Archiwa tagu: Podróże / Travels

Włoskie wakacje – RELACJA [Bari. Alberobello. Polignano a mare]

Mamy jedną, niezawodną zasadę: nie wiesz, gdzie jechać-jedź do Włoch. Dlaczego? Bo wystarczy zabukować bilet i poświęcić niecałe dwie godziny na lot. Nie martwisz się o bagaż, bo na pokład wchodzisz ze swoją podręczną walizką. Masz świadomość, że przez te kilka dni zawsze dobrze zjesz.  Można tak wymieniać bez końca! Jaki rejon Włoch wybraliśmy tym razem? Puglia!
LOTNISKO
Uwielbiam atmosferę na lotnisku. Lubię obserwować ludzi, lekko podenerwowanych, zagubionych, ale i ciekawych swoich przygód. Lubię też zwracać uwagę na różnice np. podczas kontroli. W Katowicach na lotnisku od razu przydałyby nam się stopery do uszu. A to za sprawą energicznej, włoskiej rodziny, która uparcie kłóciła się z przedstawicielką tanich linii lotniczych. Ich walizka była dosłownie o 2 cm wyższa niż respektowany rozmiar na pokładzie samolotu. Oni wymachiwali rękami, przekrzykiwali się i uporczywie argumentowali swoje racje, gdy jednocześnie obok babeczka  cichym głosem tłumaczyła w języku angielskim, że nie rozumie po włosku. A przy tym towarzyszyła jej wielka purpura, która jak kurtyna przysłoniła jej twarz. Głupia sytuacja, walka o te dwa centymetry a wywołała tyle negatywnych emocji.
Wszystko wyjaśniło się w drodze powrotnej. Usilnie upychałam wszystko do walizki, aby nie było dodatkowych toreb, niepotrzebnych nieporozumień. Bo jeśli 2 centymetry wywołały taką burdę, to co się stanie z dodatkową torebką. Jakie było moje wielkie zdziwienie, gdy nikt nie był zainteresowany moim paszportem i tylko przelotnie zerknął na mój elektroniczny bilet. Dopiero przed samym wejściem na pokład łaskawie zeskanowali kod z mojego biletu. Nie było problemu, gdy testując obsługę lotniska obwiesiłam się torebką, aparatem, i kolejną torbą. Zero reakcji. Nie wspominając już o tym, że gdy nam sprawdzali bagaż to kobieta przed monitorem nawet na niego nie spojrzała, bo była rozbawiona konwersacją z kolegą obok. Nie to co w Polsce. Płyny, leki, elektronika. Wszystko ma być wyciągnięte, zweryfikowane. Taka różnica w kontroli… I człowiek przestaje się dziwić włoskiej rodzince, która przyzwyczajona do włoskiej lekkości miała problem z 2 centymetrami.

 

BARI 
Docelowo polecieliśmy do Bari-nadmorskiej miejscowości. Klasycznie zatrzymaliśmy się w mieszkaniu w centrum miasta. Korzystamy z serwisu airbnb, co ostatnim razem skończyło się na wynajęciu jednego pokoju, gdzie w drugim mieszkała para Włochów z ich 3 kotami. Nie powiem, było całkiem fajnie jeść ciepłe rogaliki w gronie tubylców 🙂 Tym razem mieszkanie mieliśmy do dyspozycji tylko dla siebie. Z wyjątkiem jednej nocy, gdy przyjechała dziewczyna z Irlandii, której nawet nie miałam okazji poznać.
Bari to miejsce, gdzie można odpocząć. Jest plaża i morze, ale gdy do tej kombinacji dochodzi moja osoba, to niestety relaks przybiera inną formę. Tak jak pierwszego dnia, gdy spędziliśmy ponad godzinę na plaży, a ja uporczywie wymuszałam na mężu, aby się zebrać i pozwiedzać okoliczne miejscowości. Więc zapamiętajcie, gdy przyjdzie Wam szalony pomysł spędzenia wakacji w moim towarzystwie, to nie potrzebne Wam będą stroje kąpielowe, dmuchane materace czy karimaty. Wystarczą wygodne buty i rozgrzane kolana, bo chodzenia będzie sporo (zapytajcie mojego Męża, ten to zabiera wyłącznie adidasy na podróż, bo uznaje że sandały niepotrzebnie miejsce zajmują).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żeby nie było, że na tych wakacjach totalnie odpłynęłam i pasję do wnętrz upchałam głęboko w schowku w samolocie. Na dowód mam dla Was kilka zdjęć z wystawy, która miała miejsce w centrum Bari, na starym mieście. Wystawa przedstawia dzieła artystów z regionu Puglia. Najbardziej spodobały mi się drewniane torebki, nie wiem na ile byłyby praktyczne, ale wyglądały naprawdę świetnie.
Kolejny przejaw dizajnu napotkałam na ulicy. Na głównym deptaku siedział Pan, który robił doniczki z kamienia, które idealnie komponowały się z np. kaktusami. Nie przeszkadzał mi przenikliwy wzrok artysty i bezpardonowo zrobiłam mu zdjęcie. Szkoda, że miałam tylko bagaż podręczny wypchany na 120%, w przeciwnym razie kupiłabym takie cudo.

