Archiwum autora: Sisters About

Misja:Cztery kąty i taras piąty. Nowe mieszkanie!!!

Od pewnego czasu nieśmiało wspominam Wam na instagramie (sistersabout KLIK) o nowym projekcie „Misja:Cztery kąty i taras piąty”. Na naszym profilu pojawiło się zaledwie kilka zdjęć, a otrzymujemy od Was mnóstwo przemiłych wiadomości, że nie możecie się doczekać efektów etc. Nie martwcie się, sama również siedzę jak na igłach, bo jestem ciekawa jaki będzie efekt finalny całego projektu 🙂

OD POCZĄTKU. KILKA SŁÓW O PROJEKCIE

Misja: Cztery kąty i taras piąty to największy projekt, który dotychczas realizowałyśmy. Od A do Z  będziemy przedstawiać Wam, jak powstaje nowy dom. Od placu budowy, prace wykończeniowe, szukanie inspiracji, aż po dopieszczone aranżacje i możliwości, jakie daje nowe miejsce. Chcę, aby cykl wpisów był nie tylko zbiorem potężnej dawki inspiracji dla Was, ale także zbiorem porad. Jakich tematów możecie się spodziewać?

  • Jak dobrać kolor farby do ścian? Czym się kierować przy wyborze i jak korzystać z palety kolorów?
  • Sposób na okna: czyli jak sprytnie (i ładnie!) odgrodzić się od sąsiadów?
  • Sprzęty AGD bez których nie wyobrażamy sobie życia ( + cykl przepisów na pyszne dania i desery).
  • Jak oświetlić swoje cztery kąty? Kilka prostych rad, w jaki sposób upiększyć wnętrze oświetleniem przy zachowaniu najważniejszej cechy: funkcjonalność.
  • System audio Hi-Fi – koniec z obawami każdej pani domu o spójność dizajnu wnętrza.

I wiele, wiele innych!

CZTERY KĄTY I TARAS PIĄTY-DLACZEGO WYBRALIŚMY TĘ INWESTYCJĘ

Oczekiwania mieliśmy ogromne. Były obawy, że niestety nie zdołamy scalić naszych wymagań i będziemy zmuszeni z czegoś zrezygnować. Całe szczęście udało się! Wybraliśmy 75 metrowe mieszkanie w dobrej lokalizacji. Jedynym minusem był czas oczekiwania. Kupując lokum musieliśmy się liczyć z tym, że inwestycja ma status „in progress” i minie kilka miesięcy zanim przejdziemy przez próg z walizkami.

Co sprawiło, że zdecydowaliśmy się na to mieszkanie?

  • Możliwość samodzielnej aranżacji ścian. Do nas należała decyzja, gdzie mają zostać postawione ściany. To my wydzielaliśmy pokoje czy wyznaczaliśmy, gdzie ma być kuchnia czy łazienka. Dało nam to dużo swobody, a także możliwość stworzenia wymarzonego gniazdka wedle własnych potrzeb.
  • Niska zabudowa. Budynek, w którym zamieszkamy składa się tylko z parteru i jednego piętra. Co za tym idzie, pozbywamy się wizji wielkiego blokowiska. Zyskujemy większą kameralność, liczymy też na bardziej rodzinne relacje z innymi sąsiadami.
  • Ogrzewanie podłogowe. Nic tak bardzo mnie nie denerwuje jak wielkie grzejniki np. pod oknem, które ciężko zakryć. Umówmy się: to nie jest pożądany widok. Dlatego ucieszyłam się, że mieszkanie, które wybraliśmy ma ogrzewanie podłogowe na całej powierzchni i wyłącznie w łazience został zawieszony dodatkowy grzejnik.
  • Mieszkanie jest bezczynszowe, a to oznacza, że co miesiąc odchodzi nam przykry obowiązek dokonania przelewu. Chyba nie muszę tego bardziej zachwalać, prawda?:)
  • Ogromny taras! Mieszkanie na parterze odpadało. Nie wiem czemu, ale sceptycznie podchodzę do pomysłu mieszkania na najniższym poziomie. Nie przekonuje mnie nawet wizja posiadania małego ogródka (do którego najczęściej każdy z sąsiadów może mimowolnie zaglądać z okna czy ulicy). Dlatego taras, który ma aż 23m2 przebił wszystko. Dodatkowo, nasze mieszkanie jest usytuowane nie od strony ulicy, a terenu zielonego, więc zyskujemy więcej prywatności. A obserwowanie zmian pór roku przez wielkie okna jest olbrzymim plusem.
  • Lokalizacja. Z jednej strony inwestycja jest usytuowana w spokojnej, zielonej okolicy, a z drugiej…mamy 8 minut do centrum Katowic samochodem. To ważne, jeśli praktycznie każdego dnia trzeba dojeżdżać do biura albo mamy ochotę wyskoczyć do kina czy na zakupy.

Na zachętę mamy dla Was także wizualizacje, abyście mogli śledzić postępy inwestycji.

