Archiwum autora: Sisters About

Prosty sposób na metamorfozę wnętrza

Pewnie nie jestem osamotniona w przekonaniu, iż jesień czy też zima (chcąc lub też nie) zamykają nas w domach. Po pracy lubię wracać prosto do domu. Radość sprawia mi przesiadywanie na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, pod kocem. Nie mam potrzeby wyskoczenia na miasto, a zakupy wolę robić przez internet. Nie jestem wtedy odludkiem, ale zdecydowanie staję się domatorką. Inaczej jest wiosną czy latem. Dobra pogoda wręcz wyciąga mnie z czterech ścian i skłania do aktywnego spędzania czasu. Lubię też wyjeżdżać gdzieś dalej, podróżować, poznawać. A jak jest teraz?

Domator – turn on!

Chociaż dalej delikatnie unoszę się na fali podróżowania i kilka dni temu byłam o włos od zabukowania lotu do Bolonii, to zdecydowanie włącza mi się domatorski tryb życia. A co za tym idzie? Mam ochotę na zmiany w naszym mieszkaniu. Kupuję nowe bibeloty, robię gruntowne porządki, a nawet decyduję się na większe metamorfozy. Tym razem nie jest inaczej, a ja zaczęłam działać!

Zmiany na ścianie

Jest niewiele rzeczy, do których mam słabość, ale z pewnością są to plakaty. Uważam, że jest to bardzo prosty sposób na to, żeby wnętrzu nadać nowy klimat, albo chociaż go odświeżyć. Dlatego to już dla mnie swego rodzaju tradycja, ale co kilka miesięcy zmieniam grafiki w ramkach. Zdecydowałam się nawet na zawieszenie nowych, w zupełnie innym miejscu. Zaraz Wam je pokażę, ale zacznijmy od początku, czyli od salonu i od mojej ściennej galerii.

Moda, wnętrza, sztuka

Uważam, że te 3 słowa doskonale się ze sobą łączą, ale też komponują w postaci plakatów na ścianie. Gdy zobaczyłam plakat ukazujący kobiecą postać w błękitnej koszuli i spodenkach „kolarkach” z motywem panterki wiedziałam, że MUSI pojawić się u mnie. Szukając kolorów spodobał mi się także plakat przedstawiający abstrakcyjne pociągnięcie pędzla.  Reszta plakatów pozostała nie zmieniona. Kultowy model krzesła Arne Jacobsena czy naszkicowany łuk triumfalny. Nie mogło zabraknąć też włoskiego akcentu i napisu „CIAO BELLA„,a także…grafiki Chiary Ferragni. Ten ostatni plakat to nic innego jak okładkowe zdjęcie włoskiej blogerki z najnowszego numeru Vogue, który kupiłam ostatnio będąc w Mediolanie. Ma dla mnie sentymentalną wartość, dlatego uważam, że doskonale uzupełnia całą galerię.

W kuchni nie musi być nudno

Do tych plakatów dojrzewałam dokładnie trzy lata. Jak się tu przeprowadziliśmy moja mama przyznała, że koniecznie muszę powiesić nad blatem plakaty, bo przestrzeń obok półki wydaje się pusta. Ciągle nie byłam pewna, aż wreszcie się zdecydowałam! Z uwagi na fakt, że kuchnia jest dość minimalistyczna, uznałam że świetnie wyglądać będą grafiki w kolorze. To był strzał w 10, bo ładnie komponują się z pastelowym sprzętem kuchennym.

 

Oczywiście podlinkowałam Wam moje kuchenne plakaty.

Plakat nr 1
Plakat nr 2

Jestem ciekawa czy wy również uwielbiacie aranżować przestrzeń za pomocą plakatów. A jak od pewnego czasu chodziła za wami metamorfoza, to mam dla was świetną wiadomość!

Z moim kodem zniżkowym SISTERS dostaniecie 35% zniżki na plakaty* w DESENIO tylko do 10 listopada!

*Z wyłączeniem ramek i plakatów z kategorii Handpicked/Personalizowane

Drugie urodziny – jeszcze bardziej luksusowe

Nie bójcie się, tytuł jest trochę przewrotny. Niewątpliwie nawiązuje do zeszłorocznego postu, pierwszych urodzin Klary. Spotkał się on z wieloma skrajnymi opiniami. Jedni podziwiali, doceniali, a drudzy? A drudzy m.in. uznali, że urodziny te były „na bogato”. Cóż, po krótce, dla przypomnienia: urodziny odbywały się podczas pandemii, w domu. Jedynymi gośćmi był Bartek-tata Klary i ja. Ciasta przygotowałam sama, balony nadmuchaliśmy wspólnie. Rodzina i przyjaciele zadbali o prezenty, które dostarczali pocztą lub zostawiali pod drzwiami. Żeby dodać pikanterii również ubraliśmy się nieco odświętnie. O co więc chodzi z tym luksusem? Dlaczego teraz było bardziej luksusowo? Zaraz Wam opowiem.

Dlaczego te urodziny były bardziej luksusowe, niż poprzednie

Niezbywalnym, niepodważalnym argumentem jest fakt, że urodziny odprawialiśmy 4 razy. Nic mi się nie pomyliło, faktycznie urządziliśmy w domu 4 imprezy urodzinowe dla Klary. Wszystko dlatego, że podobnie jak w zeszłym roku-urodziny wypadły podczas pandemii, gdy miał miejsce ostry lockdown. Nie było aż tak źle, jak rok temu, ale zależało nam na tym, aby zachować minimum bezpieczeństwa. Luksus polegał również na tym, że na stole nie było wyłącznie mojego sernika czy bezy, ale przede wszystkim torty na zamówienie. Genialna sprawa! Doznania smakowe to jedno, ale ten pisk radości dziecka zaraz po ujrzeniu tortu urodzinowego-bezcenny.

Balony dziecięcym marzeniem

Nie wiem, co takiego jest w balonach, ale mają cudowną moc. Sama pamiętam, że maksimum szczęścia doznawałam, gdy zawiązywano wstążeczkę na moim nadgarstku z unoszącym się obok balonem wypełnionym helem. Do tej pory uśmiecham się na ich widok, ale też staram się dostarczać tej radości swojej córeczce. Dlatego zamówiłam mnóstwo balonów, aby uczcić drugie urodziny Klary. Oprócz zwykłych, pojawiły się również tematyczne ze Świnką Peppą w roli głównej oraz butla z helem, aby balony unosiły się nad podłogą. Żałuję, że nie mam zdjęć, ale mina Klary, gdy rano wstała i zobaczyła unoszącą się ulubioną świnkę pod sufitem…nie do opisania.

Precyzyjne wybieranie prezentów

Każdy wie, że wybranie prezentu dla dziecka jest dość skomplikowanym i stresującym procesem. Zwykle obserwuję, co interesuje Klarę, podpytuję ją albo podpatruję u innych dzieci. Od urodzin Klary minęły ponad dwa miesiące, więc mogę wam spokojnie polecić zabawki, które znalazły  się na naszej urodzinowej liście. Zacznijmy od tego, że zawsze sprawdzają się wszelkiego rodzaju układanki, puzzle czy książeczki. Ale pojawiło się też kilka innych prezentów, które mogą Was zainspirować 🙂 Oto one:

 

  1. Zestaw PLAY-DOH do robienia lodów. To nasz pierwszy zestaw tego typu, ale pewnie z czasem coś dokupimy.
  2. Kamper Barbie 3w1. Klara Barbie uwielbia, więc na urodziny prócz np. lalki lekarski otrzymała taki pojazd. Świetny, bo zajmuje dziecko na dłużej. W kamperze prócz odczepianego samochodu, łódki, sypialni czy łazienki znajdziemy akcesoria do przygotowania posiłków etc.
  3. Skuter na akumulator w stylu włoskiej Vespy. Klara uwielbia siadać na moją Vespę, lubi też wszelkiego rodzaju mobilne zabawki, więc taki skuter był prostym wyborem. Nasz upolowaliśmy na allegro, więc polecam tam zajrzeć 🙂
  4. Lodziarnia Melissa&Doug. Te drewniane zabawki gwarantują niezłą zabawę, szczególnie z zestawem kuchni, który Klara dostała rok temu.
  5. Deska do balansowania (u nas marki Gakker). To nie tylko deska, ale też zjeżdżalnia czy stoliczek. Zasosowań sporo, a sam przedmiot „rośnie” z dzieckiem.
  6. Walizka dziecięca See-Ya Suitcase.  Zaczęło się niewinnie, gdy Klara w tv zobaczyła jak dziewczynka ciągnie walizkę na kółkach.  Ale tak się składa, że od kwietnia często gdzieś wyjeżdżamy i walizka nie służy tylko do zabawy. Klara pakuje do niej swoje zabawki, które zabiera w podróż i dumna ciągnie za sobą walizkę. Polecam!

