Archiwum autora: Sisters About

Wszystko, co chcecie wiedzieć o naszej kuchni. Sukcesy i porażki projektowania.

Postanowiłam was zaprosić ponownie do naszej kuchni. W ostatnim czasie trochę się tutaj zmieniło. Pół roku temu pojawiły się meble, ale umówmy się-ten wszechobecny minimalizm był trochę przytłaczający. Od momentu, kiedy tutaj zamieszkaliśmy na stałe ( niespełna 3 miesiące temu), kuchnia ożyła, ale dopiero teraz nabrała „tego” klimatu. Te kilka miesięcy, to też dobry czas na zrobienie rachunku sumienia. Co zmieniłabym w kuchni? Czy jej projekt dzisiaj wyglądałby inaczej? Czego żałuję? A bez czego nie wyobrażam sobie funkcjonowania?

Zabudowa

Od samego początku miałam jeden, konkretny plan. Kuchnia ma być otwarta na salon oraz jadalnię, tak aby tworzyć tzw. dzienny openspace. Dlatego fronty szafek miały być gładkie, minimalistyczne, białe, żeby współgrać z całą resztą mieszkania. Zależało mi także na maksymalnej zabudowie, żeby wykorzystać każde miejsce. Udało się. Mam taką kuchnię, jaką sobie wymarzyłam ( seria Voxtorp w macie -IKEA). Cieszę się, że nie pokusiłam się np. o czarną zabudowę, która mi się szalenie podoba. Podoba, ale na zdjęciu lub u kogoś, ale w swoim domu…myślę, że po tygodniu już miałabym jej dość i czułabym się „za ciężko”.
Wysokość szafek również była perfekcyjnie przemyślana. Chociaż bez stołka nie jestem w stanie wdrapać się i sięgnąć do najwyższej półki, to uzyskana przestrzeń i tak jest nieoceniona. Uwierzycie, że niektóre półki dalej mam puste? W niektórych szafkach mam też więcej półek (np. tam, gdzie trzymam kubki, filiżanki), co daje dodatkową oszczędność miejsca.

Drewniane blaty

Bałam się ich okropnie. Od zawsze mi się marzyły, ale perspektywa biegania ze szmatą i podkładkami była dla mnie PRZERAŻAJĄCA. Dlaczego więc zdecydowałam się na drewno? Uznałam, że jeśli coś pójdzie nie tak, to z pokorą wymienię je na zwykłe blaty. Świat się nie zawali, ewentualnie zamiast nowych butów i torebki będę mieć…nowe blaty. A tu niespodzianka! Przy naszym codziennym gotowaniu, częstym pieczeniu – z blatami nie dzieje się nic. Dlatego, jeśli i wy stoicie przed takim wyborem – warto zaryzykować! Uprzedzając pytania- wybraliśmy blaty KARLBY (IKEA).

Zabudowana lodówka

Nigdy nie przepadałam za kuchniami z zabudowanymi lodówkami. Uważałam, ze teraz lodówki są tak ładne, że nie warto ich zakrywać. Poza tym, zabudowana lodówka oznaczała dla mnie mniejszą pojemność. W naszym przypadku, podczas robienia projektu, wolnostojąca lodówka nie prezentowała się dobrze. Decyzja zapadła-wolnostojącego sprzętu nie będzie. Fakt faktem, lodówka jest węższa, ale jej środek został tak rozplanowany, że (o dziwo!) problemów z miejscem nie mamy. Praktyczny okazał się podwieszany uchwyt na butelki, dzięki któremu mleko, sok czy woda nie zajmują miejsca na drzwiach. Co więcej, sprzęt został zabudowany na jednej wysokości z resztą szafek wiszących, zatem nagle dostaliśmy w gratisie dodatkową szafkę nad lodówką, która pełni rolę spiżarki.

Sprzęt IKEA

Często pytacie, czy warto kupować sprzęt w sklepie IKEA. Do tej pory nie miałam zdania, bo sama miałam zawsze sprzęt kupowany indywidualnie. Tym razem było inaczej. Piekarnik i zmywarkę już mieliśmy, a resztę sprzętu z uwagi na wygodę postanowiliśmy zakupić w IKEA. Przy jednym transporcie, cała kuchnia trafiła do naszego mieszkania. Lodówkę opisałam wam w większości powyżej. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni.To model TINAD.  Okap (UTDRAG) oraz płyta indykcyjna- również sprawują się rewelacyjnie. Co do samej płyty (model SMAKLIG) , podoba nam się układ palników (a także ich połączenie), panel dotykowy (suwakowy), a także możliwość ustawienia czasu grzania danej części płyty. Pewnie dopiero za 2-3 lata będę mogła wam powiedzieć dokładnie, jak sprawują się sprzęty, ale na ten moment jesteśmy zadowoleni.

Szuflady – towar deficytowy

To chyba najsłabsze ogniwo naszej kuchni. Mamy tylko 3 szuflady o szerokości 40 cm. Dramatu nie ma, bo się przyzwyczailiśmy, ale teraz myślę, że inaczej podeszlibyśmy do tematu. Ilość szuflad pozostałaby bez zmian, ale postaralibyśmy się o szerokość 60 cm. W tym celu, projektując ścianki w naszym mieszkaniu – kuchenną wydłużylibyśmy o jakieś 20 cm.

Bateria oraz zlew – hit czy kit?

Jednokomorowy zlew (model HALLVIKEN – IKEA)  z dodatkowym miejscem np. na płyn u nas się sprawdził. Dobraliśmy do niego plastikowy durszlak (klik), który ułatwia nam życie. Prawdą jednak jest, że na co dzień używamy zmywarki. Zlew służy nam wyłącznie, aby coś umyć na szybko. Nie wyobrażam sobie, gdybyśmy mieli zmywać po obiedzie w jednokomorowych zlewie. Byłoby to uciążliwe. Ale jeśli, tak jak my, macie w zanadrzu również zmywarkę- polecamy!
Totalnym hitem jest bateria (ALMAREN-IKEA) z wysuwanym wylotem wody. Szczerze? Myślałam, że to niepotrzebny gadżet, ale za namową Bartka wybraliśmy tę opcję i wam również ją polecam.

Wisząca, otwarta półka

Nie chciałam zabudowy szafek wiszących na dwóch ścianach. Uważam, że zabrakłoby wtedy lekkości. Początkowo myślałam o półkach, później o fajnym plakacie. A skończyło się na jednej półce. Dzięki czemu, mogę wyeksponować kilka przydatnych rzeczy, typu: młynki do soli i pieprzu, puszki z herbatą czy cukrem itp. Jest funkcjonalnie i ładnie, czyli tak jak lubię najbadziej.

Sprzęt SMEG

Nie lubię mieć „przeładowanych” blatów. Im mniej rzeczy, tym wygodniejsze gotowanie…i sprzątanie. Ale są rzeczy bez których sobie kuchni nie wyobrażam. Jest to czajnik, a od całkiem niedawna mikser planetarny. U nas prym wiedzie marka SMEG. Jestem oczarowana ich dizajnem, a już totalnie przepadłam, gdy Mama kupiła sobie toster tej marki.
Często pytacie czy sprzęt się sprawdza, czy ozdobne, srebrne litery nie odpadają etc. U nas nic takiego się nie dzieje. A umówmy się- czajnik jest używany mnóstwo razy w ciągu dnia i pomimo wysokiej temperatury, każda z liter jest na swoim miejscu.
Czajnik z regulacją temperatury w kolorze miętowym ( znajdziecie go tutaj KLIK) to komfort przy parzeniu herbat, gdzie nie jest wymagana maksymalna temperatura. Dodatkowym atutem jest dźwięk podczas załączania sprzętu, a także informacja dźwiękowa, gdy nasza woda osiągnęła wymaganą temperaturę.
Mikser planetarny, dla urozmaicenia wybrałam kolor błękitny KLIK, to spełnienie marzeń. Zawsze lubiłam pieczenie, ale teraz jest ona dziesięć razy wygodniejsze. Nie muszę męczyć się z ręcznymi mikserami, wystarczy, że wrzucę odpowiednie składniki i nacisnę funkcje START. Podstawowa wersja miksera składa się z misy (o pojemności prawie 5 l), osłony na misę, haka, mieszadła oraz rózgi. Fantastyczne jest to, że możemy dokupić dodatkowe akcesoria np. maszynkę do makaronu czy mielenia, mocowaną od frontu miksera.

