowe organizery ( swoje znalazłam w Pakownie KLIK). Dzięki temu, leżąc nieruchomo po cesarce mogłam łatwo poinstruować pielęgniarkę, gdzie co mam, gdy pomagała mi podczas pierwszej, poporodowej kąpieli.

Pielęgnacja PO

Bardzo ważna jest pielęgnacja ciała po porodzie. Balsamy na rozstępy (nawet jeśli się do tej pory nie pojawiły, to profilaktycznie wolę używać ich do teraz) nie tylko na brzuch, ale przede wszystkim na biust, który podczas karmienia piersią potrzebuje dodatkowej troski. Tutaj stosuję też balsamy ujędrniające. Ale jest też coś co powinnyście stosować już przed porodem i koniecznie wziąć ze sobą do szpitala. To maść do pielęgnacji brodawek (kupiłam niskobudżetową o nazwie Maltan-polecam, sprawdziła się świetnie). Gwarantuję Wam, że przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie będzie Waszym najwierniejszym przyjacielem ever! Mogę śmiało powiedzieć, że bez niech skończyłabym karmić Klarę już po kilku dniach… 🙂
Co jeszcze warto mieć po przyjściu do domu? U mnie sprawdził się laktator ( postawiłam na markę LOVI i jestem bardzo zadowolona) oraz wkładki do biustonosza. Całe szczęście ominął mnie tzw. nawał pokarmu, ale i tak warto zaopatrzyć się w zimne kompresy, bo tak czy siak, piersi lubią być obolałe podczas ciągłego karmienia 🙂 I kilka tipów dla przyszłych matek, które niestety skończą z blizną po cesarskim cięciu (jak ja). Zaopatrzcie się w octenisept spray ( do przemywania rany), plastry Sutricon (idealne w leczeniu blizn) oraz po okresie połogu umówcie się do fizjoterapeuty. Mobilizowanie blizny, ćwiczenia i inne zabiegi są niezastąpione! Ale jeśli rodziłyście naturalnie, to też warto udać się chociaż na jedno takie spotkanie.

Wszystko pod ręką

Już pierwsze dni w domu z waszym maleństwem utwierdzą was w przekonaniu, że warto mieć wszystko pod ręką. Chociaż Klara śpi póki co w naszej sypialni, w dostawce, to i tak ma urządzony swój pokój. Na łóżku postawiłam przewijak, a samo łóżeczko „przyozdobiłam” organizerami. Jeden z nich to kubeł na brudne pieluszki/chusteczki, a w kolejnych przechowuję takie rzeczy jak np. termometr, oliwkę, maść bepannthen. W zasięgu ręki mam też pampersy. Po przewijaniu dziecka mogę je spokojnie odłożyć do łóżeczka i sięgnąć do szafy po nowe ubranka, jeśli ich wcześniej nie przygotowałam. Bez obaw, że dziecko np. spadnie. To przemawia za tym, że lepiej mieć przewijak w pokoju dziecka niż w łazience, np. na pralce.

Pierwsza kąpiel

Kąpiemy małą przeważnie w jej pokoju. Rozkładamy stelaż i przynosimy wanienkę wypełnioną wodą. Przydatny będzie Wam termometr, dzięki któremu zmierzycie temperaturę wody. Warto mieć wcześniej przygotowane inne akcesoria, żeby zapewnić dziecku nie tylko bezpieczeństwo, ale też komfort i zminimalizować odczucie zimna. Ręcznik z kapturkiem, płyn do kąpieli, krem, oliwka, świeże ubranko, pampers, patyczki do pielęgnacji uszu etc. Naszą wanienkę od Bebe-Jou podlinkowałam Wam w tym wpisie KLIK.

Sprawdzeni pomocnicy

Chyba w tej kwestii dostaję o was najwięcej zapytań. Dlatego postanowiłam zebrać wszystkich „pomocników” i po krótce wam o nich opowiedzieć.  Sprawdzają się idealnie, co nie oznacza, że nie dacie rady bez nich i świat Wam się zawali. Natomiast nam ułatwiły życie bardzo, dlatego szczerze Wam je polecam!