A jak wam udawało się organizować imprezy podczas pandemii? Ograniczaliście liczbę osób czy kompletnie nie zawracaliście sobie tym głowy?

ps. Ten „luksus” to wiecie…tak z przymróżeniem oka 🙂

KIEDY DOM STAJE SIĘ OAZĄ

Myślę, że nie ma takiej osoby, której życie nie uległoby zmianie w ciągu ostatniego roku. Musieliśmy dostosować się do nowej rzeczywistości, zmienić nie tylko swoje plany, ale także przyzwyczajenia.

Nie mogę powiedzieć, że zamknęłam się w domu na cztery spusty i nie wychodzę nigdzie. Ale gdyby zliczyć dni, jeden po drugim, to pewnie byłabym w szoku jak dużo czasu spędziłam w czterech ścianach w porównaniu z poprzednimi latami. Zeznajomymi czy rodziną widujemy się, ale te spotkania są w mniejszym gronie i nie odbywają się tak często, jak kiedyś. Każdy stał się bardziej ostrożny i w przypadku nawet zwykłego przeziębienia nikt nie chce narażać drugiej osoby, więc wizyty są przekładane.

Sytuacja zmieniła się diametralnie, jeśli chodzi o wyjścia np. na koncerty, do kina czy teatru. Marzy mi się posłuchać muzyki na żywo, ale wiem, że te marzenia muszą jeszcze poczekać. Kino, teatr? Chociaż są momenty, gdy miejsca te są otwierane, to dziwnym trafem zawsze jestem spóźniona i nie dam rady załapać się na to „okienko normalności”. Wyobraźcie sobie, że Marcelina miała zaplanowane ostatnio wyjście do teatru. Pech chciał, że dwa dni przed spektaklem znowu zamknęli m.in.teatry. Ciężko cokolwiek planować w „tych czasach”.

Nie mam ochoty wyrzucać tutaj swoich frustracji czy smutków, bo każdego dnia dotykają nas obostrzenia i każdy musi sobie z tym radzić. Wiem, że kiedyś będzie jeszcze normalnie i musimy po prostu przeczekać ten fatalny czas, a teraz znaleźć nowy sposób na codzienność i spędzanie wolnego czasu. Dlatego postanowiłam, że mój dom będzie oazą nie tylko spokoju, ale i rozrywki. Wszelkie wydarzenia mniej lub bardziej kulturalne odbywają się teraz w centrum rodzinnego rozgardiaszu, czyli w salonie.

Dopiero teraz doceniam wachlarz kanałów telewizyjnych, które umożliwiają mi zobaczenie dobrego filmu, koncertu. Często uda mi się wysłuchać interesującego wywiadu, czy nawet przenieść się do słonecznej Hiszpanii oglądając program podróżniczy. Właśnie, nawet nie wiecie jak bardzo tęsknie za Wyspami Kanaryjskimi. Marzy mi się, aby swobodnie wsiąść na pokład samolotu i wylądować na ciepłej wyspie.

Przez pandemię mam wrażenie, że mój mąż stał się naczelnym krytykiem filmowym, a także komentatorem sportowym. Zawsze przyjemność sprawiało mu zobaczenie dobrego filmu lub emocjonującego meczu piłki nożnej, ale widzę, że teraz czerpie z tego jeszcze większą radość i pasję.

I jak już przy mężu jesteśmy, to warto porozmawiać o sprzęcie, który mamy w domu. Pewnie się domyślacie, że skoro uwielbiam aranżację wnętrz i zwracam uwagę na detale, to wybór np. telewizora nie należy do łatwych i jest bardzo przemyślany. Ma nie tylko być dobry w jakości przekazu, ale też wizualnie powinien wyglądać ładnie. I tak np.ponad rok temu udało nam się znaleźć telewizor Phillips z serii Performance, który dzięki swojej cienkiej, srebrnej ramce i minimalistycznej podstawie idealnie komponuje się z całym wnętrzem.

Podobne kryteria obraliśmy przy wyborze sprzętu nagłaśniającego. Jak widzicie, znowu postawiliśmy na urządzenie marki Phillips. Jeśli jeden produkt się sprawdził, to rodzi się swego rodzaju zaufanie i przywiązanie do marki. A jeśli ta marka to nie tylko jakość, ale też wygląd, to już mamy wszystko.

Elegancki soundbar z bezprzewodowym subwooferem (model Philips TAB8505) stanowią idealne połączenie technologii i stylu. Jakość dźwięku jest świetna, a prosta forma wizualnie zachwyca. Kolor srebrny ładnie koresponduje z telewizorem, a dodatkowo bezprzewodowy i kompaktowy subwoofer pozwala na swobodę aranżacji i dowolne przestawianie głośnika bez zbędnych kabli na widoku.

Jeżeli chodzi o możliwości tego sprzętu, to soundbar obsługuje format Dolby Atmos, który odpowiada za przestrzenne brzmienie z kinowym efektem. Dźwięk jest trójwymiarowy i realistyczny, a wszystkie dialogi – nawet te ciche – bardzo wyraźne. Dzięki temu wieczorne seanse filmowe są teraz jeszcze przyjemniejsze i pełniejsze wrażeń.

I jeszcze słówko o innej ciekawej funkcji. Soundbar jest wyposażony w Bluetooth i Wi-Fi, dzięki czemu można go używać jako niezależny głośnik do słuchania muzyki. Wystarczy dosłownie kilka kliknięć: włączam na telefonie Spotify czy YouTube, łączę się z soundbarem i puszczam ulubioną płytę, koncert lub podcast. Nie muszę już zabierać ze sobą telefonu, gdy przechodzę do innego pomieszczenia, bo dźwięk słychać bardzo wyraźnie na całym piętrze i nic mi nie umyka. Na podobnej zasadzie można też słuchać muzyki zapisanej w pamięci telefonu. Bardzo fajna i wygodna opcja, którą ostatnio testujemy.

Przyglądając się zdjęciom, sami zauważycie jak ładnie i nienachalnie wygląda wspomniany sprzęt. Cieszę się, że marki wychodzą na przeciw naszych oczekiwań i stawiają również na design. A jak jest u Was? Zwracacie uwagę na wygląd np. telewizora czy sprzętu nagłaśniającego? Staracie się za wszelką cenę połączyć design z jakością? Jestem ciekawa, jak podchodzicie do tematu:)

Jak dziecko zmieniło nasze mieszkanie?

