Archiwum autora: Sisters About

Dobre nawyki, które uszczęśliwiają na co dzień

Codzienne rytuały

Odkąd pamiętam Mama mówiła mi, że siedzenie w domu nie oznacza, że mam leżeć w spranym dresie, z nieświeżymi włosami. Wracam myślami jak sama, każdego ranka, starannie układała włosy, malowała rzęsy czarnym tuszem i zakładała wyprasowaną, zwiewną sukienkę. W codziennym rozgardiaszu, między gotowaniem zupy, a robieniem prania, zawsze znajdowała czas na chwilę dla siebie. Parząc kawę zastanawiała się, w którym kubku ma ochotę ją wypić. A później rozkładała się wygodnie na kanapie, wertując ulubione czasopismo. Ktoś powie „ Na litość boską! Ale po co?”. A ja wiem po co. Te codziennie rytuały sprawiały, że moja Mama była zawsze uśmiechnięta, bo szukała radości nawet w najdrobniejszych czynnościach. I tak jej zostało do teraz. Do dziś zdarza mi się przyłapać ją, jak siedzi przy filiżance gorącej kawy i zajada się ciastem z bitą śmietaną.

Urlop?

Teraz szczególnie biorę sobie do serca rady Mamy. Pogodzenie opieki nad małym dzieckiem, pracy oraz ogarnianie domu (potocznie zwane urlopem macierzyńskim) jest nie lada wyzwaniem. Dodatkowo, wszystkie czynności w większości wykonujemy w domu, więc można się nieźle rozleniwić, a cenny czas może przelać się przez palce w tempie błyskawicy. Chociaż czasami, po nieprzespanej nocy, nie mam najmniejszej ochoty na ogarnianie siebie, to wiem, że jak się doprowadzę do ładu, będzie mi łatwiej.

Rozpieszczaj się i spełniaj marzenia

Dbam też o takie drobnostki jak np. celebrowanie posiłków. Z rana mam najwięcej energii, więc to do śniadań pałam największym sentymentem. Nieważne czy to miseczka z płatkami musli i mlekiem, czy jajecznica, bo forma podania jest niebywale ważna. A od niedawna rozpieszczam siebie jeszcze bardziej. Zawsze marzyła mi się przepiękna porcelana. Oczami wyobraźni widziałam jak układam ją starannie na półkach wielkiego kredensu i wyglądam ukradkiem przez okno starej kamienicy parząc herbatę. I wyobraźcie sobie, że sen o klasycznym komplecie porcelany się ziścił. Biała zastawa delikatnie przyozdobiona złotą lamówką z kolekcji MariaPaula Klasyka Złota Linia prezentuje się fenomenalnie. Chociaż cieszy oko wyeksponowana za szybą komody w centralnym punkcie mieszkania, to zdecydowanie mi to nie wystarcza. Sięgam po nią nie tylko od święta, ale także w zwykłe dni, szczególnie, gdy zapowiada mi się sporo pracy przed komputerem. I za każdym razem cieszy mnie dotyk tego tak delikatnego przedmiotu – doceniam klasyczny kształt, jasną biel i subtelne, złote zdobienie. Wiecie, że to prawdziwe złoto, w dodatku ręcznie nakładane? Wyobraźnia zawsze podsuwa mi obraz artysty- złotnika cierpliwie malującego cieniutkim pędzelkiem równe, złote linie na kolejnych filiżankach i miseczkach… I tak jest w istocie. Artystki z fabryki porcelany faktycznie ręcznie nakładają złoto malując złote paseczki. Filiżanka gorącej kawy lub herbaty, a do tego ulubione gofry z owocami skruszone cukrem pudrem – i nawet zwykła chwila zamienia się w małe święto 🙂

Ważne są małe rzeczy

Nikt mi nie powie, że małe rzeczy nie mają znaczenia. To właśnie one kreują naszą rzeczywistość. Zdecydowanie jestem bardziej produktywna, gdy otaczam się ładnymi przedmiotami, a wokoło panuje względny porządek. Często obok mnie leży moja mała córeczka, spoglądając na to co robię niewinnie się uśmiecha. Jestem pewna, że historia się powtórzy i tak jak ja po swojej Mamie, tak ona po mnie odziedziczy dobre nawyki. Za 30 lat to Klara będzie mnie przyłapywać, gdy korzystając z chwili wytchnienia będę popijać herbatę w swojej ulubionej, porcelanowej filiżance…

Processed with VSCO with a4 preset

Najszybszy sposób na zmianę aranżacji

Ostatnio szturmem ruszyłam na nasz dom, trzymając pod ręką stos ramek i plakatów. Miesiąc temu odświeżaliśmy wnętrze malując ściany i przedstawiając niektóre meble. Czyste, dziewicze ściany wołały do mnie każdego dnia, abym coś z nimi zrobiła. A co się sprawdza w takich sytuacjach najlepiej? Plakaty!

