Archiwum autora: Sisters About

Podróżowanie samolotem z niemowlakiem – Jak to zrobić?

Jeszcze zanim Klara przyszła na świat wiedziałam, że zrobię wszystko, aby przyzwyczaić ją do podróżowania. Sama pamiętam jak kilku letnie dziecko przemierzałam najdalsze zakątki Rzymu z uśmiechem na twarzy, czapką z daszkiem na głowie i w wygodnych, sportowych butach. Całodniowe wycieczki, przemierzanie miasta metrem, chodzenie po ruinach i muzeach- nie było mowy, żeby grymasić „Mamo!Tato!Nie chcę, bolą mnie nogi”. Rodzice pokazali mi, że podróżowanie jest fantastyczne i za to jestem im wdzięczna.

Oczywiście – nic na siłę. Podróżowanie z dzieckiem nie ma sensu, jeśli sami nie jesteśmy przekonani do tego w 100%. To inny rodzaj spędzania czasu. Dodatkowo, wszystko zależy od stanu zdrowia naszej pociechy i jego odporności. Zapewne pamiętacie nasz epizod ze szpitalem, gdy Klara miała niespełna trzy miesiące. Kilka dni przed naszą podróżą nad polskie morze Klara rozchorowała się, a my musieliśmy zmienić plany. Nie ukrywam, trochę napędziło mi to stracha i obawiałam się kolejnych wakacyjnych pomysłów, ale zrozumiałam, że jednorazowa sytuacja nie może rzutować na nasze podróżnicze plany. Podjęliśmy decyzję, że nasza niespełna pięciomiesięczna Klara jest gotowa na pierwszy lot. 

Jak przygotować się do wyjazdu?

Destynacja

Jako pierwsze, wzięliśmy się za wybór destynacji. Szukaliśmy lotu w miarę krótkiego, w miejsce, gdzie opieka medyczna jest na wysokim poziomie, a my będziemy mieli swobodę językową. Decyzja padła na Neapol. Uwielbiamy Włochy, a w Neapolu oboje jeszcze nie byliśmy, więc wybór był prosty 🙂

Wyrobienie dokumentu tożsamości dla dziecka

Kolejnym punktem było wyrobienie dowodu osobistego dla Klary. Okazało się to banalnie proste. Zdjęcie zrobiłam samodzielnie, w domu. Wystarczyło białe tło i trochę cierpliwości. Później wypełniłam wniosek internetowy i załączyłam odpowiednie dokumenty. Dowód osobisty udało się otrzymać w niespełna 4 tygodnie w szczycie sezonu.

Dojazd na lotnisko

Dojazd na lotnisko organizujemy we własnym zakresie. Co to oznacza? Po prostu jedziemy swoim samochodem, bez zamawiania taksówki czy też angażowania rodziny. Jest to o tyle wygodne, że w samochodzie mamy fotelik dla Klary. Auto zostawiamy na parkingu na lotnisku. Uwaga: warto zarezerwować sobie miejsce kilka dni wcześniej, a jeżeli lecimy w sezonie to nawet  z dwutygodniowym wyprzedzeniem.

Wózek w rozmiarze XS

Przyszedł czas na wybranie wózka. Klara jeszcze nie siedzi, a ja nie miałam zamiaru zabierania gondoli do samolotu. Co prawda, mamy spacerówkę marki NUNA, którą kupiliśmy w zestawie z gondolą, ale szukaliśmy czegoś typowo pod podróże. Zależało nam, aby dodatkowa spacerówka była: lekka, składała się do rozmiarów bagażu podręcznego (który wniesiemy na pokład), rozkładana na płasko. Wybór padł na Easycare Buggy XS (swoją kupiliśmy tutaj KLIK). Wózek sprawdził nam się w 100%! Mamy do niego torbę ochronną (przyda się w podróży, bo można przewiesić ją przez ramię) oraz uchwyt na kubek.  Klara również była bardzo zadowolona 🙂 Chociaż na długie spacery czy zakupy będę dalej używać spacerówki NUNA, to uważam, że Easywalker to wyjazdowy must have!

Wariacje z bagażem

Do tej pory, wyjeżdżając na kilka dni zabieraliśmy ze sobą walizki kabinowe. Nadawanie bagażu rejestrowanego uważaliśmy za stratę czasu. Ale podróżowanie z dzieckiem wyznacza inne standardy. Tym razem zdecydowaliśmy się na jedną walizkę kabinową i jedną większą (bagaż rejestrowany). Jeszcze nigdy (uff!) nie zdarzyło mi się, żeby bagaż zaginął, ale asekuracyjnie postanowiłam wymieszać zawartość. Dlatego w walizce, którą braliśmy na pokład znalazły się rzeczy dla Klary, Bartka i dla mnie. Dzięki temu, nie martwiliśmy się, co się wydarzy, jeśli druga walizka nie wyląduje razem z nami.

Podróż samolotem – czego możemy się (nie)spodziewać?

Lecąc w podróż z dzieckiem najwygodniej jest mieć plecak, w którym znajdą się najpotrzebniejsze rzeczy. Nie dość, ze pomieści więcej rzeczy to jeszcze mamy wolne ręce, zarzucając bagaż na plecy. Pakowanie pół paczki pampersów czy kilka kompletów ciuszków na zmianę jest bezsensu, jeśli nasz lot trwa 2-3 h. Co w takim razie warto mieć przy sobie?

Ile ubranek?

Jeden komplet ciuszków na zmienę i ewentualnie grubszy sweter/kurtka + lekka czapeczka (jeśli lecimy w chłodne miejsce lub nasz lot jest późnym wieczorem). Bezapelacyjnie przyda się także kocyk, którym okryjemy dziecko w samolocie. Na pokładzie jest włączona klimatyzacja, więc co z tego, że na miejscu jest 30 stopni, jak w samolocie wieje chłodem.

Jedzenie

Mleko. Jeśli karmicie piersią problem znika, ale jeśli Wasza pociecha jest w mniejszej lub większej mierze na mleku modyfikowanym to trzeba mieć jego zapas. Nigdy nie wiemy, czy nie będzie opóźnienia lotu, czy też innych niespodzianek na miejscu. Ja wzięłam wodę, termos z gorącą wodą, pojemniki z wymierzonymi porcjami mleka w proszku (ja mam ten KLIK) i oczywiście butelki. Ponadto, zaopatrzyłam się w  buteleczki z gotowym mlekiem (90ml). Podobno na lotniskach różnie bywa i czasami przez kontrolę płyny dla dziecka nie przechodzą. Takie buteleczki są wygodne, bo można dokręcić do nich jednorazowe smoczki i od razu podać dziecku. My korzystamy z tych KLIK. Dobrym rozwiązaniem są też saszetki z samym mlekiem w proszku (KLIK). Staram się mieć zawsze taką w torebce, gdyby wyjazd ( nawet na zakupy) przedłużyłby się, a Klara dostała wyjątkowego głoda 🙂

Jak wygląda sam lot?

Wybierając się w podróż z tak małym szkrabem musimy się liczyć z tym, że cały lot spędzi on u nas na rękach. Lecąc do Włoch mieliśmy szczęście, bo udało nam się usiąść obok siebie (wystarczyło poprosić innych pasażerów). Jednak w drodze powrotnej nie mieliśmy takiego szczęścia. Oczywiście, jeśli potrzebujecie wsparcia, to możecie wykupić miejsca obok siebie za dodatkową opłatą.  Warto tak zrobić, jeśli czeka Was pierwszy lot, ale podczas drugiego gwarantuję, że sobie poradzicie. Przed wejściem na pokład warto mieć przygotowaną butelkę z mlekiem, aby dać maluszkowi przed samym startem, żeby uniknąć problemu z zatkaniem uszu. U nas w dwie strony lot przebiegł idealnie. Klara zaraz po starcie zasnęła i nie obudziła się nawet po wylądowaniu. Nie musieliśmy jej nawet przebierać na pokładzie samolotu (co podobno jest niemałym wyzwaniem), ale przebraliśmy jej pieluszkę tuż przed wejściem na pokład.