SKĄD POMYSŁ NA NAZWĘ?

Pewnego dnia siedziałam w bistro mojego przyjaciela. Jadłam pyszną bezę z owocami i zerkałam ukradkiem na rzuty mieszkania. Bistro, o którym mowa to „Cztery kąty i smak piąty” w Katowicach (klik). Spójrzcie na rzut mieszkania… cztery kąty i taras piąty. Teraz już wiecie, skąd wzięła się nazwa naszej MISJI! 🙂

CO TERAZ DZIEJE SIĘ NA BUDOWIE?

Aktualnie trwają prace wykończeniowe. Kafelkowanie łazienki dobiega końca, więc zaraz zabieramy się za kafelki w kuchni. Działamy bardzo intensywnie, żeby szybko się wprowadzić. Dlatego w ciągu dnia krążę między marketem budowlanym, a inwestycją. Szukam najlepszych rozwiązań, ładnego dizajnu. Na ten moment mogę Wam zdradzić jak wyglądać będzie łazienka…Zobaczcie:

W JAKIM STYLU BĘDZIE MIESZKANIE?

W głowie mam mnóstwo pomysłów. Główną wizję mam, natomiast cały czas szukam najładniejszej sofy, dobrej pralki czy kredensu do jadalni. Dlatego dzisiaj jeszcze Wam nie pokaże moodboard’ów z produktami, które znajdą się w naszym mieszkaniu. Ale spodziewajcie się takiego wpisu niebawem, bo projekt wnętrza tworzy się intensywnie 🙂

Jak Wam się podoba nowy projekt „Misja: Cztery kąty i smak piąty” ? Może jest coś, co chcielibyście zobaczyć albo macie pytania w kwestii urządzania wnętrz.

 

Królestwo Bruna. Mieszkanie przyjaciół [4]

Cześć kochani! Powracamy do Was z cyklem postów „Mieszkania przyjaciół”. To nic innego jak zaglądanie do domów naszych znajomych oraz inspirowanie Was nowymi wnętrzami. Dla przypomnienia, do tej pory ukazały się trzy wpisy: Monika- Skandynawski design (klik), Sabina- Przytulny zakątek (klik) oraz Jola-Rodzinna Oaza (klik).

Tym razem, podglądamy mieszkanie Dominiki i Marcina, w którym niebawem pojawi się Bruno. I to właśnie Bruno zainspirował swoich rodziców to niemałej metamorfozy ich domu. Rozpoczęło się niewinnie. Do tej pory niezagospodarowany pokój miał przemienić się w królestwo małego Bruna. Zaczęły się plany, projekty, przeszukiwanie internetu w celu znalezienia wymarzonego łóżeczka, ozdób czy wózka. I myśl: a może zrobić lifting całego mieszkania? Skończyło się na malowaniu, lekkiej zmianie kolorystyki i wymianie niektórych mebli. Efekt? Znakomity! Wchodząc do mieszkania Dominiki i Marcina od razu zauważymy, że mieszkanie jest spójne. Kolor żółty jest wiodącym akcentem w sypialni i pokoju Bruna. Bazę stanowi biel oraz szarość z ciemniejszymi dodatkami.

Pewnie domyślacie się, że inicjatorką wszystkich zmian była Dominika? Faktycznie tak było, ale Marcin włożył mnóstwo pracy, aby mieszkanie wyglądało pięknie. Cierpliwie malował ściany, skręcał meble i zawieszał dodatki. Wszystko po to, aby ich maleństwo, które niebawem przyjdzie na świat miało najpiękniejszy pokój. Dominika skupiła się na DIY (zrób to sam). Dzięki temu w ich mieszkaniu znalazły się własnoręcznie wykonane m.in. pompony, plakaty, łapacz snów czy chmurki zawieszone nad łóżeczkiem Bruna. Widać, że przyszli rodzice włożyli mnóstwo pracy, ale dla takiego widoku było warto!

Zaraz pewnie przejdziecie do oglądania zdjęć, dlatego śpieszę z informacją, że mieszkanie zajmują jeszcze dwaj lokatorzy. Kevin (Ragdoll) oraz Misiek (Święty kot birmański). Kto to taki? To dwa koty, które z wielką przyjemnością pozowały do zdjęć 🙂

Nie przedłużając – zapraszamy Was na room tour! Dajcie koniecznie znać jak Wam sie podoba! 🙂

Naklejki (kropki) nadały charakteru asymetrycznej ścianie.

Mommy bag czeka spakowana na TEN dzień.

Na zdjęcia załapał się również wózek marki Cybex. 

W sypialni, ściana za zagłówkiem została pomalowana na ciemniejszy kolor. Dzięki temu w sypialni coś się dzieje, a łóżko na jej tle bardziej się oznacza.

Kuchnia jest otwarta na salon. Dominice i Marcinowi udało się połączyć te dwa pomieszczenia. Nowoczesna kuchnia z drewnianym blatem ładnie nawiązuje do przytulnego salonu, w którym pojawiła się nowa, szara sofa. Wcześniej stała tu beżowa, z eko skóry. Bez wątpienia obecna aranżacja wygląda o niebo lepiej!