ŁÓŻECZKO-DOSTAWKA CHICCO NEXT2ME Magic

Wiele razy Wam o nim wspominałam, ale pytania o nie się nie kończą. Więcej informacji znajdziecie pod tym linkiem KLIK. Klara lubi w nim spać, nie mamy z nią żadnych problemów. Po prostu ją kładziemy i przykrywamy kocykiem. Oprócz prześcieradła nic więcej się w nim nie znajduje. Próbowaliśmy ze śpiworkiem, który jest najbezpieczniejszy (zmniejsza ryzyko śmierci łóżeczkowej i zapobiega odkrywaniu się dziecka w nocy), ale u nas na ten moment się nie sprawdził niestety…

CYBEX LEMO BOUNCER

To nic innego jak bujaczek dla dziecka. Klarze sprawia niesamowitą frajdę, tym bardziej, że z każdym dniem jest coraz bardziej ciekawa i chce wszystko widzieć. Bezpieczeństwo zapewniają szelki, a oddychający materiał komfort dla dziecka. Spokojne wypicie kawy? Czytanie książki? To wszystko jest możliwe. Klara często ucina sobie nawet w nim drzemki 🙂 Dodatkowo, LEMO Bouncer można zamontować za pomocą adapterów do LEMO chair, więc jego funkcjonalność wzrasta 🙂

NIANIA ELEKTRONICZNA VTECH

Niania elektroniczna to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale spokój i rozrywka. Tak, dobrze czytacie. Bo oprócz tego, że możemy bezkarnie podglądać w dzień i w nocy co porabia nasze dziecko, to również możemy włączać mu kołysanki albo też do niego mówić. Na 100% zabieramy naszą „nianię” na wyjazd nad morze, aby swobodnie biesiadować na świeżym powietrzu, podczas gdy nasza pociecha będzie sobie ucinać drzemki. Nasz model niani to VM5261, a więcej o jego funkcjach przeczytacie tutaj KLIK.

LEŻANKA CHICCO BABY HUG 4W1

Wiecznie powtarzam, że bez niej macierzyństwo byłoby o wiele trudniejsze 🙂 Leżankę dosłownie ciągnę za sobą po całym mieszkaniu. Raz gotuję obiad, potem pracuję przy biurku czy sprzątam sypialnię. W tym czasie Klara śpi albo bacznie obserwuje zabawki zawieszone nad jej głową. Jednocześnie czas umilają jej kołysanki, których dźwięk wydobywa się z panelu. Leżanka nie zastąpi Wam łóżka czy dostawki, ale zapewni komfort w ciągu dnia. Więcej napisałam o niej tutaj KLIK.

STOJAK KĄPIELOWY BUBBLE NEST CHICCO

Na pierwszy rzut oka stojak nadaje się do łazienek wyposażonych w kabiny prysznicowe. Faktycznie, to daje niesamowity komfort, bo z jednej strony nie zajmuje dużo miejsca, a dodatkowo sam rodzic może kąpać dziecko w dogodnej pozycji. Ale to nie wszystko, bo jak zobaczycie na zdjęciach powyżej, stojak ten (po usunięciu stelaża) nadaje się do kąpieli w wannie. Jeśli nie mamy miejsca na wanienkę, to taki stojak kąpielowy jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nasz egzemplarz niebawem powędruje do moich rodziców, którzy mają zarówno wannę jak i prysznic 🙂 A przecież gdzieś Klarę musimy wykąpać, gdy będzie nocować u dziadków 🙂

Jestem ciekawa waszych doświadczeń. Dajcie znać również, który „pomocnik” najbardziej przypadł wam do gustu! A może korzystacie już z czegoś w waszych domach?

DWUMIESIĘCZNIK. MARZEC/KWIECIEŃ

Zapraszam Was na drugą odsłonę cyklu „Dwumiesięcznik”. Z wielkim opóźnieniem, ale udało się zebrać zdjęcia z marca i kwietnia w jedną całość. Nie da się ukryć-były to jedne z najbardziej przełomowych miesięcy w moim życiu. Sami zobaczcie co się działo…

Marzec to przede wszystkim ostatni miesiąc ciąży. Wielką niewiadomą był dla nas moment przyjścia na świat naszej córeczki. Praktycznie od 29 tygodnia ciąży było zagrożenie, że Klara urodzi się przedwcześnie. Kilka dni przed porodem udało nam się zrobić spontanicznie zdjęcie, które widzicie powyżej. Będzie ono cudowną pamiątką 🙂

Sami widzicie…Brzuch był widoczny gołym okiem 🙂 Niczego już nie dało się ukryć…

Ostatkiem sił wybraliśmy się na ulubione krewetki w mieście, a także lody. Była piękna pogoda i aż żal byłoby z niej nie skorzystać. Co prawda, poruszałam się jak żółw, ale było warto!

Kto jak kto, ale Mama Ewelina nie zwalniała tempa. Nie ma tygodnia ( a czasem dnia), jak czegoś nie przestawi, nie dokupi. W domu moich rodziców wiecznie są jakieś mini metamorfozy. Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć komodę, której szybki zostały przyozdobione wzorzystym materiałem. Powoli zaczął tworzyć się klimat mini urban jungle…

Ostatniego marca miała miejsce moja…trzydziestka. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie tak spokojna. Bez lampki szampana, na kanapie, w gronie najbliższych. I wiecie co? Zapamiętam te chwile na zawsze! Ulubione goździki towarzyszyły mi dość długo…bo przetrzymały moją wizytę w szpitalu, którą zaliczyłam kilka dni po swoich okrągłych urodzinach.