Na miejscu

Szukanie noclegu na spontanie możecie sobie darować. Bazę noclegową musimy ogarnąć wcześniej, najlepiej w momencie zakupu biletów lotniczych. My zdecydowaliśmy się na nocleg w samym centrum starego miasta. Pokój był mały, ale przy niemowlaku, który się nie przemieszcza,  nie potrzebowaliśmy większego. Nie skorzystaliśmy z dodatkowego łóżeczka dla dziecka i wyjątkowo Klara spała z nami (nie wyobrażam sobie tego na codzień, ale kilka dni da się przeżyć:)). Warto też zastanowić się nad kąpielą. U nas sprawa była względnie prosta, bo w łazience była umywalka-misa, dlatego łatwo było Klarę wykąpać. Ze sobą wzięliśmy turystyczny czajnik elektryczny, aby podgrzewać wodę na mleko, a także wyparzać butelki, smoczki etc.

Tego nie przewidzisz, ale możesz zminimalizować stres

Pieniądze szczęścia nie dają, ale…

Są sytuacje nagłe, których nie da się przewidzieć. Niestety, nam się taka przytrafiła. Lecąc do Neapolu, 15 min przed lądowaniem poinformowano nas, że zamiast w Neapolu, wylądujemy na lotnisku w Bari. Ponad 200 km od lotniska docelowego. Lot mieliśmy wieczorny, więc wyobraźcie sobie nasze miny, gdy czekała nas perspektywa czekania na podstawione autokary, które miały nas zawieźć na lotnisko w Neapolu w środku nocy. Dlatego pamiętajcie –  lecąc z dzieckiem gdziekolwiek musimy zaopatrzyć się w dodatkową gotówkę. U nas decyzja była szybka. Bartek wypożyczył przez stronę internetową samochód z fotelikiem dla Klary (dodatkowa opłata). Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, ale było dodatkowym kosztem. Wynajmując samochód musicie pamiętać, że wynajem to nie jedyny wydatek, musimy zapłacić jeszcze kaucję (całkiem wysoką) i opłaty za dodatkowe ubezpieczenie czy właśnie fotelik dla dziecka. Plus był taki, że nie musieliśmy tkwić na lotnisku i oczekiwać transportu, Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Neapolu. A kolejnego dnia, korzystając z faktu posiadania samochodu do dyspozycji przez 24h, wybraliśmy się na wycieczkę po okolicznych miasteczkach.

Ubezpiecz swoją rodzinę

Przed wyjazdem również wykupiliśmy ubezpieczenie dodatkowe, które chroniło nas na wypadek kradzieży czy choroby. Szczególnie choroba dziecka potrafi przyjść nagle, więc odeszło zmartwienie poniesienia dodatkowych kosztów, gdyby np. Klara trafiła do szpitala. Takie ubezpieczenia nie kosztują wiele i można je ogarnąć także przez internet.

Wybierz późniejszy lot

Dobrym rozwiązaniem jest wybór lotu wieczorem lub nocą. Są większe szanse, że nasze dziecko prześpi cały lot. Nam udało się w dwie strony skorzystać z późnych lotów.

Czy warto podróżować samolotem z tak małym dzieckiem?

Patrząc z naszej perspektywy-WARTO! Nie żałujemy tej decyzji i z pewnością nie jest to ostatnia podróż Klary. Jednak zawsze musicie spojrzeć na swoją sytuację indywidualnie. U nas Klara z uśmiechem na buzi leżała w wózku i obserwowała otoczenia, gdy my przemierzaliśmy całymi dniami miasto. Nie marudziła, gdy wybraliśmy się na wycieczkę na wybrzeże. Grzecznie zajmowała się sobą, podczas gdy my zajadaliśmy się gorącą pizzą. Ale to wy musicie podjąć ostateczną decyzję, czy taka forma odpoczynku wam odpowiada 🙂

Jestem ciekawa czy podróżujecie z tak małym dzieckiem? A może podróże samolotem odkładacie na późniejszy czas? Podzielcie się swoimi opiniami i doświadczeniami!

Jak zaprojektować łazienkę Twoich marzeń? 5 najciekawszych pomysłów.

Łazienkowe szaleństwo! Brzmi dziwnie? Wcale się nie dziwię. Przez lata polskie łazienki były przesycone beżowymi kafelkami zarówno na podłodze, jak i na ścianach. Często brakowało również dodatków, bo domownicy stawiali na funkcjonalne akcesoria. Dlatego w łazience można było znaleźć jedynie suszarkę, ręcznik lub plastikową mydelniczkę. Umówmy się, że 10 czy 20 lat temu był nie tylko problem z dostępnością dizajnerskich płytek czy dodatków, ale przede wszystkim konsumentom brakowało inspiracji. Brak internetu i takich kopalni wiedzy jak instagram, pinterest etc. – to wszystko odbijało się na wnętrzach Polaków.

Teraz jest zupełnie inaczej. Możemy czerpać inspiracje na każdym kroku. Praktycznie to co zobaczymy na szklanym ekranie komputera możemy mieć u siebie w domu. A dzisiaj chciałabym Wam pokazać coś zupełnie innego, coś do czego nie jesteście pewnie przyzwyczajeni, a jest doskonałym pomysłem na dodanie odrobiny szaleństwa w łazience. O czym mowa? O niebanalnych, kolorowych umywalkach.

Przygotowałam dla Was zestawienie czterech łazienek w klimatach pór roku: wiosna, lato, jesień, zima oraz coś dla tych, którzy cenią sobie klasykę. Przyjęło się, że pokoje kąpielowe projektujemy na lata, bo prędzej zdecydujemy się na zmianę miejsca zamieszkania niż podejmiemy się skuwania kafelków i generalnego remontu. Jak więc nadać niebanalny charakter naszym łazienkom?

Po pierwsze, możemy pomalować część ściany, a nie kłaść płytki od góry do dołu. W związku z tym, po kilku latach możemy zupełnie zmienić kolorystykę naszej łazienki, gdzie bazą są np. białe kafle. Po drugie, nie bójmy się dodatków. Bibeloty, kwiaty, obrazy, kolorystycznie dobrane akcesoria codziennego użytku (np. dozownik na płyn, ręczniki, szlafrok) to wszystko pomoże nam osiągnąć efekt wyjątkowej łazienki. I po trzecie, kolorowa armatura łazienkowa. Miętowa umywalka? Czemu nie! Gwarantuję Wam, że efekt jest piorunujący. Zobaczcie jakie propozycje kolorystyczne ma dla nas marka Villeroy & Boch i ich kolekcja Artis.

WIOSNA

Jaki kolor kojarzy nam się z wiosną? Niewątpliwie zielony. W kolekcji wiosennej mamy do dyspozycji trzy odcienie zieleni: MINT, SENCHA oraz CEDAR. Co z resztą łazienki? Widziałabym ją w towarzystwie bieli, mięty, drewna, złota i naturalnych materiałów. Akcenty w postaci złotego lustra czy lampy, miętowej ściany czy wyplatanego kosza na brudną bieliznę będą wyglądać bajecznie!

LATO

Odcienie żółtego to spora dawka energetyczna, którą możemy dostarczyć w postaci trzech odcieni :MACAROON, LEMON, MUSTARD. Prócz tego, oczywiście możemy pokombinować z kształtem umywalki: okrągła, owalna, prostokątna lub kwadratowa. Pewnie zastanawiacie się, z czym zestawić taką intensywną barwę. Widziałabym tu biel, karmel oraz drewno, a także czarne akcenty. Żółty będzie ładnie się wybijać na tle wspomnianych kolorów towarzyszących.

JESIEŃ

Nie obawiajcie się, nie zarzucę Was krzykliwą czerwienią czy pomarańczem. Chociaż te kolory mogą kojarzyć się z jesienią, to chciałabym wam pokazać jej łagodniejszą odsłonę. Odcienie POWDER, BALLER czy ROSE nadadzą wysublimowanego charakteru łazience. Kolory te podbijemy miedzią, bielą, beżem, a także takim materiałem, jakim jest marmur. Babski klimat? Nic bardziej mylnego! Tak zaaranżowany pokój kąpielowy to kwintesencja elegancji!

ZIMA

Czystość, spokój, harmonia to słowa, które oddają klimat zimowej odsłony serii Artis. Wachlarz niebieskich barw w postaci odcieni FOG, FROST, OCEAN idealnie wpisze się w klimat śródziemnomorskich łazienek. Jeśli wróciliśmy z wakacyjnej, greckiej podróży i chcemy zatrzymać wspomnienia na dłużej, to doskonałym rozwiązaniem jest wplecenie niebieskiego akcentu do naszego wnętrza. Jako dodatek zastosowałabym biel, beton, odcienie szarości oraz delikatnego beżu i drewna.