Las w słoiku to nowe „dzieło” Dominiki. Prawda, że świetnie wygląda?

Minimalizm: tradycyjny czy totalitarny? Do której grupy należysz?

Od kilku lat obserwuję modę na minimalizm. Poradniki piętrzą się na sklepowych półkach i krzyczą do nas nagłówkami typu: Zredukuj swoją szafę lub Potrzebujesz tylko 2 par spodni i 3 koszule. Nie mogę opisać słowami… jak bardzo to do mnie nie przemawia.

Wydaje mi się, że samo pojęcie „minimalizm” zyskało przynajmniej dwa odłamy. Mianowicie, wyróżniłabym minimalizm tradycyjny oraz totalitarny. Czym one się różnią? Do której grupy się zaliczam? A może nie mam nic wspólnego z popularnym ostatnio minimalizmem? 

Kiedyś nikt się nie zastanawiał nad formą minimalizmu. Ludzie dzielili się na tych, którzy mają mało rzeczy i na tych, którzy się nie ograniczają w pozyskiwaniu nowych dóbr. Obecnie sprawa się skomplikowała. A to wszystko za sprawą dwóch (mam wrażenie-wojujących ze sobą) grup.

Minimalizm tradycyjny to ten, który znamy od lat. W tej grupie są osoby, które nie lubią gromadzić bibelotów, ubrań i innych, wszelkiego rodzaju pierdół (potocznie nazywanych gadżetami). Drugi team jest bardziej restrykcyjny. Filozofia minimalizmu totalitarnego zakłada ciągłe dążenie do ograniczania się pod względem ilości. Bardzo popularne są akcje, których celem jest pozbycie się np. ubrań, tak aby cała garderoba składała się z max. 30 sztuk. Motto jest proste: maksymalnie ogranicz swój pociąg do ubrań, mebli, bibelotów, gadżetów etc.

Przerażeni? Ja tak. Szczególnie, gdy podpatruję wszystkie tego typu „ograniczające” akcje w mediach społecznościowych. Patrząc na moje upodobania przez pryzmat minimalizmu totalitarnego, spokojnie mogę stwierdzić, że żadna ze mnie minimalistka. Mało tego, uciekam od takich akcji daleko, aby przypadkiem w zasięgu mojego wzroku nie pojawiła się publikacja zachęcająca do tak drastycznych zmian.

Z drugiej strony, nie gromadzę rzeczy. Tutaj dobrym przykładem jest moja garderoba. Chyba nie jestem typową kobietą, bo z dużą dozą pewności mogę stwierdzić, że ja zawsze mam się w co ubrać. Czy to oznacza, że moja szafa zajmuje jeden wielkich pokój i można w niej znaleźć 40 sukienek czy 50 par szpilek? Nie! Ale mam dwie zasady: lubię mieć wybór, dlatego w swojej garderobie mam kilka par szpilek, nie ograniczam się do jednej pary adidasów, mam z 10 sukienek letnich i kilka par spodni. Lubię też torebki i nie wstydzę się, gdy dobieram je do każdej stylizacji a nie biegam po mieście z jedną sztuką przez kilka lat. Druga kwestia to porządki. Średnio 3 razy do roku robię gruntowny przegląd szaf. Jeśli w czymś nie chodziłam w poprzednim sezonie to nie ma zmiłuj- taka rzecz wylatuje z mojej garderoby na zawsze. 

Jest jednak coś co nie przechodzi przez moją selekcję NIGDY. Co to takiego? Książki. Lubię jak się piętrzą na regale i nie wyobrażam sobie, żebym miala się ich pozbyć. Każda z pozycji, która leży na półce łączy się z jakąś historią. Jedną zabrałam na wyczekane wakacje, drugą czytałam podczas pisania pracy magisterskiej, a jeszcze inną kupiłam, gdy czekała mnie długa podróż pociągiem. Mam do nich sentyment. Usprawiedliwiam się tym, że czasem jestem „przyjacielską biblioteczką”, bo znajomi chętnie przypatrują się zbiorom i pożyczają książkę.

Minimalizm? Hit czy kit? Lubicie kontrolować ilość rzeczy w szafie czy macie naturę zbieracza? Uważacie, że faktycznie obecnie mamy do czynienia z dwoma odłamami minimalizmu, a może to tylko brednie i tak na prawdę nie widzicie różnicy pomiędzy tym co było kilka lat temu? Dajcie znać, do której grupy się zaliczacie!

Ściskam!

Marzec w obiektywie. 03/2018

Każdego roku wyczekuję aż rozpocznie się marzec. Kojarzy mi się on z początkiem wiosny, zrzuceniem ciężkich, zimowych ubrań, a także z naszymi urodzinami. Bowiem zarówno Mama jak i ja świętujemy w marcu. Z tą różnicą, że Mama ten okres rozpoczyna (zodiakalna rybka), a ja kończę (baran ze mnie:)) W tym roku marzec okazał się dość intensywny. Wyjazdy, spotkania ze znajomymi, nawet na blogu pojawiło się aż 6 wpisów. To co? Jesteście ciekawi, co się działo w marcu?