Pamiętam słowa koleżanek, które zostały mamami. Niektóre nieśmiało wspominały, że ich dom zamienił się w bawialnię po przyjściu na świat dziecka. Inne, bez zahamowań wykrzykiwały „Naciesz się tymi białymi ścianami, naciesz!”. Nieszczególnie przejmowałam się czarnymi wizjami macierzyństwa, które dotyczyły moich czterech ścian. Z tyłu głowy miałam wspomnienia  mojej Mamy, która zawsze twierdziła, że byłam aniołkiem i jej świat w żaden sposób nie został naruszony, gdy się urodziłam. Co mogę teraz powiedzieć? Bez wątpienia byłam dzieckiem aniołem i jestem przekonana, że ten gatunek dzieci już przeszedł do historii…

Układanie książek nie miało sensu

Gdy Klara zaczęła raczkować, a tym samym przemieszczać się pełzając przez całe mieszkanie, upodobała sobie regały z książkami. Stety czy niestety, książek u nas całe mnóstwo i nie trzeba się nagimnastykować, żeby je dosięgnąć nawet jeśli ma się zaledwie kilka miesięcy. Co to oznacza? Klara kilka(naście) razy dziennie wyciągała partiami książki i rozrzucała je po podłodze. Nie zliczę, ile razy układałam je zgodnie z wcześniej ustaloną tematyką. Były momenty, gdy nie dawałam rady i stosy książek potrafiły przeleżeć kilka godzin na ziemi, aż Klara nie poszła na drzemkę. Teraz jest o wiele lepiej. Książki trzymają się półek, a jedyne na co Klara sobie pozwoli, to wyciąganie swoich książeczek. Uf!

Bibeloty schowały się w szafie

Nigdy nie byłam typem osoby, która uwielbia bibeloty i czerpie niesamowitą radość z przestawiania wazonów, pudełek i innych pierdół. Jednak zawsze na komodzie, szafce, stole coś stało. I o ile jest to metalowy lampion, z którym Klara uwielbia przechadzać się po mieszkaniu, to wszelkie szklane czy ceramiczne bibeloty musiały zostać albo umieszczone naprawdę wysoko, albo upchnięte w szafie. Powoli córeczka traci zainteresowanie tym, co znajduje się na wysokości jej wzroku, ale nie mam jeszcze odwagi, aby wyciągnąć swoje skarby 🙂

Bujak ze zdjęcia znajdziecie w sklepie mmhandmade.pl

Salon zamienił się w bawialnię

Nie jest tak, że toniemy w zabawkach i nasz salon nie przypomina salonu. Co to, to nie. Ale skłamałabym mówiąc, że żadna zabawka nie przekracza progu pokoju dziecięcego. W salonie jest miejsce na regale, gdzie znajdują się ulubione książeczki Klary. Przy bocznej szafce kuchennej stanęła mała kuchenka dla Klary. W ciagu dnia możemy wpaść na wózek dla lalek, rozłożone puzzle czy pluszowego misia. Staram się na bieżąco ogarniać powstający rozgardiasz, więc przy odrobinie mobilizacji salon pozostaje salonem.

Kubek z kawą pod ręką? To luksus!

Jeśli zostawimy pełny kubek na stoliku kawowym to są dwa wyjścia: albo jego zawartość wyląduje w brzuszku Klary albo na podłodze. Dlatego wszelkiego rodzaju płyny (już nie wspominam nawet o gorącej herbacie) możemy spijać w spokoju, gdy Klara śpi lub jest w żłobku.

Moje okna już nigdy nie będą czyste

Za każdym razem dziwiłam się widząc u znajomych brudne lustro, szyby, przeszklone witryny. Przecież wystarczy przetrzeć szmatką, użyć jednego psika płynu do szyb. Co się stało po latach? Nie wystarczy. Nie wystarczy, bo okazuje się, że te plamy szybko znikają, ale tak samo szybko znów się pojawiają. Przykładanie rąk do szyby, dawanie buziaków w lustro…zrozumie tylko ten, kto ma to na codzień.

Zablokuj się

Jest jedna rzecz, która chyba najbardziej mnie śmieszyła i oburzała zarazem. Blokady na szafkach. Po co? Przecież dziecku wystarczy wytłumaczyć. No… nie wystarczy. O ile nie musieliśmy montować blokad w kuchni, to szafka biurowa z szufladami nie obeszła się bez specjalnym blokad dla dziecka. Klara czerpała niewiarygodną radość z wyciągania ważnych papierów z naszych szuflad, więc nie było innego wyjścia. Myślę, że etap wyciągania mamy już za sobą i lada dzień blokady znikną z naszego domu. Oby!

Są wyjątki!

Jednakże są kwestie, które w ogóle nie mają miejsca w naszym wnętrzu. Przykładowo białe ściany. Wiecie, ileż musiałam się nasłuchać, że przy dziecku nigdy nie zdecyduję się na biel? Przecież dziecko je, ma brudne rączki… Całe szczęście panujemy nad tym, a nawet jeśli zdarzy się wpadka, to obecnie farby są tak dobrej jakości, że wystarczy zwykła szmatka i trochę wody, żeby zabrudzenie zeszło ze ściany. Nasz dom (a szczególnie pokój dziecięcy) nie zamienił się też w kolorowy cyrk. Dalej utrzymujemy kolorystykę beżu, szarości i bieli. Śmieszą mnie komentarze, że skoro tak mam urządzony dom, to pewnie moje dziecko nie ma dzieciństwa. Ma i to wspaniałe, ale miejsce zabawek jest także w szafie, a ściany nie muszą być kolorowe, przyozdobione bajecznymi motylkami czy naklejkami w świnkę Peppę.

Bujak w kolorze cappuccino: mmhandmade.pl

Sami widzicie, wiele zmienia się po urodzeniu dziecka, także w naszych wnętrzach. Jestem ciekawa z czym wy borykacie się każdego dnia? Co was zaskoczyło, gdy na świecie pojawiło się maleństwo? A może wręcz przeciwnie, nastawialiście się na armagedon, a skończyło się niezwykle pokojowo? Koniecznie podzielcie się swoimi historiami!

Czy warto posłać dziecko do żłobka? Moja refleksja po miesiącu naszego żłobkowego życia.

Czy młoda mama powinna wracać do pracy?

Z wizją żłobka oswajaliśmy się praktycznie zaraz po urodzeniu się Klary. Nie będę czarować, na początku pomysł ten w ogóle mi się nie podobał. Nie wyobrażałam sobie jak mogłabym zostawić takiego małego szkraba na kilka godzin w obcym miejscu. Z drugiej strony, opieka babci też nie była za bardzo możliwa. Tułanie się z dzieckiem z Mysłowic do Bytomia, albo babci do Mysłowic w godzinach szczytu na drogach nie przedstawiała się zachęcająco. Była też trzecia opcja:rezygnacja z pracy i korzystanie z urlopu wychowawczego. Dla mnie odpadała na starcie. Nie wyobrażałam sobie, że miałabym zrezygnować z rozwoju zawodowego jeszcze na kolejne np. 2 lata.

Poszukiwanie miejsca idealnego

Jak już doszliśmy do wniosku, że nie ma innej opcji i Klara musi iść do żłobka, rozpoczęłam poszukiwania tego idealnego miejsca. Takiego, w którym wiem, że moje dziecko będzie szczęśliwe, a ja spokojna. Nie dyskwalifikowałam ani prywatnych ani publicznych placówek. Ważne było, aby żłobek nie był za bardzo oddalony od domu. Oboje z mężem pracujemy z domu, a nawet jeśli sytuacja z COVID-19 ustabilizuje się, to i tak kilka razy w tygodniu mamy home office. Dlatego bezsensu wydawało mi się szukanie żłobka obok mojego biura. Przyznam się, że długo nie musiałam się trudzić. Po pierwszym spotkaniu z właścicielem żłobka wiedziałam, że jest to idealne miejsce dla Klary.