 

POLIGNANO A MARE
Kolejnym przystankiem  była miejscowość Polignano a mare. Cel był jeden – zobaczyć te cudowne widoki! A z czym jeszcze kojarzone jest miasteczko? Z wybitnym, włoskim piosenkarzem Domenico Modugno ( kojarzycie piosenkę „Nel blu dipinto di blu”? To właśnie on ją śpiewał!).  Z Polignano mieliśmy plan, aby przemieścić się do innego miasta-Alberobello, gdzie znajduje się największe skupisko białych domków tzw. trulli. Ale to nie było takie proste! Nikt nie wiedział jak dojechać do tej miejscowości, a stacja kolejowa była tak mała, że nie było nawet okienka z przemiłą panią, która mogłaby pomóc. Chodziłam więc od knajpki do knajpki, nie ominęłam nawet szwaczki czy rybaka i nic. Po przejściach dodarliśmy do informacji turystycznej, która była ukryta w bocznej uliczce i mało kto o niej wiedział. Okazało się, że najpierw pociągiem musimy jechać do miejscowości Monopoli, a dopiero później złapać autobus, który jeździć 4 razy dziennie. Gdy tylko dojechaliśmy do Monopoli, zauważyliśmy jeden samotny autobus przepełniony młodzieżą wracającą ze szkoły. Niechętnie zajęliśmy miejsca i pochmurnie spojrzeliśmy na zegarki, które wskazały ponad godzinne oczekiwanie na odjazd. Jakie było zdziwienie jak kierowca wrzucił pierwszy bieg i odjechał 50 minut przed planowanym odjazdem( kolejny kurs miał być za prawie 4 godziny…).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ALBEROBELLO
Kierowca musiał być bardzo niecierpliwy, bo niedość, że odpalił autobus prawie godzinę wcześniej to jechał jak szalony przemierzając mniejsze i większe wsie. W tym pędzie jechaliśmy blisko 60 minut. Towarzyszyło nam ciągłe trąbienie, które mogło sygnalizować tylko jedno „Kury, koty, konie, krowy, ludzie- z drogi, bo jadę!”.
Gdy wreszcie dotarliśmy do Alberobello naszym oczom ukazały się białe domki, tzw. trulli. Pamiętam ich zdjęcia w przewodniku. Zawsze chciałam je zobaczyć, to był taki mój włoski „must have”. Sami zobaczcie jak świetnie wyglądają na zdjęciach.

 

 

 

 

 

Czas ochłonąć i wrócić do rzeczywistości. Szykuje się sporo zmian na Sisters About, no i finał metamorfozy salonu 🙂 Ściskam, Marcelina

Włoska przygoda

Dobrze wiecie, że uwielbiam podróże. Również te kilkudniowe, spontaniczne sprawiają mi wiele radości. Tym razem padło na Italię, a dokładnie na Mediolan oraz Bergamo. W jednym i drugim mieście byliśmy kilka lat temu, więc spokojnie zrezygnowaliśmy z aktywnego zwiedzania na rzecz spokojnych spacerów. Miałam wrażenie, że naszym jedynym celem było jedzenie. Po śniadaniu szukaliśmy dobrej kawy i ciasta, w międzyczasie jedliśmy kawałek pizzy jednocześnie poszukując miejsca na pyszny obiad. Po obiedzie coś słodkiego, mała przekąska w postaci panini bądź kawałka pizzy i szukanie restauracji, w której można zjeść dobry makaron. Pech chciał, że gdzieś po drodze znalazła się cukiernia, w której trzeba coś kupić na wynos. Głupia, nie wzięłam tabletek na trawienie a tak by się przydały, no! 🙂

Nie wyobrażam sobie wyprowadzki gdzieś daleko, poza granice Polski. Jednak, gdybym musiała wybierać, to Italia byłaby krajem, gdzie ewentualnie mogłabym się zaklimatyzować 🙂 Uwielbiam włoski sposób bycia, pyszne jedzenie, architekturę i lekkość, którą można poczuć na każdym kroku ( chyba, że właśnie zjedliśmy miskę makaronu lub pizzę z kiełbasą i frytkami…). 

