Archiwa tagu: czy warto kupić kuchnię IKEA

PROJEKT KUCHNIA: Takiej kuchni się nie spodziewacie!

Wybór kuchni to najtrudniejsza decyzja podczas aranżacji nowego lokum. W trakcie naszego projektu „MISJA:Cztery kąty i taras piąty” również spadło na nas mnóstwo dylematów i znaków zapytania. Od czego zatem zacząć? Najpierw musimy zastanowić się, gdzie zakupimy meble. W grę wchodzi zaprzyjaźniony (mniej bądź bardziej) stolarz lub sieciówka. Kolejnym problemem jest model, kolor, styl kuchni. Aż wreszcie, sam projekt, czyli decyzja odnośnie rozmieszczenia sprzętu AGD, jego zabudowa (bądź jej brak), wielkości szafek, ilości szuflad etc. Nie wspominając już o dodatkach, które dopieszczą całość aranżacji.

Dlaczego wybrałam kuchnię IKEA?

Na samym początku pragnę uspokoić wszystkich sceptyków postów sponsorowanych – ten wpis !!! NIE JEST WPISEM SPONSOROWANYM !!! : ) No właśnie, nie wiem dlaczego, ale jest grupa ludzi (i to całkiem spora), która nie toleruje postów napisanych we współpracy z daną marką. To trochę krzywdzące, ponieważ wszystko to, co pokazujemy Wam na blogu bądź w mediach społecznościowych ZAWSZE jest zgodne z nami, z naszym poczuciem stylu czy przekonaniami. Ale mniejsza z tym. Mam nadzieję, że Ci lekko wzburzeni zostali uspokojeni, a reszta głowi się nad pytaniem „No, dlaczego znów ta IKEA?”.

Scandinavian Love Song

IKEA jest sprawdzona i mam do niej zaufanie, jak niektórzy do pana Zdziśka- Stolarza, przyjaciela rodziny. Podoba mi się, to że gwarancja obejmuje 25 lat. Podoba mi się, że jeśli coś się wydarzy, to sama reklamacja jest rozpatrywana szybko i korzystnie (przynajmniej tak było w moim przypadku). Podoba mi się design, kolorystyka, fukcjonalność, wiele możliwości przechowywania. I terminowości. Proces jest banalnie prosty: przychodzę do IKEA z gotowym projektem, kupuję, umawiam się na dostawę i montaż. Montaż kuchni zwykle trwa 1 pełny dzień (przy większych kuchniach – dwa dni). A jak to jest, gdy montuje nam przyjaciel Zdzisiu? Zdzisiu umówi się, że zrobi robotę w 2-3 dni, a przeciągnie się mu do tygodnia. Nie daj Boże, jeśli samochód się mu zepsuje albo skrzynkę z narzędziami zgubi, a wówczas montaż przesunie się o tydzień, dwa. Życzę każdemu poczciwego i sumiennego Zdziśka, ale uwierzcie mi, że swoje słyszałam i swoje widziałam.

A! Zapomniałabym! Właśnie zaczęła się wielka, kuchenna promocja IKEA. Do 31.07.2018 możecie skorzystać z rat 24×0% lub otrzymać bon na kwotę 100 pln za każde wydane 1000 pln. To zawsze oznacza intensywny czas dla mnie, bo wzmaga się Wasze zapotrzebowanie i prosicie o wykonanie takich projektów dla Was 🙂 I wcale się nie dziwię, bo promocja jest warta uwagi i sama z niej skorzystałam. Cieszę się, że mój projekt był gotowy wcześniej, kuchnię udało mi się kupić w drugi dzień promocji i teraz mogę na spokojnie zasiąść do Waszych projektów 🙂

Kobieta zmienną jest!

Biel. Chociaż szary był tu głównym konkurentem i praktycznie do ostatniej chwili ważyły się losy mojej kuchni…to postawiłam na biel. I może kolor nie był dla Was zaskoczeniem, ale nawiązanie do nowoczesnego stylu pewnie już tak. Wcześniej mogliście zauważyć moje zamiłowanie do żłobień, przeszkleń, szprosów.  Podobały mi się klasyczne rozwiązania, a teraz? Gładkie, białe, matowe fronty. Wybór padł na kuchnię VOXTORP. Jeszcze trochę za wcześnie, aby pokazywać Wam projekt, ale zdradzę Wam kilka szczegółów i trochę wytłumaczę się z tej bieli.

interiorbarndoorshq.com

Kuchnia tworzy openspace wraz z salonem, jadalnią oraz gabinetem. Postanowiłam, że będzie „tłem” dla całości aranżacji. Bazą, która powinna pomóc w całościowym odbiorze wnętrza, a nie wprowadzać do niego chaos. Dlatego biel.  Aby trochę poskromić nowoczesne fronty, wybrałam drewniane blaty, które dodadzą ciepła. Kuchnia nie należy do dużych, więc istotne było rozmieszczenie szafek, ale spokojnie znalazło się miejsce do przechowywania. Postawiłam na wysokie, górne szafki. Wysokie tj. 100 cm. Nie boję się, że osiągnę efekt przesadnie zabudowanej bryły, bo sufity mamy wysokie (270 cm), więc zostanie przestrzeń między szafkami a pułapem. W kuchni nie zabraknie także otwartych półek. Jak będzie w całości wyglądać wnętrze? Niebawem Wam pokażę!