W pierwszej połowie miesiąca pojechałyśmy do Poznania na targi wnętrzarskie. Mnóstwo wystawców, pięknych mebli, uroczych dodatków i energetycznych spotkań. Miałyśmy okazję zobaczyć nowe kolekcje marek, które dostępne będą na rynku dopiero za kilka miesięcy. I juz teraz możemy Wam zdradzić, że w sklepach znajdziecie na prawdę świetne rzeczy.

Ale od początku. W Poznaniu spędziłyśmy aż 3 dni. Podróż ze Śląska nie należy do krótkich, ale ten kto nas zna ten wie, że przemieszczanie się nie stanowi dla nas problemu. Raz dwa pakujemy walizki i wybywamy.
Do Poznania jechałyśmy w 3, razem z Zoyką i również w tym składzie zakwaterowałyśmy się w apartamencie na starym mieście. Rozmawiałyśmy do późna, zajadając pyszne ciasto marchewkowe, którym ugościła nas Zoyeczka 🙂
Kolejny dzień rozpoczął się intensywnie. Z samego rana wyruszyłyśmy na targi, aby pojawić się na śniadaniu prasowym, aby porozmawiać z dyrektorami imprez : Natalią Tarachowicz (Home Decor), Małgorzatą Czubak (Arena Design), Józefem Szyszką (Meble Polska). Potem czekało na nas bieganie po stoiskach w poszukiwaniu inspiracji. Późnym popołudniem wróciłyśmy do pokoju, ale tylko na chwilę, bo w planach miałyśmy Domówkę organizowaną przez markę VOX.

Drugi dzień rozpoczął się także w biegu. Tym razem, śniadanie prasowe marki Black Red White i odwiedzanie kolejnych stoisk. Klasycznie, stoisko Belldeco ugościło nas rześkim prosecco i przemiłym towarzystwem. Atrakcją były dla nas warsztaty z zapachu prowadzone przez jedynego, polskiego senseliera- Martę Siembab. A wszystko działo się w stresie strefie blogerów wnętrzarskich Bloggers Zone. Dziewczyny jak zawsze dały radę i urządziły przestrzeń wedle najnowszych trendów. Ula, Dagmara, Kasia, Ania, Marta – świetna robota! 

Drugą noc w Poznaniu spędziłyśmy w innym miejscu. Nie byłoby w nim nic spektakularnego, ale antresola, jak i sam układ małego mieszkania urzekł mnie do potęgi! Cała przestrzeń została urządzona w przytulnym klimacie w towarzystwie cegły, drewna i jasnych kolorów. Niestety nie zobaczycie tego na zdjęciach, ale łazienka została ukryta za przesuwnymi drzwiami, a jej środek na pierwszy rzut oka był bardzo minimalistyczny. Jednak pod płytami skryły się pojemne szafki, które nie zabierały miejsca. A Wy jesteście zwolennikami antresoli? Macie je w swoich domach?

Nie mogło zabraknąć urodzinowej Mamy 🙂 

Jezeli szukacie miejsca w Katowicach, gdzie można dobrze zjeść i nacieszyć oko, to właśnie znaleźliście. Cztery kąty i smak piąty to miejsce, w którym zjecie pyszny lunch, spotkacie się ze znajomymi, skosztujecie pysznego deseru. Polecam! 

A teraz hit marca! Obudowa na laptopa, w formie naklejki, która może być także kompatybilna kolorystycznie z etui na telefon. Oprócz klasycznych marmurków, czy motywu dżungli, w mojej kolekcji znalazła sie także różowa, kwiatowa, w totalnie wiosennym klimacie. Sami zobaczcie…lubicie takie gadżety ( bądź co bądź- funkcjonalne, bo chronią sprzęt:)) czy nie zwracacie na takie rzeczy uwagi? Dla chętnych – tutaj możecie je zamówić Caseapp KLIK.

W marcu udało mi się złapać samolot do Palermo na Sycylii. Potrzebowałam kilku dni, aby naładować się energetycznie i wejść z przytupem w wiosenne obowiązki. Dobrze wiecie, że Italia to moja niezmienna miłość i zawsze, gdy tam jadę, to jestem pewna, że na miejscu zastanę pyszne jedzenie, świetną atmosferę i dobrą pogodę.

Nie będę Wam opowiadać, co warto zwiedzić, bo do bloga podróżniczego mi zbyt daleko, ale śmiało mogę Wam polecić stronę weekendowi.pl, gdzie znajdziecie cenne rady pt. co/gdzie/za ile. KLIK.

Będąc w Palermo, musiałam pojechać do Cefalu. To nadmorska miejscowość, do której warto się udać, tym bardziej, że pociągiem jedziemy niecałą godzinę. Widoki cudowne. Domyślam się, że w sezonie plaża jest tłumnie zajmowana przez turystów, natomiast o tej porze roku turystów praktycznie nie było. 