Tło

Kuchnia to nie tylko szafki i sprzęt, ale także całe otoczenie. Podłoga, kafle, oświetlenie, meble towarzyszące- wszystko ma znaczenie. My zdecydowaliśmy się na panele  w całym mieszkaniu (prócz łazienki). Pomysł z kuchnią był ryzykowny, ale póki co się sprawdza i myślę, że do momentu, aż zmywarka nam się nie zepsuje i nie zaleje strefy kuchennej to wszystko będzie dobrze :). Kolor ścian jest taki jak w reszcie otwartej przestrzeni ( jadalnia, salon), czyli biały. Pomiędzy dolnymi a wiszącymi szafkami położyliśmy małe, białe płytki cegiełki. Są proste, bez zaokrąglonych brzegów, co nadaje bardziej nowoczesny charakter.
Co do oświetlenia, wybrałam niebanalną lampę Marjolaine marki Britop. Wybór padł na model czarny, z drewnianymi wstawkami (dąb) i czterema żarówkami. Czerń nawiązuje do sprzętu, a drewno do blatu. Do tego żarówki Edisona i całość wygląda świetnie.
Przy otwartej kuchni ważne są również meble sąsiadujące. Na jednej ze ścian pojawiła się szara komoda z przeszklonymi drzwiczkami (model HAVSTA-IKEA). Wystarczyło kilka dodatków i całość ładnie się komponuje.

Jestem ciekawa, jak podoba wam się nasza kuchnia? Co sądzicie o zastosowanych rozwiązaniach? A jak wyglądają wasze kuchnie? Czy po pewnym czasie byście coś zmienili? A może w tym momencie marzycie o nowej kuchni? Jak będzie ona wyglądać? 

 

Sypialnia : scandinavian boho style #czterykątyitaraspiąty

Nie mogłam się doczekać, aż wam pokażę sypialnię. To jedno z tych pomieszczeń, które ukończyliśmy najwcześniej, ale wciąż brakowało nam dodatków, żeby wnętrze dopełnić. Dalej jestem zdania, że jeszcze minie sporo czasu, aż sypialnia wypełni się wszelkimi detalami, ale już teraz mogę pokazać Wam efekty naszej pracy.

Po pierwsze: wygoda!

Głównym meblem jest oczywiście łóżko postawione w centralnej części pokoju. Wynajmowanie mieszkania przez kilka miesięcy utwierdziło mnie w przekonaniu, jak ma wyglądać. Przez 4 miesiące użytkowaliśmy łóżka z metalowym zagłówkiem. Koszmar. Za każdym razem, gdy chciałam poczytać książkę czy po prostu wygodnie usiąść pod kołdrą, musiałam ustawiać piramidę poduszek. Dlatego moim głównym celem było znalezienie łóżka z materiałowym, grubym zagłówkiem. 

Wybór padł na markę Comforteo. Jeśli zaglądacie do nas regularnie to pewnie kojarzycie wpis Mamy z metamorfozą mojego pokoju panieńskiego również w roli głównej z jednym z łóżek Comforteo.  Jeśli nie, to koniecznie wejdźcie tutaj KLIK i zobaczcie efekty sesji.

Dlaczego akurat to łóżko? 

Tak jak wspominałam, po pierwsze liczy się dla nas wygoda. Materiałowy zagłówek w 100% nam to gwarantuje. Oczywiście jest też kwestia materaca, ale pozwólcie, że ten rozległy temat będziemy poruszać innym razem.
Po drugie, ujęła mnie możliwość spersonalizowania łóżka totalnie pod nasze potrzeby i gust. Wybór padł na model Unity (klik) w rozmiarze 160cm x 200cm ze srebrnymi nóżkami. Po przejrzeniu kilku próbek materiału, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Bergamo 91. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć dokładnie jaki splot oraz odcień ma tkanina. Nam zależało, aby był to beż z lekką domieszką szarości.


Po trzecie, ogromny pojemnik na pościel. Wyobraźcie sobie, że na ten moment w mieszkaniu mamy tylko jedną szafę,a dzięki temu rozwiązaniu nie mamy problemu z przechowywaniem. Skrzynia jest podzielona na dwie części, dzięki temu np. w jednej możemy przechowywać tekstylia a w drugiej (tylnej) ubrania i akcesoria przeznaczone na inną porę roku.
Nie bez znaczenia jest także wygląd mebla. Bałam się, że spory zagłówek, materiałowe obicie, rozmiar łóżka, to wszystko sprawi, że na środku pokoju stanie nieproporcjonalny kolos. Całe szczęście były to tylko bezpodstawne obawy panikary. Łóżko wpasowało się idealnie, a my jesteśmy zachwyceni naszym wyborem.
I po piąte, składanie łóżka może być naprawdę błyskawiczne. Bartek złożył je samodzielnie w niespełna 1,5 h! Nie wiem, ile razy wycierał sobie pot z czoła i z jaką prędkością obracał się wokół własnej osi…Ale, gdy otrzymałam zdjęcia gotowego łóżka, myślałam, że oczy wyjdą mi z orbit. Z jednej strony uderzyła mnie szybkość Bartka, a z drugiej widok łóżka, które było dokładnie takie, jakie sobie wyśniłam (i zamówiłam). Człowiek żyje na tym świecie prawie 30 lat, ale dalej nie dowierza, że wystarczy kilka kliknięć i do domu dociera idealny mebel. Wow!

Aby przybliżyć wam samą bryłę łóżka, zobaczcie jak ono wyglada w wersji bardziej saute. Łóżko nie jest„ciężkie”, idealnie wpasowuje się do wnętrza sypialni. No i tkanina- ładnie koresponduje z podłogą. O takim efekcie marzyłam!

Co zrobić ze starą szafą?

Projektując sypialnię mieliśmy na uwadze, że na jednej ze ścian stanie duża szafa, praktycznie pod sam sufit (a sufity mamy wysokie tj. 270 cm!), dlatego powstała tam wnęka, aby w miarę możliwości schować w niej mebel. Do dyspozycji mieliśmy starą szafę, pojemną, w kolorze naturalnego drewna, ale z koszmarnymi frontami w kolorze wenge. Początkowo nie chciałam jej widzieć w ogóle w naszym nowym M, następnie chodziła mi po głowie wymiana drzwi…aż wreszcie uznałam, że przemaluję fronty na biało. Chociaż sporo godzin spędziłam z farbą i wałkiem w ręce, to było warto. Wymieniłam jeszcze uchwyty na skórzane, aby nawiązywały do komody. A jak wam się podoba efekt końcowy?

Dodatki

Na pierwszy plan wchodzi oświetlenie. Lubię tworzyć nastrój, szczególnie w sypialni. Wiele razy opowiadałam wam, jak ważne są dla mnie lampy (nawet w logo Sisters About mamy lampę!), więc byłam bardzo podekscytowana ich wyborem. Na lampę sufitową wybrałam czarną lampę Eclat (pieszczotliwie nazywaną przeze mnie pająkiem) z dużymi żarówkami, które dają ciepłe światło. Zadbałam jeszcze o mniejsze punkty świetlne i sznur żarówek, który zawiesiłam na drewnianym wieszaku.