PONADCZASOWA KOLORYSTYKA

Są osoby, które od kolorów trzymają się z daleka. Żółta szafka lub miętowa ściana do nich nie przemawia. Czy w takim razie ich wnętrze musi być skazane na nudę? Oczywiście, że nie! Biel i czerń możemy połączyć z szarością i złotem. Na uwagę zasługują umywalki w stonowanych odcieniach FULL MOON, FRENCH LINEN i COAL BLACK. Jeśli chcemy osiągnąć efekt „wow” taka ceramika łazienkowa nam w tym pomoże. Ponadto, możemy zaszaleć z mozaiką w stylu marokańskim na podłodze, albo płytkami ułożonymi w tzw. jodełkę np. pod prysznicem.

Jestem bardzo ciekawa, która z propozycji podoba Wam się najbardziej? Wiosna, lato, jesień, zima czy może ponadczasowa kolorystyka? Podzielcie się koniecznie swoją opinią!

 

Seriale, które musicie obejrzeć + nowy sprzęt w salonie

Łapanie chwili

Kilka lat temu mogłabym spokojnie obejść się bez telewizora. Słabe programy nie przyciągały, aby usiąść przed szklanym ekranem. Wiadomości bardziej się czytało w Internecie niż wyczekiwało godziny zero, żeby załączyć dziennik. Dzisiaj jest zupełnie inaczej!

Przede wszystkim, do zmian przyczyniły się takie platformy jak np. Netflix, gdzie możemy oglądać filmy z najwyższej półki oraz całkiem dobre seriale. Ja mam kilka swoich ulubionych pozycji, które śledzę niemal z zapartym tchem. Moim ostatnim odkryciem jest chociażby „Rodzina plus”. Bardzo polecam! Pełną listę pozycji, których obejrzenie rekomenduję Wam z całego serca, znajdziecie na końcu wpisu wraz z krótkim opisem fabuły. Ciekawe, czy są tam też Wasi faworyci?

Teraz, gdy na świecie pojawiła się Klara, wszystko robię w biegu. Dlatego nawet jak sprzątam czy się maluję, to lubię załączyć sobie ulubiony sezon serialu. Z Bartkiem także doceniamy czas spędzany razem i nie ukrywamy, że wolimy podrzucić Klarę dziadkom, a w tym czasie odpuścić kino, ale wybrać się do restauracji lub pograć w squasha. Dlaczego? Bo zdecydowanie bardziej podoba nam się pomysł zobaczenia filmu w domowym zaciszu na kanapie, z paczką popcornu, gdy Klara pójdzie spać.

Od niedawna możemy uskuteczniać swój rytuał, bo w naszym salonie pojawił się nowy telewizor Philips Performance 7334 . Wieczorami odbywają się u nas mini zawody pt. „Kto dziś szybciej utuli Klarę do snu”. Trzeba przyznać, że mamy sporo samozaparcia, bo ostatni rekord to godzina 18.30! Zgadnijcie, co robimy, jak Klara zaśnie? Bierzemy szybki prysznic i zasiadamy przed telewizorem. Oglądamy film, słuchamy świetnych koncertów, a w międzyczasie streszczamy swój dzień, tak aby nadrobić stracone godziny, kiedy Bartek jest w pracy.

Wreszcie liczy się także DESIGN

Do elektroniki podchodzę bardzo „po babsku”, więc wybór sprzętu nigdy nie jest prosty. Istotne są dla mnie dane techniczne, bo nie ma nic gorszego jak słaba jakość obrazu lub niewyraźny dźwięk. I tu nasz nowy telewizor daje radę, bo w przystępnej cenie oferuje sporo funkcji i rozwiązań technologicznych dostępnych dotychczas w modelach premium. Natomiast równie ważny jest dla mnie design. Pamiętam jak jeszcze parę lat temu, gdy na rynek wchodziły nowe telewizory, z niesmakiem spoglądałam na te wielkie czarne pudła. Telewizory wydawały się przysadziste, bo chociaż liczba cali nie była piorunująca, to już gruba ramka otaczająca szklany ekran bardzo wpływała na gabaryty sprzętu. A jak to wygląda teraz? Telewizor marki Philips TV, który widzicie na zdjęciach ma aż 55 cali, ALE dzięki temu, że został dobrze zaprojektowany, to nie przytłacza wnętrza. Cienka rama w kolorze srebrnym, do tego minimalistyczna srebrna  podstawa. Bajka!

Ambilight, czyli telewizja dobra dla oka

Projektując wnętrza, zwracam uwagę, aby nieopodal telewizora umieszczać np. lampę stołową. Nie chodzi tu o kwestie wizualne, ale zdrowotne. Patrząc w ekran telewizora, skupiamy uwagę na jednym punkcie. Taka mała lampa jest pomocna, aby trochę odciągnąć nasz wzrok i pozwolić mu odpocząć. Tym razem marka Philips TV zadbała również o nasze zdrowie, a to wszystko za sprawą funkcji Ambilight. Co to takiego? To zaawansowany system diod Led montowany z tyłu telewizora, którego światło odzwierciedla w czasie rzeczywistym to, co dzieje się na ekranie. Oprócz tego, że od teraz oglądanie telewizji nie jest tak męczące dla naszych oczu, to jeszcze funkcja Ambilight dostarcza nam dodatkowych wrażeń. Efekt ten jest najbardziej widoczny wieczorami, przy zgaszonym świetle.

Rozmiar ma znaczenie

Gdy na rynku pojawiły się płaskie telewizory, większym zainteresowaniem zaczęła się cieszyć liczba cali. Z drugiej strony, każdy obawiał się, żeby telewizor nie był za duży i nie przytłaczał wnętrza. Dochodziła do tego kwestia zdrowotna, aby nie siedzieć blisko telewizora, więc konsumenci zachowawczo podchodzili do większych rozmiarów telewizora. Obecnie technologia poszła do przodu i dzięki temu nasz wzrok tak szybko się nie męczy. Za większym gabarytem telewizora przemawiała u nas dodatkowo spora przestrzeń. Mamy otwarty salon na kuchnię, jadalnię, a także kącik biurowy. Zależało nam, aby swobodnie oglądać ulubiony serial, gotując jednocześnie obiad czy też zerkać na nowy odcinek vloga, pracując przy biurku. Teraz jest to tym łatwiejsze, że nasz nowy telewizor ma obrotową podstawę, więc możemy jednym ruchem tak ustawić ekran, aby komfortowo patrzeć na niego z różnych miejsc w pomieszczeniu.

Pilot zawsze na widoku

Pamiętam, jak notorycznie rodzice wojowali o pilot. Tata chciał mieć go zawsze na widoku, a mama czekała na okazję i chowała go, aby nie straszył  na jej białym stole. Spójrzcie na pilot, który jest dołączony do naszego nowego TV. Oprócz tego, że jest srebrny oraz ładnie nawiązuje do telewizora, jest także intuicyjny. Ale to nie wszystko! Uwaga! Pilot jest…dwustronny. Na froncie znajdują się podstawowe przyciski do sterowania sprzętem, natomiast gdy go odwrócimy, to znajdziemy klawiaturę! Wyszukiwanie nowego sezonu serialu nigdy nie było tak proste i szybkie. Dla mnie to strzał w dziesiątkę!

Kolejne ułatwienie to Google Assistant i polecenia głosowe, dzięki czemu można po prostu wydać określoną komendę lub wypowiedzieć tytuł ulubionego filmu. Co więcej, pilot jest wyposażony w takie przyciski jak np. Ambilight, co pozwala na szybkie wyłączenie tej funkcji albo dostosowanie jej do swoich potrzeb. Największym hitem jest jednak klawisz Netflix, który od razu przekierowuje nas do platformy z ulubionymi serialami oraz filmami.

Umilacze

Chociaż wieczory są ciepłe i warto je spędzać na świeżym powietrzu, to jestem pewna, że i tak potrzebujecie sporej dawki poleceń. Może tak jak my czekacie aż wasze dziecko słodko zaśnie, aby mieć chwilę dla siebie, albo potrzebujecie rozrywki podczas prasowanie wielkiej sterty ubrań całej rodzinki…lub też zapobiegawczo tworzycie serialową listę must have na jesienne długie wieczory. Tak czy siak, mam dla Was kilka propozycji.

1. Rodzina plus – moje ostatnie odkrycie. Szwedzka produkcja, która porusza temat rodzin patchworkowych w zarówno komediowy, jak i dramatyczny sposób. Oprócz ciekawych tematów i zabawnych dialogów znajdziecie tu porządną dawkę szwedzkich wnętrz.