A co się działo na blogu w marcu? Sami zobaczcie, jeśli coś Wam umknęło. Teraz jest najlepszy moment, żeby nadrobić zaległości.

1.Moje TOP 9 przyjemnego podróżowania KLIK.

2. Relaks przy lampie – wiosenna odsłona mojego salonu KLIK.

3. Wielkanoc – moment przesilenia fizycznego czy rodzinny spokój? KLIK.

4. Moja słabość – gdy jeden kosz to zdecydowanie za mało KLIK.

5.Aranżacja pokoju dla dzieci KLIK.

6. Rozmowy (nie)kontrolowane. Sisters About ujawniają prawdę o sobie KLIK.

Wielkanoc – moment przesilenia fizycznego czy rodzinny spokój?

Cześć! Kochani! Mamy to! Święta tuż tuż,  a to zwykle oznacza wielkie porządki. Dobrze mnie znacie i wiecie, że lubię mieć wszystko ogarnięte z wyprzedzeniem. Dlatego u mnie w domu prace świąteczne zakończyły się jakiś czas temu. Okna umyte, porządki w szafach zrobione.

Ale nie to chciałabym Wam przekazać dzisiaj. Często słyszę jak chęć perfekcyjnego przygotowania świat przesłania czerpanie radości z kilku dni wolnego. Nie ma nic gorszego jak gotowanie przez cała noc, sprzątanie do upadłego, tylko po to, aby przez kolejne dni siedzieć zmęczonym przy stole i nie mieć ani chęci ani energii na rozmowy z rodzina.

Warto to wypośrodkować. Zadbać o czystość, o dobre wypieki, ale we wszystkim zachowywać umiar. Rodzina nie pogniewa sie, jesli okna nie bedą blyszczesc a na stole pojawi sie tylko jedno ciasto.

A jak jest u Was? Spokojnie podchodzicie do świątecznych przygotowań czy może chcecie sie wykazać na 120%? Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam na kilka wielkanocnych kadrów. Ewelina

Relaks przy lampie – wiosenna odsłona mojego salonu

Cześć Kochani! Czujecie już wiosnę? Na dworze robi się coraz to cieplej, więc zadbałam, aby w naszym domu również pojawiły się wiosenne akcenty.

Mój salon ciągle przechodzi mini metamorfozy. Sama zmiana koloru poduszek, pledów czy bibelotów potrafi zdziałać cuda. Róż i niebieski odstawiłam chwilowo na rzecz ciepłej żółci. Nastroju dodaje trójramienna lampa. Uwielbiam usiąść wygodnie w fotelu i przeglądać czasopisma wnętrzarskie, dlatego lampa oprócz tego, że ładnie wygląda to jeszcze umila mi czas podczas czytania.

A mówi się, że papier wychodzi z mody… Powiem Wam szczerze, że przeglądanie inspiracji w internecie jest szybkie i wygodne, ale jednak wolę wziąć do ręki gazetę i strona po stronie wertować artykuły. Macie podobnie? Kupujecie jeszcze prasę czy przerzuciliście się tylko na strony www? Ściskam!

ps. Uprzedzając pytania, lampa którą widzicie na zdjęciach pochodzi ze sklepu Britop Lighting (klik) 🙂

Moje TOP 9 przyjemnego podróżowania

Wiele osób mówi, że lubi wyjeżdzać na wakacje, ale nienawidzi się pakować. Całe szczęście nie mam z tym problemów i potrafię sprawnie spakować się na wyjazd. Nie zawsze tak było i wiele razy popełniłam kilka gaf, np. w podróż na Kretę zabrałam największą z możliwych walizek i spakowałam do środka wszystkie swoje letnie ciuchy. W rezultacie, prócz ciężkiej walizki, która była większa ode mnie, udało mi się wykorzystać 1/5 zabranych ubrań…

1.Zabieram maksymalnie mało ubrań, aby zmieścić się do bagażu podręcznego, który mogę zabrać na pokład samolotu.

Bez znaczenia, czy pakuję się na dwa dni czy 8, zawsze staram się zmieścić do małej walizki. Gdy wyjeżdżam na dwa tygodnie, również zabieram minimalną ilość ubrań. Jak to zrobić? Wystarczy przed wyjazdem dobrze zaplanować, co chcemy zabrać. Najłatwiej jeśli będziemy trzymać się jednej gamy kolorystycznej, wówczas mamy gwarancję, że każda rzecz zmiksowana z drugą będzie do siebie pasować. Staram się nie brać np. ulubionej różowej bluzy, jeśli wiem,że wyłącznie do jednej pary jeansów będzie mi pasować.

2. Podróżuję najczęściej w adidasach.

Dlaczego? Po pierwsze, buty sportowe to must have nawet podczas biznesowych wyjazdów. Wieczorne zwiedzanie albo przeprawa przez pół miasta jest o wiele wygodniejsza w adidasach. Po drugie, obuwie sportowe zajmują zwykle najwięcej miejsca walizce, więc wolę je mieć na sobie, a wolne miejsce w walizce spożytkować na dodatkową parę spodni.