Aby było skandynawsko, ale też trochę boho zrobiłam makramowe piórka, a także upolowałam większą makramę, którą zawiesiłam na ścianie.

Co więcej? Poduszki, pledy – to wszystko tworzy klimat w naszej sypialni.

Jestem bardzo zadowolona z efektu końcowego. To jest sypialnia, o której marzyłam. Neutralne barwy, drewno, makramy, a na środku najwygodniejsze łóżko świata. Czujemy się tu świetnie!
Dajcie znać jak wyglądają Wasze sypialnie. Wolicie stonowane kolory czy może odważnie decydujecie się na czerwień, granat czy fiolet w swoich wnętrzach? Jestem również ciekawa waszego zdania na temat naszej sypialni. HOT or NOT?

Podróżowanie w ciąży

Na pewno znacie powiedzenie „ciąża to nie choroba”. Wiele w tym prawdy, jeśli nasza ciążą faktycznie przebiega bezproblemowo i zdrowo. Jednak nie zgodzę się z opinią, że w ciąży można robić wszystko to, co do tej pory. Zawsze z tyłu głowy powinna nam przyświecać myśl, że pod sercem nosimy małą istotę, kompletnie zależną od nas. Sporo emocji wywołuje u przyszłych mam podróżowanie. No właśnie, jak to jest? 

Czy można latać samolotem w ciąży?

Zacznijmy od najcięższego kalibru, czyli latania samolotem. Nie jestem wielkim podróżnikiem, ale kilka razy do roku zdarza mi się wsiąść na pokład. Uwielbiam latać, bardzo podoba mi się atmosfera na lotnisku oraz ten dreszczyk emocji, który chowa się za każdą podróżą.

Będąc na początku drugiego trymestru, postanowiliśmy polecieć na kilka dni do Aten. Gdy w Polsce rozpoczynała się jesień na całego, nam zamarzyło się słońce. Moja ciąża przebiegała prawidłowo, więc wiedziałam, że teoretycznie nie powinno być żadnych problemów. Umówmy się też, że jestem przyzwyczajona do 2-4 godzinnych lotów, ale z pewnością nie zdecydowałabym się na dłuższy lot, np. do Stanów. Nie wiem jak „normalnie” zniosłabym taki długi lot, a tu dochodzi jeszcze kwestia ciąży.

O czym warto pamiętać przed wejściem na pokład

Dwa dni przed wylotem, udałam się do mojego lekarza, aby potwierdzić, że mogę lecieć. Ciąża to specyficzny stan i czasem wystarczy kilka godzin a sytuacja zmienia się diametralnie. Doktor dał zielone światło. Z uwagi na to, że brzuszek jeszcze nie był widoczny, nie wzięłam żadnego zaświadczenia od lekarza. Ale pamiętajcie, że warto mieć taki dokument, bo niektóre linie lotnicze go wymagają. Przed wylotem, należy także sprawdzić przewoźnika, bo każde linie lotnicze mają własne obostrzenia. Czasami latanie samolotem jest możliwe wyłącznie do 32 tygodnia, nawet jeśli mamy ważne zaświadczenie od doktora.

Chociaż nasza podróż przebiegła gładko, warto pamiętać o ubezpieczeniu. Niedawno przytrafiła mi się przykra sytuacja (całe szczęście byłam na miejscu, a nie w podróży) i trafiłam na kilka dni do szpitala. W takich przypadkach sprawdza się też posiadanie numeru telefonu bezpośrednio do naszego lekarza prowadzącego. Szybka konsultacja telefoniczna nie tylko może nam pomóc w kryzysowych momentach, ale także podnieść na duchu, bo w końcu kontaktujemy się z osobą, której powierzamy ciąże.

W ciąży nie wolno dźwigać ciężkich rzeczy, a walizka bezapelacyjnie się do nich zalicza. Przyznam się, że mi było trudno, bo podróżowałam z małą walizeczką (bagaż podręczny), ale i tak Bartek pilnował mnie, abym nic nie podnosiła. Gdy podróżujecie w pojedynkę, nie krępujcie się i proście o pomoc napotkanych ludzi.

Ciążowe przywileje

Podejrzewam, że łatwiej jest, gdy brzuszek jest już ładnie zarysowany, ale nawet jeśli nie widać, że jesteście w ciąży-nie bójcie się o tym informować. Podczas stania w kolejce do odprawy, podchodziłam do obsługi i powiadamiałam o swoim stanie. Zawsze pytano mnie, który to tydzień, a następnie przepuszczano bez kolejki.

Sprawdza się to też na miejscu. Stojąc w ogromnej kolejce, aby zwiedzić Akropol podeszłam do okienka grzecznie prosząc Pana, który właśnie miał kupić bilety, czy mogę wejść przed nim z uwagi na mój stan. Nigdy nie usłyszałam słowa sprzeciwu, a umówmy się, że czasami kilkunastominutowe stanie w słońcu potrafi być męczące, nie tylko na finiszu ciąży.

Podróżowanie na co dzień

Nie trzeba wybierać dalekich destynacji, aby mówić o podróżowaniu. Wybranie się na wycieczkę w góry albo do rodziny też warto zaplanować. Przede wszystkim, musimy pamiętać o wygodzie. Jestem wielką zwolenniczką obcasów, ale wiem, że jeśli w planie mam długą jazdę samochodem bądź spacer to stawiam na wygodne buty. Również pamiętajmy o stroju. Począwszy od wygodnej bielizny (nie wiem dlaczego, ale w ciąży wszystko bardziej uwiera…) a na kurtce kończąc. Zważając na zimno, które jest za oknem, staram się ubierać na cebulkę. Obowiązkowo zarzucam także szal, który w podróży może posłużyć też jako poduszka pod plecy. I torebka, najlepiej na długim pasku, abym mogła ją przerzucić przez ramię, co dostarcza dodatkowego komfortu.

Detale

Jeśli czeka mnie dłuższe wyjście z domu, staram się zadbać o siebie szczególnie. Wiadomo, kobiety w ciąży są bardziej wrażliwe, więc aby uniknąć krokodylich łez zerkając przypadkiem w swoje odbicie w witrynie sklepowej, mam swoje patenty. Po pierwsze, nie zakładam „byle czego” tylko chcę czuć się dobrze w ciuchach, które mam na sobie. Po drugie, makijaż. Mówcie co chcecie, ale róż czy rozświetlacz potrafi zdziałać cuda. Dlatego nie zapominam o tych kosmetykach również w wersji „na wynos” do torebki. Po trzecie, pielęgnacja. Dobry krem do rąk czy balsam do ust też zawsze mam przy sobie.  I ostatnie: przekąska i coś do picia. Gdy jadę autem, najczęściej jest to kubek termiczny z gorącą herbatą, który dodatkowo rozgrzewa, gdy za oknem robi się coraz chłodniej.

Jakie są wasze doświadczenia w ciąży? Aktywnie podróżujecie czy wolicie zostawać w domu? Może macie jakieś sprawdzone triki na przyjemniejszą podróż? 

Wymarzona łazienka w stylu skandynawskim #czterykątyitaraspiąty

Mogę spokojnie przyznać, że najbardziej wyczekiwanym przez was pomieszczeniem w projekcie MISJA:Cztery kąty i taras piąty jest łazienka. Wciąż zadawaliście pytania, jak idą prace, jak wygląda nasza łazienka i czy w ogóle mam zamiar ją pokazać. Wiem, że musieliście długo czekać, ale uwierzcie, że wykończenie i przeprowadzka nieco się wydłużyły, a to bezpośrednio rzutuje na publikację wpisu. Teraz nadeszła pora odkryć karty!