W piątek, 5go kwietnia przyszła na świat nasza Klara! Niewyobrażalna radość! To zaledwie kilka dni po moich urodzinach! Klara urodziła się w 39 tygodniu ciąży, więc całkiem terminowo, biorąc pod uwagę fakt, że groził nam przedwczesny poród. To ogromne szczęście, że udało nam się dotrwać do tego terminu. Po urodzeniu mała ważyła niespełna 2900 kg i mierzyła 52cm. Kruszynka 🙂 Jako ciekawostkę powiem Wam, że ja i mama byłyśmy jeszcze drobniejsze :)))

A tak wyglądała Klara zaraz po przyjściu ze szpitala do domu.

Jeśli myślicie, że u nas serwuje się wyłącznie pizzę oraz makaron-jesteście w błędzie. Bartek jest mistrzem w przyrządzaniu kotletów schabowych w rozmiarze maxi (co widać na zdjęciu). Oczywiście, wiernie towarzyszy mu koci pomocnik- Kitek.

Chyba byliśmy grzeczni, bo przyszedł do nas baaaardzo owocny zajączek. Kolumny polskiej marki Pylon Audio zagościły w naszym salonie. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają, to koniecznie zajrzyjcie do tego wpisu KLIK.

Klarę od pierwszych dni przyzwyczajamy do różnych hałasów. Nie mówimy przy niej szeptem, nie ściszamy telewizora. Wręcz przeciwnie, puszczamy głośniej muzykę a taka zwykłe „odbijanie” zamienia w taniec z córeczką 🙂 Pieluszkę muślinową do odbijania od Aden + Anais znajdziecie tutaj KLIK.

Pierwszy spacer zaliczyliśmy w Gliwicach. Dużo pytań dostałam od Was w temacie wózka, który wybraliśmy. W planach mam zrobienie obszernej recenzji, ale już teraz napiszę Wam, że jest to Nuna Mixx. Prowadzi się świetnie, a Klara uwielbia w nim przebywać.
Na zdjęciu powyżej zauważycie też śpiworek od BabyLab KLIK. To jeden z naszych must have! Zabieramy go zawsze ze sobą. Nie muszę się martwić, żeby wziąć kocyk czy że Klara się odkryje podczas spaceru. Chroni przed zimne, wiatrem, a przy tym pięknie wygląda i jest miły w dotyku. 

Po urodzeniu Klary nie zapomnieliśmy o dobrym jedzeniu. Małą zabieramy ze sobą, a tylko patrzeć jak zacznie jeść z nami te pyszności :))

A jeśli o spacerach mowa, to nie mogę pominąć wielkanocnego spaceru z dziadkami. Na krótkie dystanse wpinamy zamiast gondoli fotelik samochodowy. Przy okazji udało nam się zrobić wielopokoleniowe zdjęcia. Z lewej mama (babcia) Ewelina,a z prawej babcia (prababcia) Róża. Ja z Klarą pośrodku. Zdradzę Wam tajemnicę, że na drugie Klara otrzymała imię Róża 🙂

O foteliku już pisałam jakiś czas temu ( to Avionaut Pixel, wiecej poczytacie o nim w tym wpisie KLIK), ale zobaczcie jak w nim wygląda Klarcia 🙂 Uwielbia podróżować samochodem, więc jeździmy razem dosłownie wszędzie:)

Mama Ewelina i jej nowa fryzura. Do tej pory najczęściej nosiła proste albo spięte włosy, a tu proszę: lekko podkręcone. Dla mnie wygląda rewelacyjnie!! 🙂

W czasie ciąży sporadycznie sięgałam po kawę. Totalnie nie miałam na nią ochoty,ale gdy tylko urodziłam, smaki powróciły, a ja nie wyobrażam sobie dnia bez kawowego napoju.

Co robi kobieta, która po urodzeniu dziecka wraca ze szpitala? Odpowiedź jest prosta: paznokcie! Tym bardziej, że przez pierwsze dwa tygodnie dziecko większość czasu śpi, to spokojnie można sobie pozwolić na urządzenie w domu małego salonu piękności. I bądź co bądź, paznokcie u rąk to żaden wyczyn (w dniu porodu zrobiłam sobie nowe paznokcie hybrydowe…ma się wyczucie czasu, prawda?:D), to już u nóg, mając wielki brzuch, nie jest to takie łatwe 🙂

Znacie chociaż jedną matkę, która nie zwariowała na punkcie swojego dziecka? Staram się zachować zdrowy rozsądek, ale moja galeria w telefonie może temu przeczyć… 90% zdjęć to są zdjęcia Klary…