3. Zawsze zabieram szpilki.

Nieważne czy to wyjazd służbowy czy przeprawa przez Maroko – zawsze jedną parę szpilek muszę mieć w torbie. Czasem wypadają nam niezapowiedziane kolacje, bankiety, koncerty. A kobieta od razu ma +10 punktów, gdy założy szpilki nawet do zwykłych jeansów. Przynajmnie taka kobieta, która uwielbia obcasy 🙂

4. Zabieram tylko najlepsze kosmetyki.

Porównując kosmetyczki koleżanek, mogę śmiało stwierdzić, że i tak nie mam ich zbyt wiele. Jednak mimo to, ograniczam ich ilość do minimum i zabieram tylko te, które lubię najbardziej. Jeden podkład, bronzer, paletka cieni, tusz do rzęs, szminka, błyszczyk to wystarczy! Dodatkowo, nie ruszam się bez Nuxe (TUTAJ go polecałam KLIK). To suchy olejek do ciała, który świetnie mieni się na skórze nie tylko odbijając promienie słoneczne, ale również podczas wieczornej kolacji. Nie zapominam także o higienie i w bocznej kieszonce torebki mam zawsze żel lub chusteczki antybakteryjne.

5. Używam wersji MINI.

Ulubiony szampon przelewam do przezroczystych buteleczek (100ml), a krem przekładam do mniejszego opakowania. Dzięki temu nie tylko nie mam problemu wybierając bagaż podręczny ( w takim bagażu jest limit na przewożenie płynów; max 100ml na jedną buteleczkę), co więcej zyskuję miejsce w walizke. Podobnie z demakijażem. Wybieram chusteczki do demakijażu a waciki wraz z płynem miceralnym zostawiam w domu. Co jeszcze? Mini pasta do zębów, odżywka do włosów etc. Dobrze, że artykuły „do samolotu” są łatwo dostępne i znajdują się na jednej półce w praktycznie każdej drogerii.

6. Torebka

Na podróż wybieram plecak lub większą torebkę. Ważne, aby pomieściły ksiażkę, dokumenty, pomadkę nawilżającą czy telefon. Ale nie zapominam o mniejszych torebkach, które łatwo upchać w walizce, a potrafią dopełnić stylizację.

7. Maluję paznokcie lakierem hybrydowym.

Aktualnie nie wyobrażam sobie życia bez hybryd, które wprost uwielbiam. Ale swego czasu praktykowałam wyłącznie, gdy wybierałam się w podróż. To niesamowity komfort, gdy zapominasz o malowaniu paznokci na 2 tygodnie. Nie stresujesz się, że na płytce paznokcia zrobi się odprysk ani nie marnujesz czasu w przerwie na lunch na zadbanie o swój manicure.

8. Organizacja w kosmetyczce.

Wyznaję zasadę grupowania przedmiotów. Nie lubię wrzucać wszystkiego chaotycznie do walizki. Zaplątany zasilacz od laptopa pomiędzy prostownicą a paczką chusteteczek to nie na moje nerwy. Mam dwie większe kosmetyczki. W jednej przechowuję elektronikę ( ładowarki, powerbanki, dodatkowe wtyczki, pendrive etc.) a w drugiej kosmetyki. Mam też przezroczystą saszetkę, gdzie przechowuję leki (tabkletki przeciwbólowe, na gardło, coś na przeziębienie, witaminy etc.). To również wymóg na lotnisku, aby w łatwy i przyjemny sposób przejść kontrolę bezpieczeństwa.

9. Jestem przygotowana na każdą pogodę.

Zależy kiedy wybieramy się w podróż, ale polecam zawsze być przygotowanym na zmianę pogody. Pamiętam jak bedąc w Mediolanie, gdzie każdego dnia było 16-17 stopni, jednego dnia spadła drastycznie temperatura do 7. Nie pomagał też silny wiatr oraz deszcz. Ratowałam się jak mogłam, nawet kupiłam grube skarpety i longer, aby ubrać się „na cebulkę”. Teraz bez wahania wrzucam do walizki lekką czapkę, szal którym mogę „przykryć się” w samolocie, okulary słoneczne (nawet, gdy zapowiadają deszcz), a także wspomniane wcześniej longery, czyli cienkie bluzki z długim rękawem, które swobodnie mogę ubrać od sweter.

A wy macie swoje sprawdzone sposoby, aby podróżować komfortowo? A może nie zwracacie uwagi na ilość walizek i pakujecie wszystko tak, aby czuć się komfortowo i mieć możliwosć dużego wyboru ubrań oraz dodatków? Dajcie znać 🙂

Moja słabość – gdy jeden kosz to zdecydowanie za mało

Mam nadzieję, że pierwsze zdjęcie Was nie przestraszyło… Jeśli zastanawiacie się kto jest właścicielem tej kolekcji ( a to nie wszystko!) to chyba najwyższa pora, aby się przyznać. JA. To ja uwielbiam kosze.