Od początku trzymałam się założenia, że pomieszczenie to ma być utrzymane w klimacie skandynawskim . Jednak, zależało mi na tym, aby łazienka była ocieplona dodatkami. „Zimne”, zabudowane pokoje kąpielowe podobają mi się na zdjęciach, ale nasza łazienka miała też spełniać inne zadania.

Cechy idealnej łazienki

Rozmiar ma znaczenie

Oprócz tego, że miała być po prostu ładna i cieszyć oko, zależało nam, aby była względnie duża. Co to dla nas oznacza? Ma się zmieścić wanna oraz pralka. Musi się  też znaleźć miejsce do przechowywania łazienkowych przydasiów. Dużym ułatwieniem był dla nas fakt, że mogliśmy zaprojektować swoje cztery kąty od podstaw. My decydowaliśmy jaki metraż będzie miała łazienka, gdzie znajdą się wszelakie podłączenia etc. Zrealizowaliśmy nasz plan w 100%. Mamy wannę, którą możemy wypełnić ciepłą wodą z mnóstwem piany. Na środku stoi sporych rozmiarów szafka (80 cm) z dwiema szufladami. Obok pralka oraz kosz na brudną bieliznę.

Oaza relaksu

Łazienka to dla nas oaza relaksu, dlatego zadbałam o dodatki. Przede wszystkim bambusowy blat, który ociepla wnętrze. W niedalekiej przyszłości, również pralka zostanie obudowana bambusem, żeby zachować harmonię. Z tego samego tworzywa udało się nam dobrać regał, który nie tylko ładnie wygląda, ale również jest miejscem do przechowywania dodatkowych ręczników, papieru toaletowego czy kosmetyków. Jeśli mówimy o relaksie to nie możemy zapomnieć o świecach. Po dwóch stronach wanny mamy murki, na których stawiamy nie tylko płyn do kąpieli, ale także świeczki. Zadbałam także o przyjemny zapach, który wydziela się z dyfuzora postawionego na regale.

Łazienkowe zachcianki

Idealna łazienka to też spełnienie swoich prywatnych zachcianek. I tu szczególnie należy wyróżnić trzy: marokańską podłogę, nablatową umywalkę oraz okrągłe lustro. Zachwycam się wszelkimi mozaikami i uważam, że jeśli wybierzemy właściwą kolorystykę oraz wzór to nie ma szans, aby taka podłoga nam się szybko znudziła. Ja postawiłam na zachowawczy miks kolorów: biel, czerń i szarość. Uważam, że dzięki temu łazienka zyskała niebanalny charakter, a ja totalnie przepadłam i zakochałam się w niej po uszy.
Na umywalkę nablatową zdecydowaliśmy się bardzo szybko. Miała być okrągła, średniej wielkości, tak aby po bokach zostało miejsce na mydelniczkę czy szczoteczki do zębów. Efekt dopełniło lustro Cerchio Z od mcjdesign z funkcją podświetlania. To taki skandynawski must have, którego nie mogło zabraknąć w naszej łazience.

Biżuteria łazienkowa

Przy projektowaniu łazienki zwróciliśmy uwagę na detale. Spore oczekiwania mieliśmy wobec biżuterii łazienkowej. Jak może pamiętacie, wybór padł na markę Deante i serię Hiacynt (więcej pisałam o tym tutaj KLIK). Klasyczna forma wymieszana z nowoczesnością spodobała nam się od razu, a jak baterie sprawdzają się w praktyce? Przede wszystkim są po prostu wygodne w użytkowaniu. Dodatkowo,  wielkim plusem jest system eco-click, dzięki któremu zmniejsza się zużycie wody nawet do 30%. Wystarczy podnieść uchwyt do momentu lekkiego oporu, który informuje użytkownika, że przepływ wody osiągnął 50% maksymalnego wypływu. Podniesienie uchwytu wyżej (usłyszymy kliknięcie) sprawi, że woda popłynie maksymalnym strumieniem. Na komentarz zasługuje również (na pierwszy rzut oka niepozorna) słuchawka natryskowa. Drobnych rozmiarów, prostokątna. Bałam się, że przez jej lekkość będzie skutkować brakiem stabilności,a tu niespodzianka. Idealnie trzyma się uchwytu, nie wypada i jest bardzo poręczna, lekka.

A dlaczego nie…?

Nie zdecydowaliśmy się na dwie umywalki? Mieszkając z rodzicami, w jednej z łazienek były dwie umywalki. I wiecie, że nie przypominam sobie ani jednej sytuacji, gdzie obie były używane jednocześnie? Dlatego nie widziałam sensu, aby na siłę upychać dwie miski. W sytuacji kryzysowej możemy spokojnie umyć zęby w jednej umywalce 🙂

Nie mamy suszarki? Początkowo chciałam dwa sprzęty: pralkę oraz suszarkę, ale musiałyby stać w jednej kolumnie, a ten układ nie bardzo mi odpowiadał. Natomiast do opcji 2w1 byłam nieprzekonana. Wiele osób odradzało ten rodzaj sprzętu argumentując, że ubrania nie są dobrze wysuszone albo po prostu się niszczą. Być może w przyszłości zdecydujemy się na pralko-suszarkę, bo sterta mokrych, dziecięcych ubranek nas przerośnie, ale na ten moment musimy sobie poradzić z samą pralką.

Nie mamy uchwytu na papier? Daleka jestem od wiercenia w kaflach, bo często powstałe dziury są „na zawsze”. A po drugie, u nas kilka rolek papieru znalazło miejsce na murku, nad geberitem, a reszta zapasów schowała się w koszu, w regale.

Jestem ciekawa, co sądzicie o naszej łazience. Może nurtują was jakieś pytania z serii „A dlaczego nie…?, o których zapomniałam wspomnieć? Na koniec, kilka informacji : co i gdzie można kupić 🙂 

lustro: mcjdesign ( model: Cerchio Z)
baterie: dealte (seria: hiacynt)
szafka pod umywalkę: Ikea (model Godmorgon)
regał: Ikea (model Ragrung)
wanna: Riho (model Julia)
umywalka: Ikea (model Tornviken)
zapach z dyfuzorem: Homla
płytki podłogowe: Codicer 95 Jaan 25×25 cm
organizer na płatki kosmetyczne: Jysk
kosz na brudną bieliznę: Jysk

Domowe biuro #czterykątyitaraspiąty

Od dwóch tygodni mieszkamy w Mysłowicach. Bez żalu przeprowadziliśmy się z naszego wynajmowanego mieszkania w Katowicach, w którym zatrzymaliśmy się 4 miesiące. Tutaj przeczytacie więcej o naszym katowickim epizodzie KLIK.

Przeprowadzka

A jak jest teraz? Spokojnie! Chociaż mieszkamy na obrzeżach miasta, to do centrum Katowic mamy 10 minut. To dla nas fantastyczne rozwiązanie. Na codzień otulamy się spokojem, z dala od zgiełku miasta, a jednak jeśli chcemy wyskoczyć do ulubionej knajpki czy spotkać się ze znajomymi-nie ma problemu, wskakujemy do samochodu i za kilka minut jesteśmy na miejscu. Dobre jest też to, że w Mysłowicach nie jesteśmy „odcięci” od świata i nawet bez samochodu zrobimy zakupy w pobliskim markecie, pójdziemy do kościoła, czy w przyszłości zaprowadzimy dziecko do przedszkola czy szkoły.