2. Dom z papieru – hiszpański serial. Trzymający w napięciu opowiada historię niejakiego Profesora, który kieruje akcją rabunku mennicy narodowej. Nigdy tak nie wyczekiwałam kolejnego sezonu!

3. Lucyfer – główny bohater znudzony swoim bytem udaje się do Los Angeles, gdzie zostaje właścicielem klubu nocnego. Genialna kreacja aktorska opatrzona celnym dowcipem, a całość wzbogacona o zagadki kryminalne.

4. Homeland – serial dramatyczny, trzymający w nieustannym napięciu. Opowiada historię
jeńca wojennego, który zaginął po ataku na kryjówkę terrorystów w Iraku.

5. Pracujące mamy – realistyczna wizja macierzyństwa! Nr 1 dla każdej mamy, a także przyszłej mamy 🙂 Lekki, satyryczny.

6. Orange is the new black – pierwsze sezony wciągają bardzo, a widz wchodzi całym sobą w więzienny klimat serialu. Po kilku sezonach robi się trochę bardziej przewidywalnie, ale to nie zmienia faktu, że warto obejrzeć!

Wszystkie wspomniane seriale obejrzycie na platformie Netflix 🙂

Dobre nawyki, które uszczęśliwiają na co dzień

Codzienne rytuały

Odkąd pamiętam Mama mówiła mi, że siedzenie w domu nie oznacza, że mam leżeć w spranym dresie, z nieświeżymi włosami. Wracam myślami jak sama, każdego ranka, starannie układała włosy, malowała rzęsy czarnym tuszem i zakładała wyprasowaną, zwiewną sukienkę. W codziennym rozgardiaszu, między gotowaniem zupy, a robieniem prania, zawsze znajdowała czas na chwilę dla siebie. Parząc kawę zastanawiała się, w którym kubku ma ochotę ją wypić. A później rozkładała się wygodnie na kanapie, wertując ulubione czasopismo. Ktoś powie „ Na litość boską! Ale po co?”. A ja wiem po co. Te codziennie rytuały sprawiały, że moja Mama była zawsze uśmiechnięta, bo szukała radości nawet w najdrobniejszych czynnościach. I tak jej zostało do teraz. Do dziś zdarza mi się przyłapać ją, jak siedzi przy filiżance gorącej kawy i zajada się ciastem z bitą śmietaną.

Urlop?

Teraz szczególnie biorę sobie do serca rady Mamy. Pogodzenie opieki nad małym dzieckiem, pracy oraz ogarnianie domu (potocznie zwane urlopem macierzyńskim) jest nie lada wyzwaniem. Dodatkowo, wszystkie czynności w większości wykonujemy w domu, więc można się nieźle rozleniwić, a cenny czas może przelać się przez palce w tempie błyskawicy. Chociaż czasami, po nieprzespanej nocy, nie mam najmniejszej ochoty na ogarnianie siebie, to wiem, że jak się doprowadzę do ładu, będzie mi łatwiej.

Rozpieszczaj się i spełniaj marzenia

Dbam też o takie drobnostki jak np. celebrowanie posiłków. Z rana mam najwięcej energii, więc to do śniadań pałam największym sentymentem. Nieważne czy to miseczka z płatkami musli i mlekiem, czy jajecznica, bo forma podania jest niebywale ważna. A od niedawna rozpieszczam siebie jeszcze bardziej. Zawsze marzyła mi się przepiękna porcelana. Oczami wyobraźni widziałam jak układam ją starannie na półkach wielkiego kredensu i wyglądam ukradkiem przez okno starej kamienicy parząc herbatę. I wyobraźcie sobie, że sen o klasycznym komplecie porcelany się ziścił. Biała zastawa delikatnie przyozdobiona złotą lamówką z kolekcji MariaPaula Klasyka Złota Linia prezentuje się fenomenalnie. Chociaż cieszy oko wyeksponowana za szybą komody w centralnym punkcie mieszkania, to zdecydowanie mi to nie wystarcza. Sięgam po nią nie tylko od święta, ale także w zwykłe dni, szczególnie, gdy zapowiada mi się sporo pracy przed komputerem. I za każdym razem cieszy mnie dotyk tego tak delikatnego przedmiotu – doceniam klasyczny kształt, jasną biel i subtelne, złote zdobienie. Wiecie, że to prawdziwe złoto, w dodatku ręcznie nakładane? Wyobraźnia zawsze podsuwa mi obraz artysty- złotnika cierpliwie malującego cieniutkim pędzelkiem równe, złote linie na kolejnych filiżankach i miseczkach… I tak jest w istocie. Artystki z fabryki porcelany faktycznie ręcznie nakładają złoto malując złote paseczki. Filiżanka gorącej kawy lub herbaty, a do tego ulubione gofry z owocami skruszone cukrem pudrem – i nawet zwykła chwila zamienia się w małe święto 🙂

Ważne są małe rzeczy

Nikt mi nie powie, że małe rzeczy nie mają znaczenia. To właśnie one kreują naszą rzeczywistość. Zdecydowanie jestem bardziej produktywna, gdy otaczam się ładnymi przedmiotami, a wokoło panuje względny porządek. Często obok mnie leży moja mała córeczka, spoglądając na to co robię niewinnie się uśmiecha. Jestem pewna, że historia się powtórzy i tak jak ja po swojej Mamie, tak ona po mnie odziedziczy dobre nawyki. Za 30 lat to Klara będzie mnie przyłapywać, gdy korzystając z chwili wytchnienia będę popijać herbatę w swojej ulubionej, porcelanowej filiżance…

Processed with VSCO with a4 preset

Najszybszy sposób na zmianę aranżacji

Ostatnio szturmem ruszyłam na nasz dom, trzymając pod ręką stos ramek i plakatów. Miesiąc temu odświeżaliśmy wnętrze malując ściany i przedstawiając niektóre meble. Czyste, dziewicze ściany wołały do mnie każdego dnia, abym coś z nimi zrobiła. A co się sprawdza w takich sytuacjach najlepiej? Plakaty!

Dlaczego plakaty są fajne?

No właśnie, dlaczego plakaty są fajne? Dla mnie to możliwość spersonalizowania wnętrza, a także szybki sposób na jego zmianę. Wystarczy kilka ramek i już! Swoje plakaty wybrałam w większości w sklepie BlueBird Design. Natura, motywy urbanistyczne, botanika, typografia to tylko namiastka tego, co możecie tam znaleźć. Jesteście ciekawi jakie plakaty wybrałam do salonu, sypialni, korytarza, domowego biura i jadalni?

Salonowy misz-masz

W salonie zaszalałam na całego, bo o ile w innych pomieszczeniach delikatnie podchodziłam do wbijania gwoździ, to tutaj mnie (a w zasadzie mojego męża po moich namowach) poniosło 🙂 Stworzyłam mini galerię, gdzie pojawiły się nie tylko plakaty, ale też rodzinne zdjęcia.

Jadalniana stagnacja

Cały czas się zastanawiam, co tu zrobić. Cyklicznie zmieniam koncepcję nad komodą. Wisiały nad nią różne półki, a teraz zdecydowałam się rozłożyć plakaty bezpośrednio na blacie, a taże na podłodze. Usunęłam też materiał z szyb w komodzie, dzięki temu mogę wyeksponować bardziej moje skarby.

Sypialnia

Tutaj także położyłam ramę na komodzie. Lubię wiszące galerie na ścianie, ale czasem właśnie mam ochotę na coś mniej zobowiązującego. Taką ramę z plakatem mogę dowolnie przestawiać bez ryzyka pozostawienia dziury po gwoździu.

Domowe biuro

W panieńskim pokoju Marceliny jest miejsce do pracy. Po prawej stronie stoi otwarty regał, ale miałam problem z lewą częścią. Cały czas czegoś mi brakowało. Jak wypełniłam tę lukę? Wielkim plakatem przedstawiającym mapę Warszawy. Według mnie idealnie wpisuje się w klimat domowego biura.

Babski korytarz

Nie przypominam sobie, żebym wcześniej Wam pokazywała nasz korytarz na piętrze. Może dlatego, że nic szczególnego w nim nie widziałam? Teraz nieco się tutaj zmieniło, bo zawiesiłam grafiki przedstawiające kobiety. Jeden motyw na takiej przestrzeni to był strzał w dziesiątkę. Nagle korytarz zrobił się „jakiś”. Jak Wam się podoba?