Adaptacja

Przez pierwsze kilka dni Klara uczęszczała do żłobka tylko na kilka godzin. W zasadzie swoją przygodę z placówką zaczynała od jednej godziny! Wszystko po to, żeby się nie wystraszyła i przyzwyczaiła się do nowej sytuacji. Bodajże trzeciego lub czwartego dnia pojawił się kryzys, był płacz już przy wejściu do żłobka. Nie zniechęciło to nas, a słowa właścicielki tylko nas uspokoiły. Chodzi o to, że w pewnym momencie dziecko orientuje się, że to nie zabawa, chwilowa rozrywka, ale jego nowy styl życia. Po krótkim kryzysie było już tylko lepiej.

Jak oceniam żłobek po miesiącu?

Klara jest zachwycona pobytem w żłobku. Uwielbia wszystkie ciocie, zabawę z dziećmi. Ładnie je posiłki. Od zawsze staramy się uczyć Klary samodzielności, ale to co się wyprawia w ciągu ostatniego miesiąca jest jakimś szaleństwem. Poniżej wypunktuję Wam, to co zmieniło się w Klarze, czego się nauczyła etc. :

– Udoskonaliła jedzenie łyżką i widelcem; niechętnie je rękami
– Po zakończonym posiłku ściąga śliniak i odsuwa talerz od siebie
– Potrafi się skupić na opowiadaniu czy czytaniu oraz zabawie
– Stara się ubierać sama buty (i często jej się to udaje!)
– Zaczęła zauważać nocnik (a nawet czasami z niego korzystać)
– Prosi mnie i Bartka do tańca w parze
– Nauczyła się nowych słów i odgłosów
– Ładnie pije z kubka
– Sama wyciąga smoczek, gdy podjeżdżamy pod żłobek
– Nauczyła się nowych zabaw (np. zaczyna chodzić na paluszkach, pochylona podczas piosenki „stary niedźwiedź mocno śpi”
– Gdy wraca do domu jest „wybawiona”, więc nie robi afer, jest radosna

Minął zaledwie miesiąc, a my widzimy już takie zmiany! Ciekawe co przyniosą nam kolejne miesiące.

Nie taki diabeł straszny

Dla nas to wielka wygoda, gdy Klara kilka godzin zostaje w żłobku. Możemy wtedy spokojnie popracować. Nie przekraczamy jednak granicy 6h Klary w żłobku. Póki dajemy radę dzielić się obowiązkami, to nie chcemy, aby zbyt długo przesiadywała w placówce. Zdziwię Was, bo moja mama, która była przeciwna pójściu Klary to żłobka, teraz całkowicie zmieniła zdanie. Widzi jaka samodzielnym i radosnym dzieckiem jest Klara, a to przede wszystkim zasługa nowego miejsca. A sama Klara? Tańczy za każdym razem, gdy ją zaprowadzam i odbieram. Jej radość jest nie do opisania. Ba! Kiedyś pomiar temperatury zawsze kończył się płaczem i krzykiem, a obecnie Klara dumnie stoi przed wejściem na salę i wyczekuje aż niebieska lampka wycelowana w jej czoło dokona pomiaru temperatury. Pewnie zastanawiacie się jak z chorobami. Przyjęło się, że dziecko więcej nie chodzi do żłobka czy przedszkola niż chodzi. Wydaje mi się, że to bardzo indywidualna sprawa i jest związana z poziomem odporności dziecka. U nas (odpukać w niemalowane!) jeszcze nie było żadnej choroby, ale jesteśmy świadomi, że w okresie jesienno-zimowy może nam się coś przypałętać:)

Jestem ciekawa, jak to wygląda u Was? Posyłacie swoje dzieci do żłobka, przedszkola? A może wolicie same zajmować się swoimi dziećmi? Dajcie koniecznie znać!

 

Jedna z największych zmian w moim domu. Loftowe drzwi.

Otwarta przestrzeń

Kiedyś zachwycona byłam otwartą przestrzenią w domu. Podobały mi się przestronne wnętrza bez ścian. Może to za sprawą mieszkania, które miało bardzo klasyczny układ. 3 pokoje, ubikacja, łazienka, przedpokój, kuchnia. Każde z tych pomieszczeń miało osobne drzwi, które wychodziły na łączący przedpokój. Dlatego, gdy projektowaliśmy nasz nowy dom, zamarzyłam aby salon i jadalnia wychodziły wprost na korytarz i schody prowadzące na piętro oraz drugie-do piwnicy. Nie było mowy o żadnych drzwiach. Wyjątkiem była kuchnia, delikatnie odgrodzona od korytarza, ale otwarta na salon i jadalnię.

Dlaczego chciałam oddzielić salon i jadalnię od reszty domu?

Z czasem ta „otwartość” zaczęła nas uwierać. Najgorsze w tym wszystkim było uciekające ciepło. Ogrzanie dużej powierzchni jaką jest dom nie jest łatwą (i tanią) sprawą. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy ciepło z kaloryferów i kominka w salonie i jadalni dosłownie ucieka na klatkę schodową i do wiatrołapu. Ale to nie wszystko. Gdy na świat przyszła nasza wnuczka (i zaczęła stawiać pierwsze kroki) zorientowaliśmy się, że bieganie tej małej dziewczynki wprost na schody może nie skończyć się dobrze. Dlatego uznaliśmy, że to najwyższy czas na zmiany.

Loftowe drzwi

Nie chciałam, aby w części salonowej nagle stanęły zamaszyste drzwi, które może i będą funkcjonalne, ale ładne ani trochę. Wymyśliłam, że idealne byłyby szklane w metalowej ramie. Bałam się, bo wizja, którą miałam w głowie oraz projekt, mogły jednak nieco odbiegać od tego, co zastanę w swoim domu po wizycie wykonawców. Mimo wszystko, postanowiłam podjąć ryzyko i spełnić marzenia.

Ekipa marzeń

Trudno znaleźć odpowiedniego fachowca. Jeszcze trudniej znaleźć takiego z polecenia. Nie będę przed wami udawać, że znalazłam wykonawców „po znajomości”. Zwyczajnie wyszukałam firmę w czeluściach Internetu i zaufałam ekipie. Intuicja mnie nie zawiodła. Najpierw były pomiary, powstał projekt, aż wreszcie przyszła pora na realizację. Panowie przyjechali z gotowym już stelażem, który wykonali na nasze zamówienie. Następnie umocowali go w ścianie i wstawili drzwi. Pełen profesjonalizm. Wystarczyło kilka godzin intensywnej pracy, a nowe drzwi powitały nas we wnętrzu domu.

Jak wygląda użytkowanie drzwi w praktyce?

Po kilku tygodniach z nowymi drzwiami mogę wam polecić takie rozwiązanie. One nie tylko ładnie wyglądają, ale świetnie zatrzymują ciepło oraz biegającego szkraba, który najchętniej kursowałby góra-dół non stop. Co więcej, także wyciszają. Dlatego też, mąż spokojnie może oglądać emocjonujące mecze w telewizji, a mój odpoczynek lub sen absolutnie na tym już nie ucierpią 🙂

 

Dlaczego akurat TE kosmetyki są dla mnie najlepsze

Cenię umiar

Nie zawsze tak było. Będąc w liceum potrafiłam wydać każdą zaoszczędzoną złotówkę na zakupy. Przeskakiwałam z nogi na nogę w oczekiwaniu na najnowszy katalog popularnych marek kosmetycznych. Butelka płynu do kąpieli do połowy pełna, a ja już w zanadrzu miałam dwie kolejne, o zamachu mango i słodkiej wanilii. Szminki, błyszczyki, paleta cieni do powiek we wszystkich kolorach tęczy czy przepełniona skrzynka lakierów do paznokci. Dawałam czadu, nie zaprzeczę. Ale później stopniowo zaczęło się to zmieniać. Teraz 20 razy zastanowię się, czy kupić dany produkt, poczytam recenzje, szukam porady u specjalistów. Dlatego z dumą prezentuję moją minimalistyczną kosmetyczkę.Dzisiaj pokażę Wam moje ukochane produkty, które mogę polecić wam równie szczerze, co mojej Mamie czy najlepszej przyjaciółce.