Od teraz będę was sukcesywnie bombardować kadrami z nowego mieszkania. Powoli kompletujemy meble i dopieszczamy nasze cztery kąty dodatkami. Chociaż jeszcze poszukujemy stołu do jadalni oraz krzeseł, to kącik gabinetowy jest praktycznie skończony. Jak wygląda? I dlaczego w ogóle powstał?

Gdzie znalazło się miejsce na gabinet?

Cztery kąty i taras piąty to 75metrowe mieszkanie w nowym budownictwie. Oprócz sypialni, pokoju dziecka oraz łazienki, resztę mieszkania zajmuje open space. Otwarta przestrzeń została podzielona na strefy: przedpokój, kuchnię, salon, jadalnię oraz kącik gabinetowy. Chociaż sam gabinet znajduje się we wnęce, postanowiłam wyróżnić go również kolorem. I tak, jedna ze ścian została pomalowana na kolor pudrowego różu. Oprócz tego, głównym meblem jest duże biurko (150 cm), wsparte na funkcjonalnej szafce oraz na tzw. koźle. Dzięki temu, oprócz miejsca na dokumenty, znalazło się także miejsce na drukarkę. Obok stanął regał-drabinka od naszedomowepielesze (klik). A dodatki? Pudełeczka, skrzynki, świeczki, organizery – wszystko to jest w kolorze białym, czarnym, złotym, srebrnym oraz drewnie. Pewnie zastanawiacie się, jak można połączyć srebro ze złotem? Osobiście uwielbiam tę kombinację. Dlatego druciany organizer (klik) nad biurkiem również jest w kolorze złotym.

Z problemów z którymi musieliśmy się zmierzyć to okna które są z dwóch stron kącika gabinetowego. Wychodzą one na taras, i jeszcze pracując przy biurku to za sobą mam pola i nikt nie będzie mnie podglądać…ale z lewej strony mamy sąsiadów. Nie chciałam robić tam firan, bo uważam, że i tak by się nie sprawdziły, dlatego postawiłam na drewniane, białe żaluzje (klik)  Strzał w 10! Nie dość, że ładnie wyglądają, to nie muszę martwić się o prywatność.

Po co to wszystko?

Pewnie zastanawiacie się po co w ogóle ten kącik gabinetowy? Już tłumaczę. Dla mnie biurko to bardzo ważny element. Praca zawodowa umożliwia mi częstą pracę z domu, dlatego perspektywa spędzenia 8h na kanapie z komputerem nie wygląda dla mnie dobrze. Lubię mieć swoją przestrzeń biurową, a nie leżeć wygięta na kanapie. Poza tym, blog. Bądź co bądź, ale pisanie wpisów, obrabianie zdjęć czy odpisywanie na wasze wiadomości również zabiera sporo czasu. Oczywiście, czasem biorę komputer do łóżka i pracuję spod koca, ale na dłuższą metę taka aktywność nie jest zbyt efektywna.

Zawsze marzył mi się taki gabinet. Z dużym biurkiem, miejscem do przechowywania, ładnie zaaranżowaną przestrzenią. Kąt jest na tyle szeroki, że planuję jeszcze go z czasem zmodernizować i postawić obok coś w stylu leżanki. To dobry pomysł, jeśli podczas długiej pracy przy biurku chcemy sobie zrobić chwilę przerwy i zrelaksować. Wszystko przed nami. Nowy dom to nieskończona ilość włożonej pracy ( i pieniędzy:)), ale już teraz nasze cztery kąty wyglądają dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Totalna metamofroza sypialni

łóżko : comforteo.eu

Dosłownie przebierałam nogami, żeby znowu coś pozmieniać w panieńskim pokoju Marceliny. Biorąc pod uwagę, że kanapa, która tu stała dosłownie się zarwała…wiedziałam, że zmiany są nieuniknione. Kanapa swoje wysłużyła, bowiem od momentu przeprowadzki do nowego domu (około 15 lat!) była w tym pokoju. Fakt faktem, kilka razy zmieniłam jej pokrowiec. Sami rozumiecie, Marcelina miała w swoim życiu różne etapy, również ten „fioletowy”. Okres ten był bardzo intensywny i poskutkował tym, że jeśli zapytacie się jej jakiego koloru nienawidzi, odpowie bez wahania: fioletu!

łóżko: comforteo.eu

Jak teraz wygląda pokój?

Główną zmianą jest łóżko. Rozkładana kanapa poszła w niepamięć. Teraz na jej miejscu stanęło łóżko marki Comforteo, obite szarą tkaniną KLIK. Znajduje się ono w centralnym miejscu pokoju. Jeśli śledzicie nas na bieżąco, dobrze wiecie, że Marcelina kilka dni temu przeprowadziła się do Mysłowic. Nie jest to jakaś odległość nie do pokonania, ale jednak pewnie będą dni, szczególnie wtedy, gdy Marcelina z rodziną (która na wiosnę się powiększy:)) zawita do nas na weekend i wówczas potrzebne będzie wygodne łóżko.

łóżko: comforteo.eu

Podoba mi się, że mogłam spersonalizować łóżko pod swoje potrzeby. Wybranie rozmiaru ( u nas 160 x 200 cm), tkaniny ( zdecydowałam się na naturalny kolor szarości: Puerto 04), rodzaju nóżek- to wszystko sprawiło, że jestem zadowolona w 100%. Dodatkowo, dobrałam jeszcze pojemnik na pościel, bo miejsca do przechowywania nigdy dość, prawda?

Od razu zamówiłam w Comforteo także materac. Jego wybór nie ograniczał się jedynie do rozmiaru. Ważne było, aby dobrać taki model, który sprawi, że nasz sen będzie spokojny, a kręgosłup odpocznie po całym dniu intensywnej pracy. Ale o tym, jak wybrać odpowiedni materac przeczytacie w kolejnych wpisach.

tkanina: Puerto 04

łóżko: comforteo.eu

Zamówienie internetowe – obawy

Kupowanie łóżka bez jego wcześniejszych oględzin? Brzmi jak szaleństwo. Oczywiście, że się obawiałam rezultatu. Zaczęłam od wyboru rodzaju łóżka.Od razu wpadło mi w oko materiałowe z zagłówkiem z dwóch poduch, ozdobionych przeszyciami. Na stronie znajdziecie je pod nazwą Gabriela KLIK. Kolejnym etapem była decyzja odnośnie rodzaju i koloru obicia. Postanowiłam zamówić kilka próbek. Ważny był dla mnie zarówno sam materiał (struktura), ale również barwa. Po tym wyborze i decyzji w kwestii nóżek, wysokości zagłówka etc., przyszło wyczekiwanie. I to chyba było najgorsze. Bałam się, że skrawek materiału nie spełni moich oczekiwań, gdy zobaczę obicie całego łóżka. Szybko okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Łóżko przyszło takie, jakie sobie wymarzyłam 🙂 Miłą niespodzianką było także to, że złożenie łóżka nie było skomplikowane. Raz i dwa, wspólnymi siłami z mężem postawiliśmy nowy mebel w pokoju.

To nie koniec!

Prócz samego łóżka, które było niewątpliwie największą zmianą, zadbałam o inne detale. Przede wszystkim – biurko. Zdecydowałam się na mniejszy blat. Do pracy wystarczy, a przy tym przestrzeń w pokoju została zachowana. Trochę nowych bibelotów, tkanin i pokój zyskał nowy wygląd. Nie wiem jak wy, ale mi podoba się efekt końcowy bardzo! Jest przytulnie, funkcjonalnie, wygodnie i ładnie.

A co wy sądzicie o poczynionych zmianach? Lubicie takie metamorfozy?

łóżko: comforteo.eu

Jestem w ciąży- i co teraz?