Nowości.

Postanowiłam skorzystać z rozwiązań, których nigdy wcześniej nie wybrałam albo takich, które uważałam, że są zbędne. Znowu mogłabym posiłkować się maksymą „Kobieta zmienną jest„, ale sami widzicie wieje nudą…ale nie nudą wnętrzarską, bo tu same zmiany!

Torah Residence; designed by Hecker Guthrie.

–  Zabudowana lodówka – chyba zaliczam się do największych sceptyków zabudowanych lodówek. Dalej utrzymuję, że coraz częściej możemy znaleźć bardzo ładne lodówki w sklepach i trochę żal, że mamy zakrywać ten przepiękny design. Czasem kuchnia wymaga konkretnych akcentów i tu doskonale sprawdza się np. czarna lodówka. Więc co się stało, że jednak skusiłam się na zabudowaną lodówkę? Fakt, że kuchnia będzie w nowoczesnym klimacie, a po drugie – że nie jest zbyt duża i nie chciałam dodatkowo „dzielić” przestrzeni. Podoba mi się też opcja dodatkowego miejsca nad lodówką, gdzie możemy przechowywać zapasy makaronów, puszek z pomidorami i innych (nie tylko włoskich) specjałów 🙂

Płyta indukcyjna – wiecie, że nagrzewa się do 50% szybciej i zużywa przy tym 40% mniej energii? Pewnie nie potraktowałabym tych informacji aż tak serio, gdyby nie to, że przez ostatnie miesiące miałam okazję praktycznie każdego dnia korzystać z płyty indukcyjnej. I co? I nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Panel dotykowy jest kolejny plus. W prosty sposób załączamy płytę oraz regulujemy temperaturę. Jest też blokada rodzicielska, a więc dodatkowe bezpieczeństwo dla dzieci.

Zabudowany okap – kolejny punkt, gdzie zawsze, bez zastanowienia wybierałam zwykły okap, który przede wszystkim bardziej wizualnie mi odpowiadał.  A tu proszę… ponownie nowoczesność mojej kuchni przemówiła za zabudową. Co więcej, chciałam być konsekwentna. Jeśli jedna ze ścian ma być przysłonięta wysokimi szafkami, z zabudowaną lodówką-okap też musi być zabudowany.

Kran z wyciąganym, ręcznym prysznicem– kiedyś uważałam, że to bezużyteczny bajer…a teraz traktuję to jako przydatny gadżet. Od razu zaznaczam – nie jest to coś bez czego życie w kuchni jest utrudnione albo gorzej – niemożliwe. Generalnie korzystamy ze zmywarki, ale są takie rzeczy, których niestety do zmywarki nie włożymy. Np. ogromne talerze do pizzy, które trzeba umyć ręcznie, wówczas taki wyciągany prysznic sprawdza się perfekcyjnie.

Drewniane blaty– uśmiecham się jak to piszę sama do siebie i chyba muszę stwierdzić, że lubię ryzyko. Ciągłe gotowanie, pieczenie…pewnie nie przedłużą żywotności drewna. Obawiam się, że wręcz przeciwnie – drastycznie ją skrócą. Ale ja na prawdę marzyłam o drewnianych blatach. Z zazdrością przeciągałam ręką po drewnie w kuchni rodziców, więc cóż. Blaty zawsze można wymienić. Marzenia należy spełniać. Więc drewniane blaty kupione 🙂

Ceramiczny zlew – napiszę Wam szczerze…mam złe doświadczenia z metalowym zlewem. Osad z herbaty czy kawy baaaardzo ciężko schodził, a błyskawicznie się tworzył. Miałam wrażenie, że moje życie toczy się wokół czyszczenia zlewu. Ceramicznego zlewu obawiałam się…z uwagi na swój temperament do zrzucania szklanek. Pęknięcie, ubicie…Jednak patrząc na zlew moich rodziców, mam nadzieję, że mój (pomimo temperamentnej właścicielki) da radę.

Ollie & Seb’s House

Myślę, że wystarczy tych szczegółów, bo i tak baaardzo dużo Wam zdradziłam. Bądźcie pewni, że niebawem pokażę Wam kuchnię w całości i jeszcze dokładniej napiszę o swoich wyborach i rozwiązaniach, które ułatwiają gotowanie i przesiadywanie w kuchni. Ale będzie również o sprzętach i gadżetach bez których życie w kuchni nie toczyłoby się w tak radosnym i smacznym tempie 🙂