Gdzie nocowaliśmy? W małych kwaterach/mieszkaniach. Dużym zaskoczeniem był dla nas Mediolan i miejsce, w którym się zatrzymaliśmy. Było to dwupokojowe mieszkanie, gdzie gospodarzami był Antonio oraz jego dziewczyna-Elisa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że oprócz nich było jeszcze trzech małych domowników. Drago, Morigi, Sexy Micia- czyli trzy urocze koty. Jestem przyzwyczajona do spania z kotem w łóżku, więc nie było wyboru-kociaki spały z nami! 

Selfie z Mężem w Mediolanie / Widoku podczas lotu / Mój ulubiony przysmak Nutella&go / Morigi, która jest przykładem, że nie tylko polskie koty uwielbiają kartony 😀
Włoskie lody / Podczas wizyt na lotnisku zawsze wracam obładowana gazetami, tym razem było podobnie / Zwykła beza obok której w Polsce przechodzę obojętnie, a we Włoszech moje kubki smakowe szaleją. / Pizza, chyba nie muszę więcej komentować:-)
Makaron zawsze na plus 🙂 / Torta della nonna z orzeszkami pinii. / Dworzec kolejowy w Mediolanie / I moje marzenie- Vespa! Tylko, który kolor wybrać ?:-) 

Znów lecę! [ kilka słów o podróżach, czyli co, gdzie i za ile]

Chociaż dla jednych jest to katorga, to ja wprost uwielbiam się pakować.Bez znaczenia czy planuję wyjazd na kilka dni czy mam zamiar podbijać Afrykę. Chociaż marzy mi się kredens do kuchni czy nowa szafka TV do salonu nie umiem sobie odmówić podróży. To moja słabość! Nie kręcą mnie weekendowe wypady w góry, chociaż wiem, że Polska skrywa piękne miejsca. Wolę zabukować bilety i polecieć samolotem na drugi koniec Europy. A gdzie lecę tym razem? Do Mediolanu! Chociaż miałam okazję juz tam być, to i tak nie mogę się doczekać włoskich deserów, pysznego makaronu i klimatycznych miejsc. Przy okazji tej wycieczki mam dla Was kilka wskazówek jak zorganizować kilkudniowy wypad. I uwaga! To wcale nie musi być kosztowne 🙂 

Pamiętacie wpisy pt. Ubierz się w klimacie swojego wnętrza? Nic nie da się ukryć 🙂 Moje mieszkanie jest w skandynawskim klimacie, gdzie nominuje biel, czerń, szarości oraz elementy w stylu urban jungle. Jeżeli zajrzycie do mojej walizki zobaczycie pewne podobieństwo 🙂 I tu pierwsza ważna rada-zabierajcie ze sobą rzeczy w podobnym stylu, w zbliżonej kolorystyce. Wybierając się gdzieś na kilka dni, zawsze korzystam z bagażu podręcznego, co jest dodatkową oszczędnością. Pakuję dosłownie kilka ciuchów, w tym chociaż jedną sukienkę, która zajmuje mało miejsca a tworzy cały strój. Przyda się też gruby szal, który pozwoli nam się ogrzać np. na lotnisku. Dodatkowo, wygodna torebka, którą możemy przerzuć przez ramię i koniecznie na zamek-w czasie podróży wciąż się przemieszczamy, więc warto utrudnić życie potencjalnym kieszonkowcom 🙂 Zawsze pakuję też naszyjniki, które potrafią całkiem zmienić nasz strój 🙂
Bazą jest dla mnie skórzana, czarna kurtka. Jest ciepła i pasuje do wielu strojów. Jeśli chodzi o buty-zabieram dwie pary (no chyba, że lecę na dłużej to oczywiście więcej:D). Jedne-koniecznie na obcasie, ale też bardziej sportowe np. wygodne trampki. Do walizki wrzucam parasol, bo nigdy nie wiadomo jaką pogodę zastaniemy na miejscu. 