Ci z Was, którzy obserwują nas na instagramie (KLIK) już wiedzę, że…spodziewam się dziecka 🙂 To niesamowita radość! Już nie mogę się doczekać nowej roli, w której przyjdzie mi się spełnić. Póki co, spokojnie podchodzę do tematu i nie rzucam się na dziecięce ubranka czy też nie przewijam stron w internecie w poszukiwaniu nowej fury (znaczy się wózka) dla dziecka 🙂
Jednak dzięki temu nabrałam odwagi, aby poruszyć bardzo ważny temat. Temat, który chodził mi po głowie od dawna, ale myślę, że dopiero teraz jestem gotowa, aby o tym napisać.

Ciąża

Od kilku lat spadał na mnie deszcz pytań: kiedy, kiedy, kiedy. Jedni podpytywali nieśmiało, prawie szeptem, z ciekawości. Inni, Ci bardziej pewni, głośno potrafili zapytać w towarzystwie. Bez krępacji, bez wrażliwości, bez kultury.

Co ważne, nigdy nie było dobrej odpowiedzi. Każdy argument mógł zostać obalony. Nauka? Lepsza praca? Większe mieszkanie? Brak instynktu? Kobieto! Ogarnij się. Od wieków Twoim jedynym i nadrzędnym celem powinno być posiadanie minimum jednego dziecka. I to niezbyt późno, bo wiesz, licznik bije, lata lecą. Przecież nie chcesz być starą matką, prawda?

Uwierzcie, każda kobieta dokładnie wie, kiedy TO ma nastąpić. I żaden argument jej nie przekona, żaden głupi komentarz, żadna wymowna mina. Wiece co? Gdy ja się urodziłam mój Tata miał 30 lat. Wydawało mi się, że to bardzo późno (nawet na faceta!). Iiiii? Są duże szanse, że swoje 30ste urodziny będę świętować na porodówce. Wiele sie zmieniło na przestrzeni lat. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni (ale im wybacza się więcej) decydują się na założenie rodziny wiele, wiele lat później niż to miało miejsce u naszych dziadków czy rodziców. Natomiast w kwestii podejścia społeczeństwa mamy status quo. Niestety.

Rodzina

O ile ja odpierałam komentarze względnie spokojnie, to nie jest to regułą. Nie wyobrażam sobie, gdybym  była w sytuacji, gdy długo staram się o dziecko lub po prostu nie mogę go mieć, a pytania o ciąże wpadałyby drzwiami i oknami. Nie potrafię pojąć bólu, który towarzyszy takim sytuacjom.
Tak, jak napisałam wcześniej. Było mi względnie łatwo, bo przede wszystkim była to moja decyzja o odłożeniu macierzyństwa na później. Ale na pewno łatwiej nie było moim rodzicom. Umówmy się, większość rodziców marzy o tym, aby zostać dziadkami. To taki dziadkowy instynkt, z którym nie wygrasz i na który nie masz wpływu. 

A ludzie potrafią być okrutni. Ile razy robicie zakupy w osiedlowym sklepie mięsnym? Raz, dwa razy w tygodniu? Bądźcie pewni, że tak samo często zostaniecie zapytani „I co została pani babcią?”, ” Jest pan wreszcie dziadkiem?”. Jeśli myślicie, że omijanie sklepów wystarczy to rozczaruję Was. Wizyta u kosmetyczki, zwykły dzień w pracy, poczekalnia u lekarza. Idziecie na spacer i spotykacie dawną znajomą. Już widzicie w jej oczach jak za moment padnie kluczowe pytanie: „Jest pani już babcią?Bo wie pani, moje wnuki mają już 6 lat i 4 miesiące, a drugie wczoraj skończyło 3 latka”. Chciałoby się wykrzyczeć: WIEM. PRZY KAŻDYM SPOTKANIU MI O TYM PRZYPOMINASZ.NIEBAWEM ZJAWIĘ SIĘ NA ICH URODZINACH Z TORTEM.

Pani z warzywniaka, znajoma znajomej, koleżanka. Nie ma reguły. Pytanie pada zawsze. Głęboko wierzę, że wiele osób pytając o ciążę moją, córki czy wnuczki, nie ma złych zamiarów. Po prostu, bezwiednie nawiązuje rozmowę. Lecz musimy pamietać, że nie zawsze w życiu układa się tak jakbyśmy tego chcieli. Na wiele spraw nie mamy wpływu i pewne tematy mogą wywołać smutek. Więc po co? Może lepiej porozmawiać o pogodzie, a nawet polityce, jeśli chcemy doświadczyć większej dozy emocji.

Podzielcie się koniecznie swoimi doświadczeniami. Spotykacie się z presją społeczną? Jak sobie z nią radzicie? A może mieszkacie w dużych miastach, gdzie tego problemu nie ma? Może ludzie ze sobą tyle nie rozmawiają? 

Czy nasze nowe mieszkanie będzie nudne?

Projekt „MISJA: Cztery kąty i taras piąty” trwa i ma się całkiem dobrze. Opóźnienie ze strony dewelopera nie zniechęca nas do działania. Montujemy listwy, wstawiamy drzwi wewnętrzne i zaczynamy meblować. Baaardzo chcemy już być „na swoim”, ale jeszcze musimy wykrzesać z siebie odrobinę cierpliwości.

Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć klimat naszego mieszkania. W niektórych sprawach jestem okropnie przewidywalna i nawet, jeśli sama liczyłam na pewną dozę szaleństwa, to i tak ostatecznie skończyło się na zachowawczych ruchach. Natomiast, są pewne kąty i meble, które pewnie Was zaskoczą (biorąc pod uwagę moją nudną naturę:D). No to zaczynamy!

Biała kuchnia. Znowu biała kuchnia. Wiem, pisałam o moich szalonych planach z szarym kolorem w roli głównej. Ba, były nawet nieśmiałe myśli o czerni, ale skończyło się jak zawsze.

Postawiłam na nowoczesność. Gładkie, matowe fronty, z zabudowaną lodówką, tak aby kuchnia tworzyła spójną bryłę i dobrze komponowała się z otwartym salonem oraz jadalnią ( a nawet gabinetem). Aby ocieplić klimat kuchni, wybrałam drewniane blaty. O tym, czy była to racjonalna decyzja pewnie podzielę się z Wami po kilku miesiącach użytkowania. Czy obawiam się, że blaty nie wytrzymają temperamentnego gotowania? Obawiam się. Ale marzyłam od zawsze o drewnie na blacie, więc nie mogłam inaczej. Sami rozumiecie…

Biel w kuchni ma mnóstwo zwolenników, ale także przeciwników. Są osoby, które mają odruch wymiotny na widok białej kuchni. I wcale się nie dziwię, bo to nic odkrywczego. Ale umówmy się: klasyka to klasyka.
Żeby przełamać anielski klimat  mam zamiar pójść w totalne przeciwieństwo. Czerń. Na pierwszy ogień idzie czarna wyspa, która nie tylko pozwoli na przygotowanie posiłków, będzie dodatkowym miejscem do przechowywania, ale także daje możliwość zjedzenia szybkiego śniadania.
Stół w jadalni ma być względnie duży ( czyli pomieści więcej niż 4 osoby). A przy stole? Mix krzeseł ( formy, kolory), a nawet marzy mi się ława.
Obowiązkowym meblem ma być kredens w ciemnym kolorze. Z ust totalnej przeciwniczki ciemnych mebli może to brzmieć dziwnie, ale naprawdę mam ochotę na kontrast i przełamanie bieli.