Powiew włoskiej perfekcji

Ilekroć byłam we Włoszech, zawsze zwracałam uwagę na to, jak wyglądają mieszkanki tej południowej krainy. Nienagannie ubrane, perfekcyjnie umalowane, z zadbanymi włosami,pachnące. Wzór w każdym calu. Dlatego, gdy dowiedziałam się o marce Collistar wiedziałam, że muszę sięgnąć po ich produkty. Marka ta to kwintesencja włoskiego stylu. Ich peeling przeciwstarzeniowy Talasso-Scrub jest numerem jeden! Sól morska wzbogacona m.in. o kwiat pomarańczy i owoce cytrusowe z Sycylii sprawia, że przenosicie się myślami na włoską wyspę. Skóra jest niesamowicie wygładzona i rozświetlona. Nie uwierzycie, jeśli same nie spróbujecie. Opakowanie mam już na wykończeniu i śpieszę zamówić następne, bo nie wyobrażam sobie relaksu w wannie bez tego peelingu. Drugi produkt tej marki to ujędrniający balsam do ciała. Jest niesamowicie wydajny pomimo mojego ciągłego używania. Skóra po nim jest bardzo wygładzona, wręcz porcelanowa. Dodatkowo, cudownie pachnie 🙂 Przyznam się Wam, że po kąpieli smaruję nim całe ciało, ale lubię też rano posmarować chociaż ręce przed wyjściem z domu, aby poczuć tę gładkość i zapach. Mam pełne zaufanie do marki, więc już niebawem w mojej łazience zagoszczą inne produkty (dam wam znać co i jak:)).

Matowe szminki 

Przyzwyczaiłam się do tego, że mój makijaż nie jest spektakularny. Bardzo odbiegam od makijażu, który „uprawiałam” jeszcze w czasie studiów. Wówczas nie było mowy o wyjściu z domu bez wyraźnego umalowania oka. Oczy a’la panda były moim hitem, a najskromniejszym rozwiązaniem było pomalowanie czarną kredką dolnej linii oka. Teraz wydaje mi się to niemożliwe, przecież to tak pomniejsza oko! Ale cóż…młodość rządzi się swoimi prawami, a szczególnie błędami. Teraz lubię nałożyć tusz do rzęs, a usta pomalować matową szminką. Właśnie, skoro jesteśmy w temacie szminek, u mnie sprawdzają się te od marki MAC. Mam tylko trzy kolory, ale to w zupełności mi wystarcza. Dwa nudziaki (ciemniejszy i jaśniejszy) oraz pomarańczowa czerwień. Bardzo ładnie wyglądają na ustach, nie wysuszają ich, i co najważniejsze: bardzo długo utrzymują się na ustach.

Dla bardziej zainteresowanych, moje kolory to: Velvet Teddy (ciemniejszy nudziak), Honeylove (jaśniejszy nudziak), Tropic Tonic (pomarańczowa czerwień).

Mogę być naga, ale z bronzerem na policzkach

Czasy solarium mam już daleko za sobą. Nie uciekam przed słońcem, bo lubię, gdy skóra jest muśnięta promieniami słonecznymi, ale nie leżę plackiem godzinami na plaży. Co więc robię, żeby moja buzia wyglądała promiennie? Używam bronzerów. Kilka machnięć pędzlem, a nieprzespana noc ucieka w zapomnienie. Mam dwa ulubione produkty. Od ponad 5 lat w mojej kosmetyczce znajdziecie Terracottę od Guerlain. Ten puder zagwarantuje Wam opaleniznę w kilka sekund. Złote drobinki sprawią, że buzia będzie promienna. Terracottę lubię stosować, gdy buzia już jest delikatnie muśnięta słońcem, a tym produktem dodatkowo podkręcam efekt.

Drugi ulubieniec, to Bronzer Illuminating od marki Bobbi Brown. Matowe wykończenie i efekt, który powoduje, że nasza skóra wygląda na delikatnie opaloną. Zawsze mam go w torebce, pozwana na  szybką, nieinwazyjną poprawę makijażu w ciagu długiego dnia. Kończę właśnie drugie opakowanie i na 100% sięgnę po trzecie.

Podkład do zadań specjalnych 

Jeżeli nie znudziło was czytanie o moich makijażowych wtopach, to mam dla Was więcej smaczków. Dawno, dawno temu…(a tak naprawdę wcale nie były to odległe czasy) nakładałam na moją twarz solidną ilość fluidu. Nie wiem jak moja skóra dawała sobie z tym radę, ale od niedawna powinna mi dziękować dzień w dzień za poczynione zmiany. Teraz, na codzień, stosuję krem BB, który jest lekki, dobrze reaguje z moją skórą i równie dobrze wygląda. Natomiast są sytuacje, gdy potrzebuję czegoś specjalnego. Całonocna impreza, wesele w upalny, lipcowy dzień czy np. wyjazd na event na drugi koniec Polski, gdy wiem, że czasu na poprawkę makijażu nie będzie. Tutaj wierna jestem marce Estee Lauder i podkładowi Double Wear. Matowe, jedwabiste wykończenie. Nie brudzi ubrań i zostaje tam, gdzie powinien zostać. Same decydujemy o stopniu krycia, chociaż podkład ten z zasady ma dobre krycie, nawet gdy nałożymy jedną, lekką warstwę.

Fanaberia

Nie będę Was zapewniać, że ten produkt jest makijażowym niezbędnikiem. Dla mnie to coś w rodzaju fanaberii, ale bardzo przyjemnej dla mojej duszy i oka (i pewnie oczu, które są na mnie wówczas skierowane). Świetne wykończenie makijażu. Rozświetlają i dodają cerze blasku. Latem sprowadzam listę kosmetyków do minimum, ale gdy nadchodzi smętna jesień, to radośnie sięgam po tzw. Meteoryty od Guerlain. Mieniące się, pastelowe kuleczki aż proszą się, żeby je dotknąć puchatym pędzlem i musnąć nim twarz. To też dobry pomysł na prezent. Pięknie wyglądają i będą służyć każdej właścicielce na długo. To chyba najbardziej strzeżony produkt przed moją córeczką. Kolorowe kuleczki zachęcają do zabawy, więc muszę bardzo uważać, gdzie je „porzucam” 🙂

Wszystkie kosmetyki, o których Wam dzisiaj napisałam możecie znaleźć na stronie Douglas. Jestem ciekawa, czy wy również macie swoich kosmetycznych ulubieńców? A może któryś z produktów także znajduje się w Waszej kosmetyczce?

Najlepsze makarony – 13 przepisów na pasty, których nie powstydzi się rasowy Włoch

Pewnie podejrzewacie, że nasze życie kręci się wokół pizzy? Muszę Was rozczarować, oprócz pizzy pochłaniamy niebotyczne ilości makaronu. Bawimy się składnikami, wymyślamy różne kombinacje, ale efekt końcowy jest zawsze taki sam: jest pysznie! Nie przedłużając, poniżej znajdziecie aż 13 (!!!) prostych przepisów na bajeczne pasty. Nie zapomnijcie zajrzeć na sam koniec wpisu, gdzie czeka na was zbiór istotnych wskazówek w temacie makaronu. Gotowi?