Plakaty, które wykorzystałam:

Mapa Warszawy – klik
Kobieta Bunny Hat – klik
Palma – klik
Kwiat Simplicity – klik
Kobieta Woman- klik
Kobieta Sleeping beauty- klik
Litera K – klik
Napis „Happy place” – klik
Ręcę „better together” – klik
Kwiaty na ciemnym tle: klik

Mój rytuał picia kawy w najlepszej porcelanie

Ludzie podobno dzielą się na tych, którzy lubią herbatę oraz na tych, którzy wolą kawę. Nie inaczej jest w mojej rodzinie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że rytuał picia kawy i herbaty – wedle upodobań – jest na stałe wpisany w pejzaż mojego domu. Każdy ma swój ulubiony kubek bądź filiżankę i tak spędzamy czas rozmawiając czy też grając w karty. Wszyscy siadamy wokół okrągłego stołu częstując się domowym ciastem (tak tak, ciasto koniecznie musi być).

Często, gdy biorę w rękę filiżankę z herbatą (czasami z kawą), dopadają mnie wspomnienia. Przymykam oczy i widzę taki obrazek: ja i moi kuzyni, jeszcze w „krótkich spodenkach”, ganiamy się po mieszkaniu denerwując przy tym resztę towarzystwa. Ale gdy padała groźba „Uspokójcie się albo nie dostaniecie ciasta” nagle zwalnialiśmy i nie w głowie były nam szaleńcze rajdy między stołem a meblościanką. Gorzej, gdy już wypchaliśmy swoje dziecięce brzuszki słodkościami, wówczas żadna groźba czy kara na nas nie działały.

A właśnie, wspomniałam Wam o meblościance. Kultowy mebel gościł praktycznie w każdym domu. Znacie kogoś kto poszedł własną drogą i poczuciem stylu, i z niej zrezygnował? Szczerze mówiąc – ja sobie nie przypominam. W pamięci za to mam bardzo ładną (jak na owe czasy) meblościankę mojej chrzestnej Jadwigi. A w pierwszym rzędzie na półkach miała wyeksponowaną swoją najładniejszą porcelanę. Sama zwykle przyznawała, że wprost uwielbia każdego ranka wybierać sobie inną filiżankę i popijać w niej kawę. Sprawiało jej to niebywałą radość. Bo muszę powiedzieć, że w mojej rodzinie porcelana zawsze była nie tylko wyposażeniem kuchni ale i nieodłącznym atrybutem spotkań – i tych wielkich uroczystości rodzinnych, i tych codziennych, jak plotki z przyjaciółką przy kuchennym blacie. Porcelanę po prostu używaliśmy i cieszyliśmy nią oczy przy każdej nadarzającej się okazji.

Coś chyba w tym jest, że „dziedziczymy” cechy po naszych chrzestnych, bo ja to zamiłowanie do otaczania się piękną porcelaną właśnie mam po mojej chrzestnej Jadzi. Nawet Marcelina śmieje się, że gdy pyta co mi się marzy w prezencie na urodziny czy też inną okazję, ja zazwyczaj wskazuję nowe kubki,  filiżanki, dzbanuszki… Początkowo każdy załamywał ręce. Mąż – bo gdzie będziemy to wszystko przechowywać, córka – bo jak można zawsze przychodzić w urodziny z ceramiką, koleżanki – czy nie nudzą mi się te wszystkie ekspozycje i jak daję sobie radę z kurzem, który namiętnie się na nich osadza. A mi nigdy dość!

Tym razem chciałabym się wam pochwalić najnowszą zdobyczą: kompletem polskiej porcelany MariaPaula z kolekcji Nova. To elegancka zastawa o nowoczesnym kształcie, która przyciąga swoją prostotą – czyli to co lubię najbardziej. Wygodne uchwyty, ładnie zarysowana linia rantu czy harmonijny dizajn – to wszystko zadecydowało o wyborze tej właśnie kolekcji. Na pierwszy rzut oka wydaje się skromna i klasyczna, jednak gdy przyjrzeć się bliżej, widać jej elegancką formę, pięknie wyprofilowane uszka filiżanek czy wysmukłe kształty czajniczka. Sami zobaczycie na zdjęciach, że komplet prezentuje się bajkowo i idealnie wpisuje się w klimat mojego wnętrza. Nie mogę się doczekać, gdy zaproszę całą rodzinę na obiad i zaserwuję im dania na nowej zastawie. Wnętrza przecież to nie tylko meble czy dodatki, ale też akcesoria, a ja przywiązuję do nich ogromną wagę.

Uwielbiam też sama siadać przy stole z filiżanką dobrej kawy (czasem herbaty 😊 ) w towarzystwie ciasta. Może wynika to z moich wspomnień z czasów dzieciństwa, a może po prostu – tak jak kawa i ciasto – jest to połączenie idealne. A skoro już jesteśmy przy ciastach: mam kilka sprawdzonych przepisów, ale zdecydowanie numerem jeden jest sernik. To taki klasyk, który przewija się przez wszystkie spotkania rodzinne, większe imprezy itp. Z mojego przepisu wychodzi ciasto bardzo zbliżone do smaku tego sernika z dzieciństwa, który pamiętam u mojej Mamy. Zwykle dodaję do niego jakieś owoce, a wierzch smaruję polewą czekoladową. I wiecie co? Gdy planujemy rodzinne spotkanie, to moja Mama szepcze mi do ucha: „Ewelinko, weź upiecz ten Twój sernik”. Uśmiecham się wtedy pod nosem, bo jaki to mój sernik? Przecież to przede wszystkim smaki mojego dzieciństwa 🙂 Jeśli macie ochotę na kawałek serniczka to poniżej znajdziecie przepis.

Sernik ( okrągła forma o średnicy 22-24 cm)

Składniki:

– 125 g masła
– 650 g twarogu (zmielonego)
– 5 dużych jajek
– 220 g drobnego cukru
– 3 łyżki kaszy manny
– 1 budyń śmietankowy (opakowanie)
– 1 cukier waniliowy (opakowanie)
– pół szklanki śmietanki 36%
– pół szklanki bakalii

Przygotowanie:

Masło ucieramy w misce do puszystości. Dodajemy porcjami twaróg, ucierając. W osobnym naczyniu ucieramy jajka z cukrem do białości. Dodajemy to do masy serowej i delikatnie miksujemy. Dokładamy pozostałe składniki: kaszę mannę, budyń, cukier waniliowy. Miksujemy do połączenia się składników. Wlewamy śmietanę i znowu miksujemy. Na końcu dodajemy bakalie . Formę wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy masę serową i pieczemy około godzinę w temperaturze 170 stopni. Następnie sernik studzimy przy uchylonym piekarniku.

Opcjonalnie:

Sernik możemy polać polewą czekoladową ( w 50 ml śmietanki 36 % rozpuszczamy ¾ tabliczki czekolady na wolnym ogniu) i dodajemy maliny oraz liście mięty.

Smacznego! I do tego filiżanka dobrej kawy lub herbaty – koniecznie w pięknej porcelanie!

Już wiem, dlaczego kobiety decydują się na kolejne dziecko | Recenzja wózka NUNA MIXX2

Gdy pierwszy raz wybrałyśmy się na spacer, to nie sądziłam, że może być aż tak fajnie. Zwykle myślałam, że kobiety, które przemierzają godzinami osiedlowymi trasami albo zapuszczają się w bardziej zielone tereny, robią to wyłącznie ze względu na dziecko. Świeże powietrze czy zmiana otoczenia-to wszystko dla małego brzdąca w wózku.

A prawda jest całkiem inna. Nie przeczę, że świeże powietrze nie jest dobre dla naszych pociech, jednak to inny bodziec jest odpowiedzialny na spacer z wózkiem. A więc o co chodzi?

Weź to poczuj!

Obawiam się, że tylko matki są w stanie to pojąć, bo ja wcześniej nie ogarniałam tematu. Wszystko się zmieniło, gdy umieściłam ręce na rączce wózka i zaczęłam spacerować między uliczkami dużego miasta. Chociaż moje kroki były dość nieporadne, bo wówczas minęło zaledwie 10 dni od cesarskiego cięcia, to dostałam przypływu energii. Co chwilę spoglądałam na Klarę, która smacznie sobie pochrapywała zanurzona w gondoli wózka. Nieśmiało do niej mówiłam, podpytywałam czy nie jest jej za gorąco, tak jakbym była pewna, że mi odpowie „Mama, jest super! Jedźmy dalej!”.