Uwielbiam, gdy rano budzą mnie promienie słońca, które wpadają przez okno. Ale umówmy się-nie podoba mi się, gdy sąsiad widzi mnie rozespaną, z cebulą na głowie i w rozciągniętej koszulce. Mieszkanie jest tak usytuowane, że okna z sypialni, gabinetu i pokoju dodatkowego wychodzą centralnie na sąsiadów. Na domiar złego, ta odległość jest serio mała, więc inwigilacja sąsiedzka aka big brother staje się niesamowicie realna. Dlatego szukając funkcjonalnych, ale też ładnych rozwiązań postawiliśmy na drewniane żaluzje.

Nie ukrywam, miałam obawy. Bałam się wymiarowania oraz samodzielnego montażu. I wiecie co? Całkiem niepotrzebnie. Dziewczyny z naszedomowepielesze.pl dokładnie wytłumaczyły, jaki rodzaj montażu będzie w naszym przypadku najlepszy i poradziły, co i jak zmierzyć.
Wybraliśmy żaluzje pod kolor okien. Świetnie wyglądają i już teraz wiem, że spokojnie dodadzą intymności. A jak z montażem? Tutaj pytanie do Bartka, ale z tego co mówił, raz-dwa i żaluzje były gotowe 🙂
Uważam, że to była jedna z najlepszych decyzji. Na początku myślałam, że wystarczą same zasłony oraz firany, ale nie. Nic z tych rzeczy. Nie mam ochoty, aby być ciągle podglądana. Resztę okien mamy z widokiem na pole. Zero sąsiadków, jedynie myszy polne… Ale nie wykluczam, że może i tam z czasem zdecydujemy się na te żaluzje.

O gabinecie już Wam pisałam. Jest to wydzielony kąt ( wcale nie taki mały), otwarty na jadalnię, salon i kuchnię. W przyszłości jest plan, aby wydzielić tu osobny, dodatkowy pokój, ale na ten moment, będzie to przede wszystkim moje królestwo. Tak moje, że musiałam zaszaleć z różową farbą. Dobrze widzicie i czytacie. Jedną ze ścian pomalowałam na kolor pudrowego różu. To chyba największe ścienne szaleństwo, które do tej pory miało miejsce w moim dorosłym życiu ( nie liczę ostrej, amarantowej ściany w moim pokoju, w domu rodziców z czasów licealno-studenckich). Pewnie zastanawiacie się dlaczego akurat róż? To był impuls. Zamówiłam testery kolorów i z czystej ciekawości wybrałam pudrowy róż. Jak nim pomalowałam kawałek ściany, to wiedziałam, że muszę go gdzieś wykorzystać. Nie chciałam katować Bartka różem w sypialni, więc uznałam, że doskonałym miejscem będzie ściana w kąciku biurowym.

Dobrze, już wiecie, że są drewniane, białe żaluzje, różowa ściana, ale co jeszcze? Marzy mi się duże biurko z białym blatem oraz kozłami w kolorze naturalnego drewna. Nad biurkiem zawieszony będzie złoty, druciany organizer od naszedomowepielesze.pl. Obok jakaś biała szafka z szufladami oraz drewniany regał-drabinka również od naszedomowepielesze.pl. Organizer oraz drabinkę zamówiłam razem z żaluzjami i jestem oczarowana. Nie mogę się doczekać, aż mój home office nabierze kształtów ( a w zasadzie mebli) i będę mogła z wielką przyjemnością pisać właśnie tam posty na bloga.

Mówcie mi: TAPECIARA. 20 lat temu w każdym domu była tapeta. Wszystko ociekało tapetą. Nikt nie malował ścian, tylko śmigał do sklepu i wybierał świecące papiery i kleił je na ścianach. Dlatego obiecałam sobie, że nigdy u siebie tego nie zrobię…Ale moda się zmieniła, tapety zyskały nowy wymiar… I zaryzykowałam. W pokoju dodatkowym, na jednej ze ścian położyliśmy (tzn. Bartek i nasz przyjaciel Piotrek :D) tapetę o bardzo nachalnym wzorze. Bałam się, że coś może nie wyjść, że wzór będzie zbyt intensywny, tym bardziej, że tapetę kupiłam w styczniu, wtedy gdy nasze mieszkanie to był jeden, wielki openspace, ledwo zadaszony. Ale udało się. Tapeta idealnie pasuje do podłogi oraz szarych ścian. 

O łazience już kiedyś było. Po krótce, na podłodze położyliśmy marokańską mozaikę, a na ścianie duże, białe kafle. Jeśli nie pamiętacie, to zajrzyjcie do wpisu o biżuterii łazienkowej (KLIK). A co z resztą? Szafka pod umywalkę jest w kolorze delikatnej szarości. Jest pojemna, co było dodatkowym argumentem, aby ją kupić ( 80 cm). Na umywalce położymy bambusowy blat i misę-umywalkę. Oprócz głównego oświetlenia, punktem świetlnym będzie…lustro. Marzyło mi się od zawsze okrągłe, duże lustro. Takie rodem ze skandynawskich katalogów wnętrzarskich. Ale gdy zobaczyłam w sklepie MCJ (klik) podświetlane lustro, to wiedziałam, że muszę je mieć. Wybrałam model CERCHIO (tutaj możecie je zobaczyć KLIK). Czekam, aż tylko deweloper zadba o podłączenie mediów, a wówczas porobię zdjęcia i pokażę Wam całokształt naszych prac 🙂

Jak widzicie, nie zdradzam Wam wszystkich tajemnic. Na to, jak wyglądać będzie salon czy sypialnia musicie trochę poczekać. Jedno jest pewne: łóżko na które się zdecydowaliśmy jest petardą. Oprócz wyglądu, jest też niesamowicie wygodne. Wystarczy na nie spojrzeć, a człowiek już odpoczywa 🙂 Ale o tym niebawem…

Dajcie znać co sądzicie o naszym mieszkaniu. Co Wam sie podoba? A może do pewnych rozwiązań nie jesteście przekonani? Czekam na Wasze komentarze 🙂 

DOMOWA PIZZA – Przepis na najlepszą pizzę

Nie zliczę wiadomości, które wysyłaliście w temacie przepisu na domową pizzę. Wiem, trochę kazałam Wam czekać, ale ostatnio tyle nowości nas spotyka, że nie sposób ogarnąć nawet wpisu. Wracamy na właściwy tor i WRESZCIE podzielimy się przepisem na najlepszą pizzę (nie tylko domową). 

Tak, dobrze czytacie. Ta pizza to nie tylko domowe odkrycie. Wiele miejsc na Śląsku, w Polsce, a także w Europie może spokojnie skorzystać z naszej nietajnej receptury. A że receptura wciąż jest testowana i wzbogacana – nie wykluczone, że i za oceanem zaczną ją stosować :)))

Wszystko zaczęło się od pieca do pizzy Napoli (znowu zmartwię wszystkich poszukujących wpisów sponsorowanych – nie, nie dostałyśmy pieca za free, nikt nam nawet za niego nie zapłacił, ani nie ufundował wycieczki do słonecznej Italii). Zagościł w domu na początku maja i od tego momentu nie ma TYGODNIA bez pizzy. Natomiast są tygodnie, gdzie dzień w dzień serwujemy pizzę (śniadanie, obiad, kolacja-bez znaczenia). Pewnie myślicie, że włoski kawałek chleba z sosem pomidorowym i porcja roztopionego sera może się znudzić? Oczywiście, że nie.

Prawdziwy Włoch nie pogardzi pizzą NIGDY. Prawdziwa Polka z aspiracjami na włoskie korzenie także tego nie zrobi. A dla wszystkich pozostałych, dla których kotlet wygrywa z pizzą w propozycji na obiad, obiecuję, że jeśli zrobicie taką pizzę w swoim domu, to w rozliczeniu miesięcznym dojdzie do (conajmniej) remisu.