1. Al pomodoro i zielone pesto z dodatkiem mozzarelli i pomidorków koktajlowych

Składniki:
– makaron (u nas bucatini)
– pół średniej cebuli
– 2 ząbki czosnku
– passata pomidorowa (lub pomidory pelati)
– zielone pesto (1/3 słoiczka, szukajcie pesto na bazie oliwy z oliwek)
– kulka mozzarelli
– pomidorki koktajlowe
– przyprawy: sól, pieprz, oregano
– oliwa z oliwek
– twardy ser ( np. grana padano)

Przygotowanie:

Al pomodoro: Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy  posiekaną cebulę i starty czosnek . W międzyczasie gotujemy makaron. Czekamy aż delikatnie się przysmaży i dodajemy całą passatę pomidorową (300 ml lub cały słoik, jeśli gotujemy dla całej rodziny:)) Przyprawiamy solą, pieprzem, oregano. Gotujemy przez kilka minut na średnim ogniu, aby sos delikatnie się zredukował. Do sosu dodajemy ugotowany makaron i mieszamy.

Pesto: Gotujemy makaron, odsączamy wodę. Do garnka, w którym jest makaron dodajemy gotowe pesto. Zwykle 1/3 słoiczka (lub więcej).  Mieszamy.

Podanie: Na talerzu układamy dwa rodzaje makaronu. Całość polewamy oliwą z oliwek, dodajemy pomidorki koktajlowe, plastry mozzarelli. Posypujemy startym twardym serem i startym pieprzem.

2.  Al ragu, czyli spora dawka mięsnego sosu

Składniki:
– makaron (u nas spaghetti)
– 1 cebula
– 200 ml czerwone wytrawnego wina
– 2 ząbki czosnku
– mielona wołowina (udziec) – 300-400g w zależności od tego, jak lubicie
–  1 średnia marchewka
– seler naciowy (1 łodyga)
– puszka pomidorów bez skórki
– 100ml mleka
– przyprawy: sol, pieprz, oregano
– oliwa z oliwek
– twardy ser (np. grana padano)

Przygotowanie: Zmielone mięso smażymy na średnim ogniu aż do podrumienienia. Dodajemy drobno posiekaną marchew, cebulę i seler. Chwilę podsmażamy i dodajemy wino. Mieszamy i po 5 minutach dodajemy pomidory i mleko. Dosypujemy pieprz, sól i oregano do smaku. Całość gotujemy na niskim ogniu przez min. 3 h bez przykrycia. Przed podaniem dania, gotujemy makaron.

Podanie: Przed samym podaniem mieszamy sos al ragu z makaronem. Porcję makaronu polewamy oliwą z oliwek oraz posypujemy twardym serem.

3. Chorizo w duecie ze słodką papryką i serem ricotta

Składniki:
– makaron (u nas bucatini)
– pół cebuli
– 2 ząbki czosnku
– kiełbasa chorizo (ilość według uznania)
– passata pomidorowa (700g)
– ser ricotta
– słodka papryka (u nas mini słodkie papryczki)
– przyprawy: sólo, pieprz, oregano
– twardy ser
– oliwa z oliwek

Przygotowanie:Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy cebulę i czosnek. W międzyczasie gotujemy makaron. Czekamy, aż delikatnie się przysmaży i dodajemy kiełbasę chorizo. Smażymy do momentu, aż kiełbasa będzie zarumieniona. Następnie dodajemy passatę pomidorową, przyprawiamy solą i pieprzem. Gotujemy całość przez kilka minut, aż sos się zredukuje. Dodatkowo, na drugiej patelni grillujemy papryczki z oliwą z oliwek. Ugotowany makaron wrzucamy do sosu i dokładnie mieszamy.

Podanie: Gotową pastę wykładamy na talerz. Polewamy oliwą z oliwek, a na samą górę wykładamy dwie łyżki serka ricotta oraz papryczkę. Całość posypujemy twardym serem.

4. Carbonara

Składniki:
– makaron (u nas spaghetti)
– 100g boczku
– dwa żółtka
– 120g  serka mascarpone
– przyprawy: pieprz, sól
– łyżka masła
– twardy ser

Przygotowanie: Boczek (tradycyjnie powinno być guanciale) kroimy w kostkę lub paseczki i wytapiamy na niskim ogniu. Robimy skwarki, odlewamy tłuszcz z patelni i przyprawiamy solą i pieprzem. Dodajemy trochę masła. Ugotowany makaron al dente wrzucamy na patelnię z boczkiem i mieszamy na lekkim ogniu (my czasami boczek układamy na makaronie już na talerzu wtedy makaronu nie mieszkamy na patelni z boczkiem/guanciale 🙂 ).

Do miseczki wrzucamy dwa żółtka, 1 łyżkę startego twardego sera (najlepiej pecorino romano) , 50 ml mleka, sól, pieprz. Mieszamy do momentu uzyskania jednolitej masy.

Kolejno, ściągamy patelnię z boczkiem i makaronem z ognia i stopniowo wlewamy zawartość miseczki (uważając, żeby nie zrobiła nam się „jajecznica”). Mieszamy do momentu połączenia się wszystkich składników i ponownie podgrzewamy kilka minut, aby całość się ładnie zredukowała.

Podanie: Gotową pastę wykładamy na talerz. Polewamy oliwą z oliwek i posypujemy twardym serem.

5. Świeży makaron szpinakowy w sosie śmietankowym z dodatkiem ananasa

Składniki:
– świeży makaron szpinakowy (np. z włoskich delikatesów lub Biedronki)
– pół puszki ananasa
– 130g serka mascarpone
– przyprawy: sól, pieprz,oregano
– opcjonalnie oliwki czarne
– oliwa z oliwek
– twardy ser
– 1 ząbek czosnku

Przygotowanie: Gotujemy makaron, który następnie przekładamy na patelnię z gorącą oliwą. Dodajemy serek mascarpone, czosnek, przyprawy i wszystko mieszamy. Na koniec dodajemy kawałki ananasa i oliwki.

Podanie: Gotową pastę układamy na talerzu, polewamy oliwą z oliwek oraz posypujemy twardym serem.

6. Cukinia i szparagi w białym sosie

Składniki:
– makaron (u nas spaghetti)
– 1/3 cukinii
– pęczek szparagów
– pomidorki koktajlowe
– przyprawy : sól, pieprz
– łyżka masła
– oliwa z oliwek

– twardy ser

– 1 duża łyżka serka mascarpone

Przygotowanie: Cukinię obieramy i kroimy na plasterki, a szparagi na mniejsze kawałki (na pół). Następnie blanszujemy cukinię i szparagi. Potem wrzucamy wszystko na patelnię i smażymy na średnim ogniu na maśle z z łyżeczką cukru. W międzyczasie gotujemy makaron. Na patelni rozgrzewamy oliwę i czosnek. Gotowy makaron wrzucamy na patelnię, przyprawiamy solą i pieprzem i dodajemy mascarpone.

Podanie: Makaron wykładamy na talerz. Dodajemy cukinię i szparagi. Polewamy oliwą z oliwek, dorzucamy pomidorki koktajlowe i posypujemy twardym serem.

7. Zielony makaron na bazie śmietany i serka mascarpone

Składniki:
– makaron (u nas foglie d’ulivo verdi)
– 100 ml śmietany 30%
– pomidorki koktajlowe
– przyprawy: sól i pieprz
– 100g ser gorgonzola
– 1 ząbek czosnku

Przygotowanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek. Dodajemy starty czosnek i śmietanę. następnie dodajemy sól, pieprz do smaku i ser gorgonzola. Wszystko gotujemy na wolnym ogniu. Na koniec dodajemy pokrojone pomidorki koktajlowe. W międzyczasie gotujemy makaron. Po ugotowaniu, wrzucamy makaron do sosu i dokładnie mieszamy.

Podanie: Gotową pastę przekładamy na talerz, polewamy oliwą z oliwek i posypujemy twardym serem.