Nawet nie wiem na kiedy datować początek mojej słabości. Odkąd pamiętam, w moim domu zawsze było ich sporo. Początkowo ceniłam w nich funkcjonalność, a z czasem odkryłam, że świetnie wyglądają ot tak, po prostu. Co w nich chowam? Pledy, czasopisma, paski, biżuterię… W zasadzie wszystko może znaleźć swoje miejsce w koszu. 

Marcelina często się śmieje, bo na pytanie ” Co chciałabyś dostać na urodziny” nieśmiało odpowiadam ” Może kosz?”. Oczywiście przeważnie nie mam na co liczyć, bo córa mdleje na usłyszane słowo „kosz”… A przecież każdy ma swoje słabości. U mnie zdecydowanie są to kosze. U Marceliny? Uwielbia błękitne koszule albo ciuchy z motywem w paski. Nie wspominając już o torebkach czy butach… Ale ciii 🙂

Jestem ciekawa czy Wy również macie swoje słabości, na które wydajecie zaoszczędzone pieniądze? Otwieramy pokój zwierzeń! 


Aranżacja pokoju dla dzieci

Rodzice Karola (prawie 4 lata) oraz Mikołaja (ponad roczek) od pewnego czasu planowali totalną metamorfozę pokoju dziecięcego. Dla większego komfortu, zamienili się pokojami. Pokój dziecięcy zrobili w dawnej sypialni, a sypialnię przenieśli do mniejszego, wcześniej dziecięcego pokoju.

Ale to dopiero początek tej metamorfozy. Zmieniło się wszystko: kolorystyka, układ, meble. Rodzicom od początku zależało, aby pokój był z mocnym akcentem kolorystycznym. Wybór padł na niebieski. Możecie pomyśleć, że to banalne rozwiązanie…ale nie w tym przypadku. Oprócz niebieskiego, który gra główne skrzypce, w pokoju jest dużo bieli z szarymi i czarnymi akcentami, co dodaje wnętrzu charakteru.

Efektem „wow” jest tu niewątpliwie tapeta w gwiazdy (znajdziecie ją tutaj: tapetuj.pl KLIK).Nie wiem czy tylko ja mam takiego bzika na punkcie tapet, ale wręcz uwielbiam, gdy jedna ze ścian w pokoju jest pokryta ciekawym wzorem. Do tego rozkładane, białe łóżko, bo niebawem młodszy syn „wyprowadzi się” na stałe od rodziców. W pokoju chłopców pojawiły się także modne meble z miejscem na przechowywanie oraz rysowanie. Całość została uzupełniona o geometryczny dywan oraz grafikami, które spersonalizowały wnętrze. Dodatkowo, półki na ścianach, na których zarówno Mikołaj jak i Karol mogę eksponować swoje najlepsze książeczki.

Jak możecie zobaczyć, w pokoju jest sporo zabawek, które mimo wszystko znalazły swoje miejsce i dzięki temu widać, że pokój „żyje”.

Jestem ciekawa jak Wam się podoba dziecięcy pokój. Jak aranżacje pokoju dla córki czy syna wyglądają w Waszych domach? Wolicie stonowane wnętrza czy może lubicie jak jest kolorowo? A może to dzieci mają główny wpływ na wystrój ich pokoju?

Wybrałam dla Was kilka wzorów tapet, które wpadły mi w oko. Na ten moment mogę Wam zdradzić, że jeden z poniższych wzorów za jakiś czas również pojawi się w naszym projekcie 🙂 A wszystkie tapety (i wiele jeszcze innych) znajdziecie na stronie tapetuj.pl.

ROZMOWY (NIE)KONTROLOWANE. Sisters About ujawniają prawdę o sobie.

Zawsze akcentujemy jak bardzo jesteśmy podobne. Lubimy pokrewne wnętrza, kupujemy identyczne ciuchy, śmiejemy się z podobnych rzeczy. Ale nie zawsze jest tak kolorowo. Są kwestie, które nas diametralnie dzielą. Serio. Tych różnic nie da się przeskoczyć. Jedne są zabawne, drugie irytujące. Przygotowałyśmy dla Was 4 tematy z serii ROZMÓW (NIE)KONTROLOWANYCH. Luźne dialogi, które pokazują nasze prawdziwe oblicze. Sami zobaczcie…

Skarpety – wojskowa precyzja czy artystyczny nieład?