To nie mija

Jeśli myślicie, że po pierwszym spacerze ta ogromna euforia mija-jesteście w błędzie. To się pogłębia. Spacery zaczynają sprawiać coraz większą frajdę, a gdy za oknem dopisuje pogoda to już w ogóle ogarnia nas szaleństwo. Ale nie myślcie sobie, że lekki deszcz może odstraszyć młodą (nie wiekiem, a stażem:)) matkę. Zawsze znajdzie się dobry powód, żeby chociaż na 3 kwadranse wybyć z domu. Świeże mleko czy jajka to już konkretny powód, ale można udać się też do paczkomatu i odebrać przesyłkę z ubrankami dla dziecka. Matka zawsze znajdzie powód, żeby spakować dziecko i wybyć dumnie z domu. Zresztą, komu jak komu, ale takie przejście po osiedlu to doskonała okazja, aby na chwilę oderwać się od sterty prania, które czeka w domu czy butelek i smoczków walających się po kanapie. I jak tak sobie pomyśle, że ten czas minie, a Klara zacznie chodzić, biegać i wariować koło nogi…to od razu myślę o rodzeństwie dla małej. No bo jak? Mam sobie odpuścić takie przyjemne spacery z wózkiem? Nieee!

Wybór jest prosty

Przyszłe mamy są bombardowane ilością wózków i dodatków do nich. Mimo wszystko, wybór jest prosty. Jest prosty pod warunkiem, że wiemy czego chcemy. Ja wiedziałam, chociaż nie ukrywam, że nie była to wiedza nabyta natychmiast z chwilą zobaczenia na teście ciążowym dwóch kresek. Wizja wózka idealnego dla mnie (i mojego dziecka) dojrzewała miesiącami, aż wreszcie byłam pewna, że to TEN.

W jakim wózku jeździ Klara?

Wybór padł na wózek 2w1 NUNA MIXX2 w kolorze Caviar. Szukaliśmy funkcjonalnego wózka, który będzie z łatwością prowadzić się po mieście, ale też po bardziej wymagającej nawierzchni. Jeśli szukacie wózka dla siebie to przygotowałam małą, informacyjną ściągę na temat modelu NUNA MIXX2 🙂

  • zwrotny – można go prowadzić jedną ręką;
  • stelaż szybko się składa, a do transportu można jednym ruchem wyciągnąć koła, dzięki czemu oszczędzamy miejsce w bagażniku;
  • ma tylny hamulec nożny, który pomaga podczas np. wkładania dziecka do samochodu (wózek „nie ucieka”);
  • gondolę można złożyć na płasko;
  • gondolę montuje się na „click” do stelaża, tak samo fotelik samochodowy. Dzięki adapterom dołączonym do zestawu wpięcie fotelika również jest banalnie proste;
  • dream drop – do gondoli przymocowana jest przeciwsłoneczna owiewka;
  • w komplecie dołączona jest też folia przeciwdeszczowa;
  • poszczególne elementy ( np. pokrowiec na materac czy gondolę) można prać;
  • wózek wyposażony jest w „ukrytą” kieszeń, w której można schować klucze czy telefon podczas spaceru;

To tylko jedne z cech, które opisują wózek NUNA MIXX. Nam sprawdza się świetnie. Co ważne, nie potrzebuję pomocy podczas samotnych wyjazdów. Samodzielnie spakuję wózek do samochodu, co oznacza, że jest zarówno lekki jak i prosty w obsłudze 🙂 

(PO)porodowe sprawy, czyli poradnik przyszłej mamy

Zbliża się termin porodu, a ty nadal nie wiesz co robić? Nie jesteś sama. W głowie przebijają się wciąż nowe pytania: co wziąć do szpitala, ile potrzebuję pajacyków dla dziecka, czy laktator będzie mi potrzebny? To, że dziecku skończą się ulubione bodziaki-da się przeżyć, ale warto zaplanować sobie pobyt w szpitalu i kolejne tygodnie po jego wyjściu. Pojawienie się na świecie dziecka jest czymś nie do opisania, więc uwierzcie, lepiej wpatrywać się w swoją pociechę non-stop, niż zawracać sobie głowę (oraz partnerowi i połowie rodziny) sprawami, które możemy ogarnąć wcześniej. Wiedza, którą chciałabym Wam przekazać wynika z mojego doświadczenia (krótkiego, ale jednak:)) i mam nadzieję, że chociaż trochę Wam pomoże w tym wyjątkowym dla Was czasie. I nie, u mnie nie wszystko było idealnie zaplanowane. Nie pomyślałam o wielu rzeczach, ale właśnie na podstawie tego, co mnie spotkało, chcę podzielić się z Wami moją opinią 🙂 Zagadnienia, które zobaczycie poniżej to też odpowiedzi na szereg Waszych pytań w zakresie ciąży oraz pierwszych tygodni życia dziecka.

Torba do szpitala

Pakując torbę do szpitala musimy pamiętać nie tylko o sobie, ale i o dziecku. Często pytacie o torbę Mommy Bag (widoczna na zdjęciu powyżej): czy możecie ją wziąć ze sobą do szpitala. Możecie. Ale musicie wziąć też drugą, bo do tej absolutnie się nie zmieścicie. Ja wzięłam oprócz wspomnianej Mommy Bag, małą walizkę na kółkach (kabinową, czyli taką jaką można wnieść na pokład samolotu). Nie będę Wam przytaczać dokładnie, co spakowałam do swoich toreb, bo uważam, że internet jest wypchany po brzegi takimi informacjami. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, ilość piżam – jedna na poród i kolejne sztuki na każdy dzień pobytu w szpitalu, a także wzięłabym jedną dodatkową. Ja spakowałam 5 sztuk. Po drugie, piżamy najlepiej żeby były a’la „sukienka”, a nie komplety: koszulka+spodenki. Szczególnie podczas cesarskiego cięcia jest to ważne, aby nic nie uwierało naszej blizny. Pamiętajcie też, że jeśli będziecie karmić piersią to sprawdzą się rozpinane piżamy (u mnie były to koszulowe piżamy z H&M, zwykłe, nie z działu ciążowego). Po trzecie, małe wody mineralne z dzióbkiem. Podczas porodu lub po cesarskim cięciu będziecie wdzięczne za taki „wynalazek” 🙂 Po czwarte, upewnijcie się, czy szpital, w którym planujecie rodzic sam udostępnia ubranka dla dziecka. My potrzebowaliśmy ubranek tylko na wyjście ze szpitala, a tak każdego dnia Klara była przebierana w szpitalne ubranka. Po piąte, nie zapomnijcie o umilaczach typu książka/gazeta, słuchawki do telefonu, ładowarka oraz biszkoptach. Po szóste, porządek. Mi ułatwiły życie materiałowe organizery ( swoje znalazłam w Pakownie KLIK). Dzięki temu, leżąc nieruchomo po cesarce mogłam łatwo poinstruować pielęgniarkę, gdzie co mam, gdy pomagała mi podczas pierwszej, poporodowej kąpieli.

Pielęgnacja PO

Bardzo ważna jest pielęgnacja ciała po porodzie. Balsamy na rozstępy (nawet jeśli się do tej pory nie pojawiły, to profilaktycznie wolę używać ich do teraz) nie tylko na brzuch, ale przede wszystkim na biust, który podczas karmienia piersią potrzebuje dodatkowej troski. Tutaj stosuję też balsamy ujędrniające. Ale jest też coś co powinnyście stosować już przed porodem i koniecznie wziąć ze sobą do szpitala. To maść do pielęgnacji brodawek (kupiłam niskobudżetową o nazwie Maltan-polecam, sprawdziła się świetnie). Gwarantuję Wam, że przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie będzie Waszym najwierniejszym przyjacielem ever! Mogę śmiało powiedzieć, że bez niech skończyłabym karmić Klarę już po kilku dniach… 🙂
Co jeszcze warto mieć po przyjściu do domu? U mnie sprawdził się laktator ( postawiłam na markę LOVI i jestem bardzo zadowolona) oraz wkładki do biustonosza. Całe szczęście ominął mnie tzw. nawał pokarmu, ale i tak warto zaopatrzyć się w zimne kompresy, bo tak czy siak, piersi lubią być obolałe podczas ciągłego karmienia 🙂 I kilka tipów dla przyszłych matek, które niestety skończą z blizną po cesarskim cięciu (jak ja). Zaopatrzcie się w octenisept spray ( do przemywania rany), plastry Sutricon (idealne w leczeniu blizn) oraz po okresie połogu umówcie się do fizjoterapeuty. Mobilizowanie blizny, ćwiczenia i inne zabiegi są niezastąpione! Ale jeśli rodziłyście naturalnie, to też warto udać się chociaż na jedno takie spotkanie.