8. Penne ze szpinakiem

Składniki:
– makaron (u nas penne)
– szpinak (u nas mrożony w kulkach)
– pół cebuli
– 2 ząbki czosnku
– 200 ml śmietany 30%
– opcjonalnie 120 g serka mascarpone
– pomidorki koktajlowe
– pieprz, sól
– twardy ser
– kilka suszonych pomidorów
– kilka czarnych oliwek

Przygotowanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy posiekaną cebulę. W międzyczasie gotujemy makaron. Czekamy aż delikatnie się przysmaży i dodajemy  kilka kulek szpinaku. Doprawiamy solą i pieprzem. Po kilku minutach wlewamy śmietanę. Czekamy aż sos się zredukuje. Opcjonalnie możemy dodać serek mascarpone. Na koniec dodajemy starty czosnek. Ugotowany makaron wrzucamy do sosu dokładnie mieszając.

Podanie: Gotową pastę przekładamy na talerz, polewamy oliwą z oliwek, dodajemy kilka pomidorków koktajlowych i posypujemy twardym serem.

9. Makaron w sosie curry z kurczakiem i ananasem

Składniki:
– makaron (u nas spaghetti)
– 2 piersi w kurczaka
– pół puszki ananasa
– przyprawy: curry, pieprz, sól
– oliwa z oliwek
– 2 ząbki czosnku
– parmezan
– 250g serka mascarpone (lub śmietana 30% – 200 ml)

Przygotowanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek i dodajemy wcześniej przygotowane kawałki kurczaka.  Dosypujemy pieprzu i soli, curry. W międzyczasie gotujemy makaron. Czekamy aż kawałki kurczaka usmażą się, a następnie dodajemy serek mascarpone (lub śmietanę). Jak składniki połączą się dorzucamy kawałki ananasa. Na sam koniec dodajemy ugotowany makaron i wszystko dokładnie mieszamy.

Podanie: Gotową pastę wykładamy na talerz, polewamy oliwą i posypujemy twardym serem.

10. Penne z pomidorkami koktajlowymi na oliwie

Składniki:
– makaron (u nas penne)
– pomidorki koktajlowe
– oliwki, kapary (według uznania)
– oliwa z oliwek
–  2 ząbki czosnku
– parmezan
– przyprawy: sól, pieprz, oregano

Przygotowanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy pokrojone pomidorki koktajlowe oraz starty czosnek. W międzyczasie gotujemy makaron. Czekamy aż pomidorki delikatnie się przysmażą , a następnie dodajemy ugotowany makaron. Dla lepszego smaku warto dorzucić oliwki oraz kapary.

Podanie: Pastę wykładamy na talerzu, doprawiamy pieprzem i solą i posypujemy twardym serem.

11. Sos biały z dodatkiem orzeszków nerkowca, suszonych pomidorów i ananasa

Składniki:
– makaron (u nas spaghetti)
– 1 pierś z kurczaka
– 1/3 puszki ananasa
– garść posiekanych orzeszków nerkowca (można spróbować z innymi orzechami)
– 200 ml śmietany 30%
– przyprawy: pieprz, sól
–  twardy ser (np. grana padano)
– opcjonalnie suszone pomidory (kilka sztuk)
– oliwa z oliwek
– 2 ząbki czosnku

Przygotowanie: Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy kawałki kurczaka, czosnek i zarumieniamy. Wlewamy śmietanę, dodajemy przyprawy i kawałki ananasa oraz pomidory suszone pokrojone w paseczki. Podgotowujemy na lekkim ogniu. W międzyczasie gotujemy makaron i dodajemy do patelni z sosem.

Podanie:  Makaron wykładamy na talerz. Polewamy oliwą z oliwek i posypujemy twardym serem i posiekanymi orzechami.

12. Czerwony sos z dodatkiem cukinii i szparagów

Składniki:
– makaron
– 1/3 cukinii
– szparagi (kilka sztuk)
– passata pomidorowa
– czosnek
– oliwa z oliwek
– przyprawy: sól, pieprz, oregano

– 1 łyżeczka cukru
– łyżeczka masła
-twardy ser

Przygotowanie: Cukinię obieramy i kroimy w księżyce. Odłamujemy zdrewniałe końcówki szparagów. Następnie blanszujemy cukinię i szparagi. Potem wrzucamy wszystko na patelnię i smażymy na średnim ogniu z dodatkiem masła i łyżeczki cukru. W międzyczasie gotujemy makaron. Na patelni rozgrzewamy patelnię z oliwą i czosnkiem. Wlewamy passatę pomidorową i podgotowujemy, aby sos się zredukował. Na końcu, ugotowany makaron łączymy z sosem.

Podanie: Makaron wykładamy na talerz. Dodajemy cukinię i szparagi. Polewamy oliwą z oliwek i posypujemy twardym serem.

13. Włoska flaga, czyli kompozycja 3 makaronów: pesto, carbonara, napoli.

Składniki i przygotowanie:
patrz przepis nr 1 i 4 🙂

Podanie: Przygotowane pasty układamy na talerzu kolorami (zaczynając od lewej strony): makaron z pesto, carbonara, napoli.

UWAGI:
– To wy decydujecie jakie składniki dodać. Możecie zamienić oliwki na kapary czy pomidory suszone, dodać do sosu paprykę słodką lub peperoncino. Totalna dowolność. Przepisy mają być dla was inspiracją do działania 🙂

– Pisząc o twardym serze miałam na myśli parmezan, grana padano, pecorino romano etc. U nas używa się tego, który właśnie mamy w lodówce.

– Proporcje są podane na 2-3 porcje. To wy decydujecie ile chcecie dorzucić makaronu. Najczęściej robię „na oko” i nic się nie stanie jeśli raz dodam za dużo makaronu. Ilość sosu powinna sobie z tym poradzić 🙂

6 skutecznych patentów jak zaoszczędzić czas i zyskać szczęście

Świat pędzi i nie licz na to, że się zatrzyma. Wręcz przeciwnie, może być jeszcze gorzej. Praca i obowiązki to nieodzowne elementy naszego życia. Ale gdyby tak coś pozmieniać … Zyskać więcej czasu i zadbać o codzienną radość? Mam dla Was kilka rad, co zrobić, żeby zalała Was fala kolorowego, obrzydliwie słodkiego szczęścia.

Zasadzka w wannie

Ci, którzy zamiast wanny mają w domu prysznic, mogą przejść dalej. Natomiast, jeżeli lubicie długie kąpiele, to pewnie wiecie, co chcę napisać. Leżenie w wodzie pełnej piany każdego dnia to strata waszego czasu. Sama je uwielbiam, lecz minuty przelatują mi wtedy przez palce z prędkością odrzutowca. Relaks w wannie, domowe spa raz w tygodniu-ok, ale bezproduktywne przelewanie wody jest bezsensu. Jest jeden wyjątek, jeśli zamykasz się w łazience, bo to jedyne miejsce w domu, gdzie zaznasz odrobinę spokoju, aby np. poczytać książkę. Taki multitasking jest nawet wskazany.

Skończ z serialami!

Ileż godzin potrafiłam przesiedzieć przed telewizorem, śledząc dynamiczne losy moich ulubionych, serialowych bohaterów? Nie zdradzę Wam tego, ale chętnie podzielę się z wami moją taktyką odkrytą całkiem niedawno. Po pierwsze, zasiadamy przed telewizor, gdy Klara zaśnie. Często już jesteśmy po kolacji, więc nie starczy nam zbyt wiele czasu na oglądanie serialu bez zarwania nocy. Po drugie, dobrze jest oglądać serial od połowy odcinka i robić pauzę, gdy dobrniemy do kolejnej połowy następnego odcinka. Największe emocje są zawsze pod koniec, więc siłą rzeczy automatycznie chcemy dowiedzieć się, co wydarzy się w kolejnym. Koniec z tym!