No dobrze, walizkę mamy spakowaną, ale jak w ogóle zabrać się za planowanie podróży? Najpierw szukamy lotu. Moim rekordem było kupienie biletów również do Włoch za 39 PLN w dwie strony! Można? Pewnie, że można 🙂 Swoje poszukiwania rozpoczynam na stronach tanich przewoźników Wizz-air lub Ryanair. Często jest tak, że w dwie strony lecę różnymi liniami. Jeżeli bilety mamy kupione warto poszukać noclegu. Nigdy nie wybieram się „w ciemno” i nie szukam pokoju na miejscu. Uważam, że to strata czasu. A przecież po przylocie można zostawić walizki i wybrać się od razu na dobrą kawę. Tanie pokoje znajdziecie na airbnb.pl lub booking.com. Często wybieramy z mężem pokój w mieszkaniu, w którym mieszka również właściciel. Tak było m.in. podczas naszego wypadu do Rzymu. Pokój był blisko centrum, a właściciel mieszkania każdego dnia robił nam śniadanie 🙂

Podróżne umilacze, to coś bez czego się nie ruszam. U mnie sprawdza się książka i chociaż zajmuje sporo miejsca, to nie umiem przekonać się do e-book’ów. Od pewnego czasu numerem jeden jest dla mnie Camila Lackberg. Czyta szóstą część serii jej autorstwa i wciąż mi mało. Jeśli lubicie skandynawskie kryminały-polecam! Totalnym must have jest tablet. Zwykle nie biorę laptopa ze sobą, więc jest on doskonałym zastępnikiem. Dodatkowo, pozwala na słuchanie muzyki czy oglądanie filmów. Będąc w Maroko i czekając długie godziny na swój lot czas szybciej mijał, gdy oglądaliśmy wciągający kryminał. Kolejnym umilaczem są fiszki, czyli małe karteczki ze słówkami w języku obcym i ich tłumaczeniem. Zawsze staram się je mieć w torebce, ale podczas lotu doskonale się sprawdzają. 

A na sam koniec niezbędnik urodowy. Zwykle zabieram mało kosmetyków, bo szkoda mi miejsca w walizce 🙂 Jednak nie zapominam o ulubionych cieniach czy kolorowych szminkach, które w podróży sprawiają, że zaledwie jedno pociągnięcie po naszych ustach sprawia, że wyglądamy świeżo.  Płyny, kremy, podkłady przekładam do specjalnych pudełeczek i butelek. Nie zapominam też o rolce do ubrań, którą również możecie znaleźć w wersji mini ( np. w H&M). W torebce mam też żele i chusteczki antybakteryjne. Nie tylko są przydatne w podróży, ale także, gdy chcemy zjeść coś na mieście 🙂 
Sami widzicie, że organizacja podróży nie musi być czasochłonna. Co więcej, całego wyjazdu nie musicie planować kilka miesięcy wstecz. Wystarczą 2-3 tygodnie, aby zabukować bilety i noclegi. A wy, gdzie lubicie wyjeżdżać? Podróżujecie po Polsce czy wybieracie odległe zakątki Europy czy Świata? Sami organizujecie podróż czy korzystacie z ofert biur podróży? Jestem ciekawa Waszych opinii. Buziaki, Marcelina 🙂

MAROKO cz.2 ( Casablanca, Marrakech, Paryż) | MOROCCO part 2. ( Casablanca, Marrakech, Paris)

Dzisiaj mam dla Was drugą część relacji z Maroka. Jeśli jesteście ciekawi, co działo się na początku-koniecznie zajrzyjcie do pierwszej części (KLIK). Teraz Casablanca, Marrakech oraz Paryż. 
Podczas pobytu w Rabacie wybraliśmy się pociągiem do Casablanki. Naszym celem był Meczet Hasana II, który wznosi się na sztucznym nasypie ponad wodami Oceanu Atlantyckiego. Budowla została ukończona w 1993 roku. Jest to trzeci co do wielkości meczet na świecie. Do niego przylega minaret o wysokości 210 metrów, dzięki temu jest najwyższym minaretem na świecie. 
Meczet wygląda imponująco, również w środku. Przepiękne, kolorowe mozaiki…nie mogłam oderwać od nich oczu. Niestety sama Casablanca to miasto wielkich sprzeczności. Z jednej strony bogactwo, przepych, a gdy tylko wyjdzie się poza teraz meczetu naszym oczom ukazują się slumsy. Biedni ludzie mieszkają w opłakanych warunkach. Niestety skutkuje to także tym, że samo miasto nie jest w całości bezpieczne i należy uważać na rabunki. 