Wszystko pod ręką

Już pierwsze dni w domu z waszym maleństwem utwierdzą was w przekonaniu, że warto mieć wszystko pod ręką. Chociaż Klara śpi póki co w naszej sypialni, w dostawce, to i tak ma urządzony swój pokój. Na łóżku postawiłam przewijak, a samo łóżeczko „przyozdobiłam” organizerami. Jeden z nich to kubeł na brudne pieluszki/chusteczki, a w kolejnych przechowuję takie rzeczy jak np. termometr, oliwkę, maść bepannthen. W zasięgu ręki mam też pampersy. Po przewijaniu dziecka mogę je spokojnie odłożyć do łóżeczka i sięgnąć do szafy po nowe ubranka, jeśli ich wcześniej nie przygotowałam. Bez obaw, że dziecko np. spadnie. To przemawia za tym, że lepiej mieć przewijak w pokoju dziecka niż w łazience, np. na pralce.

Pierwsza kąpiel

Kąpiemy małą przeważnie w jej pokoju. Rozkładamy stelaż i przynosimy wanienkę wypełnioną wodą. Przydatny będzie Wam termometr, dzięki któremu zmierzycie temperaturę wody. Warto mieć wcześniej przygotowane inne akcesoria, żeby zapewnić dziecku nie tylko bezpieczeństwo, ale też komfort i zminimalizować odczucie zimna. Ręcznik z kapturkiem, płyn do kąpieli, krem, oliwka, świeże ubranko, pampers, patyczki do pielęgnacji uszu etc. Naszą wanienkę od Bebe-Jou podlinkowałam Wam w tym wpisie KLIK.

Sprawdzeni pomocnicy

Chyba w tej kwestii dostaję o was najwięcej zapytań. Dlatego postanowiłam zebrać wszystkich „pomocników” i po krótce wam o nich opowiedzieć.  Sprawdzają się idealnie, co nie oznacza, że nie dacie rady bez nich i świat Wam się zawali. Natomiast nam ułatwiły życie bardzo, dlatego szczerze Wam je polecam!

ŁÓŻECZKO-DOSTAWKA CHICCO NEXT2ME Magic

Wiele razy Wam o nim wspominałam, ale pytania o nie się nie kończą. Więcej informacji znajdziecie pod tym linkiem KLIK. Klara lubi w nim spać, nie mamy z nią żadnych problemów. Po prostu ją kładziemy i przykrywamy kocykiem. Oprócz prześcieradła nic więcej się w nim nie znajduje. Próbowaliśmy ze śpiworkiem, który jest najbezpieczniejszy (zmniejsza ryzyko śmierci łóżeczkowej i zapobiega odkrywaniu się dziecka w nocy), ale u nas na ten moment się nie sprawdził niestety…

CYBEX LEMO BOUNCER

To nic innego jak bujaczek dla dziecka. Klarze sprawia niesamowitą frajdę, tym bardziej, że z każdym dniem jest coraz bardziej ciekawa i chce wszystko widzieć. Bezpieczeństwo zapewniają szelki, a oddychający materiał komfort dla dziecka. Spokojne wypicie kawy? Czytanie książki? To wszystko jest możliwe. Klara często ucina sobie nawet w nim drzemki 🙂 Dodatkowo, LEMO Bouncer można zamontować za pomocą adapterów do LEMO chair, więc jego funkcjonalność wzrasta 🙂

NIANIA ELEKTRONICZNA VTECH

Niania elektroniczna to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale spokój i rozrywka. Tak, dobrze czytacie. Bo oprócz tego, że możemy bezkarnie podglądać w dzień i w nocy co porabia nasze dziecko, to również możemy włączać mu kołysanki albo też do niego mówić. Na 100% zabieramy naszą „nianię” na wyjazd nad morze, aby swobodnie biesiadować na świeżym powietrzu, podczas gdy nasza pociecha będzie sobie ucinać drzemki. Nasz model niani to VM5261, a więcej o jego funkcjach przeczytacie tutaj KLIK.

LEŻANKA CHICCO BABY HUG 4W1

Wiecznie powtarzam, że bez niej macierzyństwo byłoby o wiele trudniejsze 🙂 Leżankę dosłownie ciągnę za sobą po całym mieszkaniu. Raz gotuję obiad, potem pracuję przy biurku czy sprzątam sypialnię. W tym czasie Klara śpi albo bacznie obserwuje zabawki zawieszone nad jej głową. Jednocześnie czas umilają jej kołysanki, których dźwięk wydobywa się z panelu. Leżanka nie zastąpi Wam łóżka czy dostawki, ale zapewni komfort w ciągu dnia. Więcej napisałam o niej tutaj KLIK.

STOJAK KĄPIELOWY BUBBLE NEST CHICCO

Na pierwszy rzut oka stojak nadaje się do łazienek wyposażonych w kabiny prysznicowe. Faktycznie, to daje niesamowity komfort, bo z jednej strony nie zajmuje dużo miejsca, a dodatkowo sam rodzic może kąpać dziecko w dogodnej pozycji. Ale to nie wszystko, bo jak zobaczycie na zdjęciach powyżej, stojak ten (po usunięciu stelaża) nadaje się do kąpieli w wannie. Jeśli nie mamy miejsca na wanienkę, to taki stojak kąpielowy jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nasz egzemplarz niebawem powędruje do moich rodziców, którzy mają zarówno wannę jak i prysznic 🙂 A przecież gdzieś Klarę musimy wykąpać, gdy będzie nocować u dziadków 🙂

Jestem ciekawa waszych doświadczeń. Dajcie znać również, który „pomocnik” najbardziej przypadł wam do gustu! A może korzystacie już z czegoś w waszych domach?

DWUMIESIĘCZNIK. MARZEC/KWIECIEŃ

Zapraszam Was na drugą odsłonę cyklu „Dwumiesięcznik”. Z wielkim opóźnieniem, ale udało się zebrać zdjęcia z marca i kwietnia w jedną całość. Nie da się ukryć-były to jedne z najbardziej przełomowych miesięcy w moim życiu. Sami zobaczcie co się działo…

Marzec to przede wszystkim ostatni miesiąc ciąży. Wielką niewiadomą był dla nas moment przyjścia na świat naszej córeczki. Praktycznie od 29 tygodnia ciąży było zagrożenie, że Klara urodzi się przedwcześnie. Kilka dni przed porodem udało nam się zrobić spontanicznie zdjęcie, które widzicie powyżej. Będzie ono cudowną pamiątką 🙂

Sami widzicie…Brzuch był widoczny gołym okiem 🙂 Niczego już nie dało się ukryć…

Ostatkiem sił wybraliśmy się na ulubione krewetki w mieście, a także lody. Była piękna pogoda i aż żal byłoby z niej nie skorzystać. Co prawda, poruszałam się jak żółw, ale było warto!

Kto jak kto, ale Mama Ewelina nie zwalniała tempa. Nie ma tygodnia ( a czasem dnia), jak czegoś nie przestawi, nie dokupi. W domu moich rodziców wiecznie są jakieś mini metamorfozy. Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć komodę, której szybki zostały przyozdobione wzorzystym materiałem. Powoli zaczął tworzyć się klimat mini urban jungle…

Ostatniego marca miała miejsce moja…trzydziestka. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie tak spokojna. Bez lampki szampana, na kanapie, w gronie najbliższych. I wiecie co? Zapamiętam te chwile na zawsze! Ulubione goździki towarzyszyły mi dość długo…bo przetrzymały moją wizytę w szpitalu, którą zaliczyłam kilka dni po swoich okrągłych urodzinach.

W piątek, 5go kwietnia przyszła na świat nasza Klara! Niewyobrażalna radość! To zaledwie kilka dni po moich urodzinach! Klara urodziła się w 39 tygodniu ciąży, więc całkiem terminowo, biorąc pod uwagę fakt, że groził nam przedwczesny poród. To ogromne szczęście, że udało nam się dotrwać do tego terminu. Po urodzeniu mała ważyła niespełna 2900 kg i mierzyła 52cm. Kruszynka 🙂 Jako ciekawostkę powiem Wam, że ja i mama byłyśmy jeszcze drobniejsze :)))

A tak wyglądała Klara zaraz po przyjściu ze szpitala do domu.