Zadbaj o siebie

Nie masz czasu na bieganie? Rower?Wyjście na siłownie zabiera zbyt dużo czasu? Znam to doskonale. Czasem nie można mieć wszystkiego…ale można mieć sporą namiastkę tego, co lubimy. Zamiast wizyt w siłowni w naszym salonie stanął rowerek magnetyczny. A jak potrzebuję „poskakać” to włączam trening na youtube i ćwiczę na macie. Ja decyduję, kiedy zrobię trening, nie tracę czasu na dojazdy i korzystam z wolnej chwili np. wieczorami, gdy dziecko już śpi. Voila! Właśnie zmiażdżyłam Wasz argument : Nie ćwiczę, bo nie mam czasu. Nie dziękujcie 🙂

Sprzątaj…wieczorem

W dobie pandemii utrzymanie porządku w domu jest niezwykle, ale to szalenie niezwykle ciężkie. Nagle dom działa 24/7 i służy za restaurację, biuro, bawialnię dla dziecka, hotel, salon piękności, kino (…). Coś, czego nie mogę znieść to poranki, gdy wstaję i widzę piętrzące się naczynia w zlewie, niewypakowaną zmywarkę, brudne podłogi i porozwalane zabawki, ubrania wokoło. A zaraz wybije godzina 8.00 i pora rozpocząć pracę. Szanse, że uda mi się ogarnąć mieszkanie maleją, a i perspektywa biegania z mopem między szalejącym dzieckiem nie napawa optymizmem Dlatego staram się systematycznie uprzątnąć mieszkanie WIECZOREM, żeby o poranku jedynie zrobić kawę i zjeść spokojnie śniadanie. Uwierzcie, nie ma nic lepszego niż rozpoczynanie dnia w wysprzątanym mieszkaniu.

Dodaj sobie energii

Zrób coś dla siebie. Nic tak nie dodaje energii jak spełnianie własnych marzeń. Nowa torebka? Kurs językowy on-line? A może nowa fryzura? Zdradzę Wam, że od zawsze śniłam o białej Vespie. Jednak cały czas widziałam same przeszkody. Na początku finansowe, potem brak czasu, ciąża, narodziny Klary…A teraz zadałam sobie jedno pytanie: DLACZEGO NIE? Klara z radością zostaje pod opieką Bartka, więc w tym czasie mogę bez wyrzutów sumienia pojechać na kawę skuterem. Praktycznie zrezygnowałam też z samochodu, bo na zakupy jeżdżę Vespą. A to gwarantuje mi przejażdżkę (wiatr we włosach!) i zapełnienie lodówki zarazem. Nawet nie wiecie ileż radości mi to sprawia. A mój uśmiech powoduje uśmiech w naszej rodzinie. Nie bójcie się realizować marzeń 🙂

W rodzinie siła!

Jak nie możesz czegoś zrobić w pojedynkę…zaangażuj w to rodzinę! Prawdą jest, że mieszkamy jednak daleko od rodziców. Trasa Mysłowice-Bytom nie jest do pokonania w kilka minut, a to skutkuje tym, że odpada codzienne podrzucanie Klary do rodziców…ale nie wyklucza pomocy okazjonalnej 😀 Przykład? Ostatnio moi rodzice przyjechali zajmować się Klarą, a my z Bartkiem pojechaliśmy na randkę. Każdy był zadowolony. My, bo mogliśmy spędzić czas zupełnie sami, jedząc spokojnie kolację, śmiejąc się i rozmawiając. A także dziadkowie, którzy bawili się z wnuczką. Nie wspominam nawet o Klarze, która była przeszczęśliwa 🙂

Jestem ciekawa, jak Wy radzicie sobie w szarej codzienności? Macie sprawdzone patenty na szczęście? Na znalezienie więcej czasu dla siebie w tym zabieganym świecie? Podzielcie się koniecznie!!

Wózek dziecięcy – jak sprawuje się po ponad roku używania?

Dlaczego właśnie TEN?

Wybierając wózek dla Klary szukaliśmy opcji 2w1 (gondola + spacerówka). Zależało nam, aby wózek był solidnie wykonany, wygodny dla dziecka…ale też ładny. Postawiłam na klasyczną czerń, bo to wybór ponadczasowy, ale też idealny dla obu płci. Dzięki temu, jeśli w przyszłości Klara doczeka się brata, to nie będzie problemu z wykorzystaniem tego samego wózka 🙂

Jeśli ciekawi jesteście recenzji wózka NUNA MIXX2 w wersji z gondolą, koniecznie zajrzyjcie do wpisu, który ukazał się ponad rok temu na blogu. A tymczasem, kilka cennych informacji na temat spacerówki (mamy kolor Caviar).

Co wyróżnia go od innych?

Rozkładane oparcie (aż w 5 stopniach)

Dość szybko przeszliśmy z gondoli na wózek spacerowy. Klara nie czuła się komfortowo leżąc w gondoli, w której praktycznie nic nie widziała. Całe szczęście, naszą spacerówkę można rozłożyć na płasko, więc nawet maluszek może w niej jeździć. Dodatkowym plusem jest łatwy (i nieinwazyjny) sposób rozkładania oparcia. Jeśli dziecko nagle zaśnie podczas spaceru, możemy szybko rozłożyć maksymalnie oparcie, bez stresu, że maleństwo się przebudzi. Plusem (szczególnie na samym początku) jest też ustawianie siedziska przodem lub tyłem do kierunku jazdy. Starsze dziecko czerpie radość z podziwiania świata, ale młodsze zdecydowanie woli mieć rodzica w zasięgu wzroku.

Solidna rama

Chociaż używaliśmy ramy już wcześniej, wpinając do niej gondolę, to nadal działa bez zarzutu. Wózek można szybko złożyć. Ma regulowaną wysokość uchwytu. Hamulec tylny jest porządnie wykonany, nie zacina się. Do tego duże, piankowe koła nadają się na spacer nie tylko po równym chodniku, ale też w mniej sprzyjających warunkach (np. w lesie). Ich rozmiar nie jest wielkim problemem, bo nawet jeśli nasz bagażnik nie jest ogromny, to raz-dwa można je zdemontować na czas podróży samochodem. Ponadto, po złożeniu wózka możemy go „ciągnąć” jak walizkę. To dobre rozwiązanie jak na jednej ręce trzymamy dziecko i musimy się przemieścić z maluchem.

Wygoda dla dziecka

Siedzisko sprawia wrażenie bardzo wygodnego. Jest przyjemne w dotyku, a to ważne jeśli wybieramy się na długi spacer. Co więcej, do kompletu dostajemy śpiworek. Podnóżek jest regulowany, a barierka ochronna ma ręcznie wyszyte akcenty.

Pogoda nam nie straszna! 

Gdy niespodziewanie podczas spaceru zacznie padać-wystarczy użyć przezroczystej folii przeciwdeszczowej. Natomiast, jeżeli chcemy uchronić dziecko przed słońcem możemy rozsunąć maksymalnie daszek. Dziecku nie będzie zbyt gorąco, bo wózek został wyposażony także w siateczkowe okienko z funkcją wentylacyjną. Z takim wózkiem bez wahania możemy udać się na zakupy i nie dość, że nie musimy obawiać się pogody, to jeszcze nie wrócimy obładowani w reklamówki zawieszone na ramieniu. Bowiem wózek ma WIELKI kosz na zakupy, do którego zmieścimy dosłownie wszystko!!

Czy ponowie zdecydowalibyśmy się na ten model?

Bez wątpienie-TAK! To chyba najlepsza rekomendacja z możliwych. Ale faktycznie, gdybyśmy musieli jeszcze raz podjąć decyzję w kwestii wyboru wózka (zarówno gondoli jak i spacerówki), to ponownie zdecydowalibyśmy się na markę NUNA.