Ewelina: Pamiętam jak byłaś nastolatką i wiecznie szukałaś skarpetki do pary…
Marcelina: Mamo, minęło ile? 10 lat? I tu się nic nie zmieniło!
E: Żartujesz? U mnie zawsze skarpety są poskładane.
M: U mnie też są poskładane, ale w kulki.
E :Pamiętam jak raz otworzyłam Twoją szafę. Tam nie tylko skarpety były „w kulkę”.
M: Tak! Też to pamiętam. Wmawiałam Ci kiedyś, że to tylko artystyczny nieład i dzięki temu wyrażam siebie.
E: I z tego co widzę, dalej wyrażasz siebie…
M: Nie wiem po kim to mam…Ale już straciłam nadzieję, że cokolwiek w mojej szafie będzie tak idealnie ułożone jak Twoje skarpetki. 
E: Nie przesadzaj, czasem masz porządek.
M: Tak, przez chwilę. Do momentu, gdy nie otworzę szafy i nie zacznę się zastanawiać w co się ubrać. Dziwnym trafem, łatwiej mi przeglądać ubrania, gdy przelatują obok i lądują na podłodze…Mało tego! Ty dzień wcześniej jesteś w stanie przygotować ubrania, w których wyjdziesz następnego dnia. U mnie to nie przejdzie. Nawet jeśli to zrobię, to rano wstanę i uznam, że mam ochotę założyć coś zupełnie innego…
E: Z Ciebie to jest artystka…

Kremowa inwazja vs. ciasteczkowy potwór

Marcelina: Dla Ciebie Mamo ciasto ma sens jak jest z dodatkiem kremu.
Ewelina: Bezy, ptysie, eklerki, torty…Mhhmmm
M: W cukierni zachowujesz się jakbyś podejmowała życiową decyzję. 
E: Nie każdy ma takie dylematy jak ty: pączek z różą czy czekoladą.
M: Nie mów, bo serniczkiem nie pogardzę…
E: Widocznie swój limit kremów już wykorzystałaś. Pamiętam, że jako dziecko wyczekiwałaś urodzin, bo zawsze był tort. A z tortów wyjadałaś sam krem. Mało tego, jak już kremu nie było, to potrafiłaś wziąć kostkę masła i zjeść. Musiałam Cię kontrolować, żebyś nie wyjadła wszystkiego.
M: Coś w tym jest! Bo teraz, gdy jem tort to najbardziej lubię biszkopt!
E: Dobrze, że dalej pieczesz swoje kremowe ciasta, a nie przerzuciłaś się na sam biszkopt z owocami…Przynajmniej sobie pojem…

Upadły kwiat vs. ogrodnik amator

Marcelina: Ugotuję, ciasto upiekę, pranie zrobię, posprzątam…ale o kwiatka nie zadbam.
Ewelina: Nie jestem wybitnym ogrodnikiem, ale nie znam drugiej takiej, co tak wykończy każdą roślinę.
M: Ale się staram…
E: Jak ktoś się stara to kwiaty podlewa…
M: Ale ja podlewam! Pamiętasz jak mocno podlewałam sukulenty? Aż zgniły.
E: Zawsze byłaś skrajna. Albo podlewasz za bardzo albo nie podlewasz wcale.
M: Mhmm…
E: Pamiętam jak raz przyszłam i zauważyłam, że znowu wykończyłaś wszystkie rośliny w mieszkaniu. A ty z euforią pochwaliłaś się, że jedną sztukę na balkonie uratowałaś. Spojrzałam na balkon i faktycznie przez kilka sekund podziwiałam to cudo…aż się nie zorientowałam, że to sztuczny kwiat…
M: Z roślinami u mnie kiepsko…ale czasem potrafię się poświęcić. Przypomnij sobie historię jednego kwiatka. Pilea, którą przywiozłam z Wrześni w małym woreczku od Marty. Przez całą drogę w pociągu uważałam, żeby nic jej się nie stało.
E: A ja o nią zadbałam już na miejscu. Wniosek? Musimy działać w duecie!:) Podobnie jest, gdy wyjeżdzasz na wakacje. Zamiast chociaż przed wyjazdem wysilić się i podlać kwiaty, to ty zostawiasz je już przesuszone.
M: …bo wiem, że przyjdziesz i je podlejesz. To tak odnośnie działania w duecie:) 

Filiżanka vs. kubek

Marcelina: Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego zawsze w prezencie chcesz kubek, a pijesz kawę z filiżanki?
Ewelina: To proste. Kubki kolekcjonuję, a filiżanek używam. 
M: Ale kubki są wygodniejsze, często bardziej pojemne. Zdecydowanie wolę kawę pić z kubka.
E: A ja lubię wypić kawę z klasycznej, białej filiżanki i podziwiać kolekcję moich kubków.
M: Przypomina mi się kwestia z butami. Ja też wolę chodzić w jednych, a gromadzić w szafie nowości. 
E: Coś jednak mamy ze sobą wspólnego. Lubimy gromadzić ulubieńców i ich podziwiać.
M: Mamo, ale to głupie… Ha, ha, ha…

Teraz wiecie o nas nieco więcej niż wcześniej. Jesteśmy ciekawe do kogo Wam bliżej? Do kremowej Eweliny czy biszkoptowej Marceliny? A może bliższa jest Wam wojskowa precyzja Eweliny albo artystyczny nieład Marceliny? To co? Kto jest w #TEAMEWELINA a kto w #TEAMMARCELINA