Jeśli myślicie, że u nas serwuje się wyłącznie pizzę oraz makaron-jesteście w błędzie. Bartek jest mistrzem w przyrządzaniu kotletów schabowych w rozmiarze maxi (co widać na zdjęciu). Oczywiście, wiernie towarzyszy mu koci pomocnik- Kitek.

Chyba byliśmy grzeczni, bo przyszedł do nas baaaardzo owocny zajączek. Kolumny polskiej marki Pylon Audio zagościły w naszym salonie. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają, to koniecznie zajrzyjcie do tego wpisu KLIK.

Klarę od pierwszych dni przyzwyczajamy do różnych hałasów. Nie mówimy przy niej szeptem, nie ściszamy telewizora. Wręcz przeciwnie, puszczamy głośniej muzykę a taka zwykłe „odbijanie” zamienia w taniec z córeczką 🙂 Pieluszkę muślinową do odbijania od Aden + Anais znajdziecie tutaj KLIK.

Pierwszy spacer zaliczyliśmy w Gliwicach. Dużo pytań dostałam od Was w temacie wózka, który wybraliśmy. W planach mam zrobienie obszernej recenzji, ale już teraz napiszę Wam, że jest to Nuna Mixx. Prowadzi się świetnie, a Klara uwielbia w nim przebywać.
Na zdjęciu powyżej zauważycie też śpiworek od BabyLab KLIK. To jeden z naszych must have! Zabieramy go zawsze ze sobą. Nie muszę się martwić, żeby wziąć kocyk czy że Klara się odkryje podczas spaceru. Chroni przed zimne, wiatrem, a przy tym pięknie wygląda i jest miły w dotyku. 

Po urodzeniu Klary nie zapomnieliśmy o dobrym jedzeniu. Małą zabieramy ze sobą, a tylko patrzeć jak zacznie jeść z nami te pyszności :))

A jeśli o spacerach mowa, to nie mogę pominąć wielkanocnego spaceru z dziadkami. Na krótkie dystanse wpinamy zamiast gondoli fotelik samochodowy. Przy okazji udało nam się zrobić wielopokoleniowe zdjęcia. Z lewej mama (babcia) Ewelina,a z prawej babcia (prababcia) Róża. Ja z Klarą pośrodku. Zdradzę Wam tajemnicę, że na drugie Klara otrzymała imię Róża 🙂

O foteliku już pisałam jakiś czas temu ( to Avionaut Pixel, wiecej poczytacie o nim w tym wpisie KLIK), ale zobaczcie jak w nim wygląda Klarcia 🙂 Uwielbia podróżować samochodem, więc jeździmy razem dosłownie wszędzie:)

Mama Ewelina i jej nowa fryzura. Do tej pory najczęściej nosiła proste albo spięte włosy, a tu proszę: lekko podkręcone. Dla mnie wygląda rewelacyjnie!! 🙂

W czasie ciąży sporadycznie sięgałam po kawę. Totalnie nie miałam na nią ochoty,ale gdy tylko urodziłam, smaki powróciły, a ja nie wyobrażam sobie dnia bez kawowego napoju.

Co robi kobieta, która po urodzeniu dziecka wraca ze szpitala? Odpowiedź jest prosta: paznokcie! Tym bardziej, że przez pierwsze dwa tygodnie dziecko większość czasu śpi, to spokojnie można sobie pozwolić na urządzenie w domu małego salonu piękności. I bądź co bądź, paznokcie u rąk to żaden wyczyn (w dniu porodu zrobiłam sobie nowe paznokcie hybrydowe…ma się wyczucie czasu, prawda?:D), to już u nóg, mając wielki brzuch, nie jest to takie łatwe 🙂

Znacie chociaż jedną matkę, która nie zwariowała na punkcie swojego dziecka? Staram się zachować zdrowy rozsądek, ale moja galeria w telefonie może temu przeczyć… 90% zdjęć to są zdjęcia Klary…

Kolumny PYLON AUDIO w salonie – pierwsze wrażenie

My kobiety już tak mamy – chociaż odganiamy stereotypy, uciekamy przed społecznymi ramami, to finalnie i tak się w nich zamykamy. O czym mowa? O pieczy nad domem, rzecz jasna! My, kobiety, urządzamy wnętrza, dobieramy dodatki, skrupulatnie zastanawiamy się nad nową zastawą obiadową. A gdy przychodzi do elektroniki to wszem i wobec ogłaszamy: ma być niewidoczna albo ma jej nie być w ogóle. Telewizor traktujemy jak zło konieczne. Nie dość, że pochłania w całości uwagę naszego faceta podczas meczu, to jeszcze kiepsko prezentuje się na ścianie. Przecież ładniej wygląda powierzchnia, gdzie gwóźdź obok gwoździa podtrzymuje wielkie obrazy czy najmodniejsze grafiki. Nie wspominając o monumentalnych kolumnach i innym sprzęcie, który może zagościć w domach.

Dziewczyny! Czas na przełom!

Koniec z tym! Dobry design idzie w parze z jakością i mówię wam to z pełnym przekonaniem, bo od kilku tygodni w naszym salonie pojawił się nowy sprzęt. Białe, w matowym wykończeniu kolumny marki Pylon Audio. Jestem w nich zakochana! Wpasowały się idealnie do wnętrza naszego salonu. Nie drażnią swoją obecnością, a wręcz przeciwnie-dopełniają salon.

Nasz wybór

Wybierając dany model kolumn kierowaliśmy się wieloma aspektami – odczuciami dźwiękowymi, historią marki, jakością wykonania, recenzjami specjalistów i oczywiście wyglądem. Prawdę mówiąc to wstępna selekcja opierała się na wyglądzie – kolumny muszą harmonizować z całym wnętrzem. Z uwagi na sporą otwartą przestrzeń (ponad 40 m2) w skład której wchodzi salon, kuchnia, jadalnia oraz kącik biurowy nie mogliśmy zastosować mniejszych kolumn. Finalnie zdecydowaliśmy się na model Sapphire 31 z rodzimej firmy Pylon Audio. Do wyboru była cała gama kolorystyczna, ale my zachowawczo zdecydowaliśmy się na biały, matowy lakier. W kontraście z czarnymi głośnikami wygląda to rewelacyjnie!

O naszych wrażeniach z użytkowania i odsłuchu napiszemy w kolejnym wpisie 🙂

6 powodów, dla których wybraliśmy Pylon Audio

JAKOŚĆ

bardzo dobra jakość w stosunku do ceny (warto zauważyć, że ten zestaw cieszy się świetną opinią wśród audiofilów i jest zestawiany w porównaniach z dużo droższymi zestawami konkurencji) – wynika to z zastosowania dobrych komponentów wpływających na dźwięk i przykładania uwagi do detali.  Firma skupia się na użytkownikach ceniących wykonanie premium – i takie wykonanie otrzymaliśmy.

DOBRY DESIGN

Obecnie klient wymaga więcej. Oprócz dobrej jakości, istotne jest, aby kolumny spełniały funkcję także  „mebla”, który idealnie wpasuje się do wnętrza. Pylon Audio w swojej ofercie ma kilka zestawów, z których każdy wybierze coś odpowiedniego (i pięknego) dla siebie.

MADE IN POLAND

To dodatkowy smaczek-lubimy jak coś nie tylko jest projektowane, ale także produkowane w Polsce.

PERSONALIZACJA

Wyobraźcie sobie, że inżynierowie Pylon Audio wykonają dla was kolumny w dowolnym kolorze z palety RAL (super!)

AKCESORIA

W komplecie możecie dobrać maskownice, nóżki czy inne akcesoria pasujące do kolumn.

RENOMA PRODUKTÓW PYLON AUDIO W ŚWIECIE Hi-Fi

Dużo czasu poświęciliśmy na zapoznanie się z dostępną ofertą na rynku, i bardzo dobre recenzje specjalistów skłoniły nas do bliższego przyjrzenia się serii Sapphire – po odsłuchach w salonie audio te kolumny przekonały nas do siebie w 100%.

A jak to wygląda u Was? Jest dla Was ważny wygląd sprzętu? Może właśnie szukacie nowych kolumn? Na co zwracacie uwagę podczas zakupu? Koniecznie dajcie też znać, jak wam się podoba nasz nowy zestaw 🙂