Nie mogło zabraknąć mojego kochanego Męża 🙂 Chociaż ja byłam odpowiedzialna za pomysł wyjazdu do Maroka, to bez jego sprawnej organizacji ta podróż nie miałaby miejsca.
Kolejnym naszym celem był Marrakech. Nie mogłam doczekać się, kiedy tam pojedziemy. W Marrakechu zatrzymaliśmy się na 3 noce. Mieszkaliśmy w przepięknym Riadzie Quara, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej. Taras, leżaki, mnóstwo zieleni. Gdy dotarliśmy na miejsce, w pierwszej kolejności obmyto nam ręce wodą różaną, a później poczęstowano herbatą. 
Czuliśmy się tam jak w domu, a to zasługa właścicieli, którzy byli zawsze uśmiechnięci i pomocni. Jestem pewna, że pewnego dnia tam wrócimy. Dlatego, jeśli planujecie wizytę w Marrakechu to wiecie, gdzie nocować 🙂 
Marrakech jest bardzo głośnym miastem. Wszyscy tu krzyczą, wszędzie słychać klaksony, które ewidentnie są nadużywane 🙂 W przeciwieństwie do Rabatu, w Marrakechu można spotkać mnóstwo turystów.
Podczas naszego pobytu mieszkańcy przygotowywali się do bardzo ważnego święta Eid al-Adha. Przez dwa dni około godziny 6.00 (przez kilkanaście minut) dochodziły do naszego pokoju modlitewne śpiewy. Chociaż nie pozwoliły spać, to było to coś magicznego. Dodatkowo, po rozmowie z właścicielką Riadu dowiedzieliśmy się, że w dniu naszego wyjazdu, aby uczcić ten ważny dzień dla Muzułmanów, rytualnie zabijane są barany. To wiele tłumaczyło, bo przez kilka dni ulice były baranami przepełnione. Jedni brali barana na motor i tak z nim jechali ( 😀 ), inni wrzucali zwierzę do samochodu na miejsce pasażera. Istny kosmos!
Wracając do samego zabijania baranów…bywa, że zwierzęta są zabijane na środku drogi. Ulice spływają wtedy krwią, ludzie wiwatują, a samo mięso jest rozdawane najuboższym. I tu pojawiła się obawa. Bo aby dotrzeć na dworzec autobusowy i złapać samolot musieliśmy przejść całą Medynę. Chociaż szanuję tradycję i religię innych ludzi, to nie ukrywam, że bałam się wyjść z pokoju. Ostatecznie nie było tak źle:) Samego obrządku nie widzieliśmy, w oddali było tylko słychać odgłosy  jeszcze żywych baranów…

Powyżej możecie zobaczyć plac Jamal El Fna. Oprócz pamiątek, świeżego soku z pomarańczy możecie tu zobaczyć małpki ( gotowe do zrobienia zdjęcia), zaklinaczy węży czy też panie robiące tatuaże z henny. Z tymi ostatnimi dobrych stosunków nie miałam. Chociaż początkowo planowałam wykonanie henny na rękach, to później mi przeszło. Dlaczego? Pierwszego dnia, gdy przyszliśmy na plac zaczepiła mnie kobieta, która zaproponowała wykonanie tatuażu. Odmówiłam raz, drugi, trzeci, czwarty (!) aż w końcu kobieta wzięła siłą moją dłoń i zaczęła malować kwiatka. Ledwo się wyrwałam, wytarłam malunek (dzięki czemu cała już byłam w hennie) i dosłownie u c i e k ł a m. Nie muszę chyba pisać, że henny mi się odechciało i do Polski wróciłam z czystymi rękami? 🙂