Wracając do pieca Napoli. Jego sekret tkwi w tym, że wypieka ciasto w temperaturze 450 stopni    , czego nie jest nam w stanie zafundować zwykły piekarnik . Dodatkowo, kamień, który znajduje się w piecu momentalnie nagrzewa ciasto, dzięki czemu pizza jest chrupiąca i dobrze wypieczona. Plusem jest także dizajn. Piec wygląda ładnie i świetnie prezentuje się na blacie kuchennym.
 Jeśli nie przesadzicie z ilością sera to spokojnie możecie ją włączyć jako posiłek do swojej restrykcyjnej diety. Nie urośnie Wam pupa ani brzuch, a waga nie zacznie skakać drastycznie w górę (przetestowałam na sobie, a dietę wzbogacam jeszcze o solidne porcje makaronu). Rzecz jasna, wszystko z umiarem, i nie mówię tu o sytuacji, że zjecie 10 sztuk na dzień, ale dwie pizze dziennie spokojnie możecie pochłonąć 🙂

Nie przedłużając, łapcie przepis i biegnijcie po składniki. Dziś mamy niedzielę handlową, więc zdążycie zaopatrzyć się w produkty, ale pamiętajcie, że za tydzień już tak łatwo nie będzie 🙂

Przepis:
1 kg mąki 00
650 ml wody
5 g suchych drożdży
20g soli

1. Do miski nalewamy wodę (pokojowa temperatura), dodajemy drożdże oraz sól i wszystko dokładnie mieszkamy.
2. Czekamy 20 minut i małymi porcjami dosypujemy mąkę.
3. Dokładnie wyrabiamy ciasto (ręcznie lub mikserem planetarnym na wolnych obrotach).
4. Miskę szczelnie przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 24 h.
5. Po upływie doby porcjujemy ciasto na 180 a 220 g. Formujemy kulki z ciasta i wkładamy do lodówki .
6. Po wyciągnięciu ciasta z lodówki, musi ono odstać minimum godzinę, aby nabrać temperatury.

UWAGI
1. Ciasto najlepsze jest po wpływie 48h od schłodzenia, ale można je spożywać do około 3 dni od schłodzenia.
2. Nie wałkujemy ciasta, tylko formujemy placek ręcznie.
3. Nie dodajemy cukru.
4. Ciasto musi być szczelnie zamknięte, żeby nie odparowała woda (używamy folii a nie ręcznika).
5. Najlepiej smakuje w piecu do pizzy, ale można też upiec w piekarniku ( w maksymalnej temperaturze) przy użyciu kamienia do pieczenia pizzy.
6. To od Was zależy co położycie na pizzy, a także jak bardzo wypieczone będzie ciasto (jedni wolą bledsze, drudzy bardziej przypalone).
7. Sos, którym posmarujecie pizzę to dobrej jakości passata. Możecie zblendować również pomidory i przyprawić je wedle uznania.
8. Przed włożeniem pizzy do pieca, skraplamy ją oliwą z oliwek ( a także po jej wyciągnięciu z pieca).

Domowe lody & sernik z czekoladą. PROSTO & SZYBKO.

Jestem niecierpliwa. Denerwuję się, gdy zamawiam coś przez internet. Najlepiej, żeby kurier miał swój prywatny odrzutowiec i dostarczył mi paczkę tego samego dnia. Nie lubię czekać. Jeśli coś wbiję sobie do głowy, to muszę to mieć. Nie ma zmiłuj!

Nie jest to cecha, którą lubię się chwalić. Podziwiam osoby, które potrafią każdego dnia zapisywać w kalendarzu swoje plany czy obowiązki. Ja wypełniam kalendarz w trybie turbo. Otwieram i zapisuję krótkimi zdaniami kilka kartek z rzędu, dzięki temu potrafię uzupełnić kalendarz na kolejny tydzień lub dwa. A co potem? Potem rzucam kalendarz do szuflady i zaglądam do niego za kolejne dwa miesiące. Nie mam cierpliwości, aby krok po kroku wywiązywać się z zadań, które sobie przydzieliłam. Wolę spontanicznie odhaczać sobie w głowie to co mam jeszcze do zrobienia.

Wyjątkiem są desery. Tu jestem bardzo dokładna i ze spokojem dodaję kolejne składniki, czekając na pyszne efekty swojej pracy. Lubię też urządzać sobie maratony, gdzie piekę kilka ciast pod rząd i wcale mi nie przeszkadza, że wyłączam piekarnik o 2 w nocy. Cierpliwie przekładam biszkopt kremem i przystrajam tort.

Ale znam Was doskonale i wiem, że nie zawsze macie tyle wewnętrznego spokoju, a także czasu, aby pół dnia spędzić w kuchni. Dlatego mam dla Was dwa proste przepisy. Pierwszy- domowe lody, o których smaku sami decydujecie. Oreo? Snickers? Twix? Proszę bardzo! My postawiliśmy na raffaello oraz snickersa. A drugi? To sernik z czekoladą. Banalnie prosty! Gotowi? Zaczynamy gotowanie!

DOMOWE LODY

Składniki:

-5 żółtek jaj
-250ml mleka 3,2%
-700ml śmietany 30%
-100g cukru
-batoniki, ciastka żeby uzyskać konkretny smak

1. Żółtka ucieramy z cukrem na kogel mogel.
2. Mleko i śmietanę powoli doprowadzamy do zagotowania, mieszając.
3. Trochę gorącego mleka ze śmietana mieszamy z utartymi żółtkami. I ostrożnie dolewamy do reszty mieszanki TAK ŻEBY ŻÓŁTKA SIĘ NIE ŚCIĘŁY!
4. Całość na bardzo lekkim ogniu podgrzewamy, aż zgęstnieje…ciagle mieszamy!
5. Studzimy. Wlewamy do pojemnika w którym będziemy mrozić. Tak otrzymujemy smak śmietankowy. Zanim włożymy lody do zamrażarki musza całkowicie wystygnąć i znowu musimy je dobrze zamieszać ,żeby nie było kryształków lodu. Jeśli chcecie smak twix, snickers, raffaello czy oreo to cząstki batoników wsypujemy do wciąż ciepłych lodów i mieszamy.


SERNIK Z CZEKOLADĄ

Składniki:

na spód:
250g pełnoziarnistych ciastek (owsiane)
50g masła
2 łyżki kakao

masa serowa:
800g twarogu śmietankowego
150ml śmietanki 30%
3 duże jajka
1 szklanka cukru (może być niepełna)
1 opakowanie budyniu waniliowego lub śmietankowego
garść posiekanej, gorzkiej czekolady

polewa:
dwie tabliczki gorzkiej czekolady
50ml śmietanki 30%

1. Ciastka kruszymy, dodajemy miękkie masło i kakao.Zaczynamy miksować do uzyskania kruszonki.
Formę wykładamy papierem. Wsypujemy kruszonkę i szklanką dokładnie ugniatamy dno formy. Formę wstawiamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.
2. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 180stC.
3. Masa serowa: twaróg przetrzeć przez sito lub zmielić 2-krotnie. Twaróg, śmietankę, jajka, cukier, budyń miksujemy razem na gładką masę, wsypujemy czekoladowe kropelki i mieszamy.
Masę serową przelewamy na schłodzony spód ciasteczkowy.
4. Tortownice wstawiamy do piekarnika, pieczemy 10 minut, następnie zmniejszamy temperaturę do 130st i pieczemy jeszcze ok 45 minut, aż środek będzie ścięty.
5. Przygotowanie polewy: śmietanę wlewamy do garnka, dodajemy kostki czekolady i podgrzewamy na wolnym ogniu, aż uzyskamy jednolitą masę. Jak polewa ostygnie, polewamy ciasto i na koniec możemy posypać pokruszonymi ciasteczkami czy położyć ulubione owoce.