Jedzenie. Niekończący się temat w Maroku. Zapachy kuszą, oczy podziwiają intensywne barwy. Każdego dnia byliśmy częstowani pysznym śniadaniem ( tylko zobaczcie te genialne talerze!) w naszym Riadzie.
Przed samym wyjazdem do Maroka, wyszukaliśmy knajpki, która była naszym „must visit”. Niestety, chociaż szukaliśmy jej 1,5 h (!!!) na drzwiach czekała na nas karteczka z wiadomością, że restauracja jest zamknięta. 
Oprócz klasycznych potraw, zajadałam się ichniejszymi pączkami bambalouni. Wiadomo, że higiena podania nie była wybitnie wysoka, ale jakie to było pyszne! 
No i soki ze świeżych pomarańczy. Piliśmy je nałogowo litrami, tym bardziej, że ich cena była zaskakująco niska, a sok był wyciskany bezpośrednio przy nas.
Z Marrakechu wracaliśmy przez Francję. Lotnisko Beauvais położone pod Paryżem to istny koszmar. Jest zamykane od godziny 22.30, a otwierane dopiero o 6.00 rano. Co to dla nas oznaczało? Noc pod gołym niebem, pod ścianą lotniska. Okazało się, że nie jesteśmy sami, co bardzo poprawiło nam nastrój. Sami zobaczcie, oaza spokoju wcinająca batony o północy- to byłam ja! Gdy mijały kolejne minuty i temperatura spadła do 9 stopni, to przestało być wesoło. Z plecaka zaczęliśmy wyciągać wszystkie koszulki, sukienki, spodenki-cokolwiek, aby tylko narzucić na siebie. Niestety było nadal zimno, naprawnę ZIMNO. 
Na miejscu byli ludzie z różnych zakątków. Litwa, Pakistan, Hiszpania, Rosja, Rumunia…no i my 🙂  Naszym „aniołem stróżem” okazał się przemiły Pan z Pakistanu. Wypakował on swoją całą walizkę i przykrył mnie oraz inną dziewczynę. Pan był muzułmaninem i jego walizka była przepełniona szatami służącymi do modlitw. Kokon widoczny na ostatnim zdjęciu to ja, właśnie przykryta tymi szatami 🙂 Ponadto, Pan Pakistańczyk udał się kilka kilometrów po kawę z pobliskiego automatu i nam ją przyniósł. Tyle dobroci chyba jeszcze nie spotkałam w jednym miejscu 🙂 Było ciężko, to nie ukrywał-była to świetna przygoda, chociaż lotnisko Beauvais będę omijać szerokim łukiem 🙂

MAROKO cz. 1 (Girona, Rabat) | Morocco part 1. ( Girona, Rabat)

Witajcie kochani! Jak wiecie ostatnie prawie dwa tygodnie spędziłam na wakacjach. Razem z Mężem sami zorganizowaliśmy wyjazd- bilety lotnicze, noclegi, zwiedzanie. Faktycznie, zabiera to więcej czasu niż wizyta w biurze podróży, ale uwierzcie- dla tych wrażeń w a r t o ! Sama relacja została podzielona na dwie części. Dzisiaj Girona & Rabat, a następnym razem Casablanca, Marrakech oraz Paryż 🙂 Zaczynamy?:-)

Swoją podróż rozpoczęliśmy od Girony, miejscowości w pobliżu Barcelony. Po przylocie czekała nas noc na lotnisku. Pomimo obaw wszystko poszło gładko. Lotnisko patrolowała policja, więc było bezpiecznie. Dodatkowo nie byliśmy samotni w tym koczowaniu 🙂 Kilkanaście osób razem z nami wylegiwało się na lotniskowych ławkach. O poranku, po szybkiej (i okrojonej) toalecie wyruszyliśmy z plecakami w kierunku centrum. Autobus spod lotniska dowiózł nas na miejsce. Zjedliśmy pyszne śniadanie w pobliskiej kawiarni. Okazało się, że łatwiej porozumieć się po włosku niżeli angielsku 🙂 
Girona okazała się bardzo przyjemnym, klimatycznym miasteczkiem. Baaardzo przypomina mi włoskie miasta. Na lotnisko wróciliśmy późnym popołudniem, aby zdążyć na samolot do Rabatu, stolicy Maroka.

Do Rabatu dotarliśmy wieczorem. Mieliśmy jeden cel: szybkie pojawienie się w Riadzie, czyli miejsca, gdzie mieliśmy mieszkać. Początkowo chcieliśmy jechać autobusem, ale prędko okazało się, że jeżdżą one po swojemu, bez rozkładów. Ba, nawet nie było wyznaczonych przystanków. Po namowach tubylców (oczywiście mężczyzn, bo gdy próbowałam zapytać kobiet, te od razu „uciekały”) wzięliśmy taksówkę. Była to „jazda bez trzymanki”. Dosłownie! Tutaj zasady ruchu drogowego nie obowiązują. Liczy się refleks. Można jeździć na czerwonym świetle, pomiędzy pieszymi, którzy idą po pasach mając zieloną lampkę. Gdy wreszcie dodarliśmy do centrum medyny, czyli starego miasta, w którym znajdował się nasz Riad byliśmy bezradni. Mnóstwo ludzi,  z e r o turystów, wieczór a my z plecakami  poszukując miejsca do spania. Całe szczęście ludzie są tu bardzo pomocni ( o czym przekonywaliśmy się na każdym kroku). Podszedł do nas pewien Pan i wskazał ulicę. Udało się! Zmęczeni, po dwóch dniach podróży dodarliśmy na miejsce! Tradycyjnie zostaliśmy przywitani marokańską herbatą z miętą i cukrem. 

Zatrzymaliśmy się w Riadzie (czyli tradycyjnym marokańskim domu z patio) „Dar Yanis” w samym sercu medyny (tutaj znajdziecie namiar KLIK ). Każdego dnia jedliśmy typowe marokańskie śniadania z ichniejszymi plackami, chlebkami i naleśnikami. Nie obyło się też bez ich tradycyjnej herbaty z miętą. 

Sam Rabat to biało-niebieskie miasto. Chociaż leży nad Oceanem Atlantyckim to turystów tu brak. Czym to skutkuje? Tym, że wyłącznie ja przechadzałam się w krótkich spodenkach, a na plaży w samotności opalałam się w normalnym stroju kąpielowym. Nie była to komfortowa sytuacja, przede wszystkim wtedy, gdy inne kobiety robią ci zdjęcie, gdy ty relaksujesz się na plaży 🙂 
Czy miałam problemy ze strojem? Generalnie nie, jednak zdarzyła się raz sytuacja, kiedy jeden młody mężczyzna pouczył mnie niemiłym tonem, że w Maroku należy ubierać się inaczej. Tego samego dnia zakupiłam sukienkę do ziemi, aby wtopić się w tłum 🙂
 Myślę, że gdybym pomieszkała tam miesiąc to chodziłabym zakryta po kostki. Tam po prostu nie chcesz się odznaczać, wystarczą już blond włosy, które budzą ciekawość.

Maroko boryka się z problemem wielkiej ilości kotów. Często na ulicach są wysypywane karmy, a z plastikowych butelek są robione miski z wodą, ale to niewiele zmienia. Wychudzone kociaki, które ledwo trzymają się na łapkach to okropny widok…

W kwestii jedzenia w ogóle się nie oszczędzaliśmy. Całe szczęście problemy żołądkowe nas ominęły 🙂 Stołowaliśmy się na ulicy. Najczęściej odwiedzaliśmy knajpkę w naszej medynie, która wyglądała jak kiepskiej jakości bar mleczny. Ale jedzenie było pyszne! Hitem była dla mnie harira, zupa z ciecierzycy. Nie obyło się też bez przydrożnych budek, gdzie kupowaliśmy panini czy też inne zawijasy. Skusiliśmy się także na chipsy ziemniaczane smażone na środku drogi i pakowane w kartkę papieru. Mi trafiło się CV jakiegoś inżyniera 😀 Dreszczyk emocji przeżywaliśmy także kupując soki owocowe bądź lemoniadę u pana, który nalewał napół nurkując kubkiem na dno wielkiego garnka. Za każdym razem pojawiało się pytanie: zanurzy rękę czy nie? 
Najgorsze były dla mnie ślimaki i zupa z nich. Przysmak, którymi ludzie zajadali się na ulicy. A ja widząc wielkie garnki, z których unosiła się para dyskretnie zatykałam nos i wymijałam smakoszy tego dania. 
Na targach spotkać też można było klatki z żółwiami w różnych rozmiarach. Oczywiście przeznaczone do zjedzenia… Ble!
Poniżej możecie zobaczyć bazary (tzw. suki) przepełnione pamiątkami dla turystów. Jak rozpoznać, że suk jest zamknięty? Świadczy o tym kij położony przy wejściu. Nie są potrzebne żelazne drzwi, i tak nikt nikomu nic nie ukradnie 🙂 Pełen podziw!

Na dzisiaj to tyle. Następnym razem pojawi się druga część relacji CASABLANCA-MARRAKECH-PARYŻ. Co nam się przytrafiło? Dlaczego musiałam uciekać? I dlaczego bałam się wyjść z pokoju? O tym wszystkim + milion innych wrażeń już niebawem 🙂