Dlaczego plakaty są fajne?

No właśnie, dlaczego plakaty są fajne? Dla mnie to możliwość spersonalizowania wnętrza, a także szybki sposób na jego zmianę. Wystarczy kilka ramek i już! Swoje plakaty wybrałam w większości w sklepie BlueBird Design. Natura, motywy urbanistyczne, botanika, typografia to tylko namiastka tego, co możecie tam znaleźć. Jesteście ciekawi jakie plakaty wybrałam do salonu, sypialni, korytarza, domowego biura i jadalni?

Salonowy misz-masz

W salonie zaszalałam na całego, bo o ile w innych pomieszczeniach delikatnie podchodziłam do wbijania gwoździ, to tutaj mnie (a w zasadzie mojego męża po moich namowach) poniosło 🙂 Stworzyłam mini galerię, gdzie pojawiły się nie tylko plakaty, ale też rodzinne zdjęcia.

Jadalniana stagnacja

Cały czas się zastanawiam, co tu zrobić. Cyklicznie zmieniam koncepcję nad komodą. Wisiały nad nią różne półki, a teraz zdecydowałam się rozłożyć plakaty bezpośrednio na blacie, a taże na podłodze. Usunęłam też materiał z szyb w komodzie, dzięki temu mogę wyeksponować bardziej moje skarby.

Sypialnia

Tutaj także położyłam ramę na komodzie. Lubię wiszące galerie na ścianie, ale czasem właśnie mam ochotę na coś mniej zobowiązującego. Taką ramę z plakatem mogę dowolnie przestawiać bez ryzyka pozostawienia dziury po gwoździu.

Domowe biuro

W panieńskim pokoju Marceliny jest miejsce do pracy. Po prawej stronie stoi otwarty regał, ale miałam problem z lewą częścią. Cały czas czegoś mi brakowało. Jak wypełniłam tę lukę? Wielkim plakatem przedstawiającym mapę Warszawy. Według mnie idealnie wpisuje się w klimat domowego biura.

Babski korytarz

Nie przypominam sobie, żebym wcześniej Wam pokazywała nasz korytarz na piętrze. Może dlatego, że nic szczególnego w nim nie widziałam? Teraz nieco się tutaj zmieniło, bo zawiesiłam grafiki przedstawiające kobiety. Jeden motyw na takiej przestrzeni to był strzał w dziesiątkę. Nagle korytarz zrobił się „jakiś”. Jak Wam się podoba?

Plakaty, które wykorzystałam:

Mapa Warszawy – klik
Kobieta Bunny Hat – klik
Palma – klik
Kwiat Simplicity – klik
Kobieta Woman- klik
Kobieta Sleeping beauty- klik
Litera K – klik
Napis „Happy place” – klik
Ręcę „better together” – klik
Kwiaty na ciemnym tle: klik

Mój rytuał picia kawy w najlepszej porcelanie

Ludzie podobno dzielą się na tych, którzy lubią herbatę oraz na tych, którzy wolą kawę. Nie inaczej jest w mojej rodzinie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że rytuał picia kawy i herbaty – wedle upodobań – jest na stałe wpisany w pejzaż mojego domu. Każdy ma swój ulubiony kubek bądź filiżankę i tak spędzamy czas rozmawiając czy też grając w karty. Wszyscy siadamy wokół okrągłego stołu częstując się domowym ciastem (tak tak, ciasto koniecznie musi być).

Często, gdy biorę w rękę filiżankę z herbatą (czasami z kawą), dopadają mnie wspomnienia. Przymykam oczy i widzę taki obrazek: ja i moi kuzyni, jeszcze w „krótkich spodenkach”, ganiamy się po mieszkaniu denerwując przy tym resztę towarzystwa. Ale gdy padała groźba „Uspokójcie się albo nie dostaniecie ciasta” nagle zwalnialiśmy i nie w głowie były nam szaleńcze rajdy między stołem a meblościanką. Gorzej, gdy już wypchaliśmy swoje dziecięce brzuszki słodkościami, wówczas żadna groźba czy kara na nas nie działały.

A właśnie, wspomniałam Wam o meblościance. Kultowy mebel gościł praktycznie w każdym domu. Znacie kogoś kto poszedł własną drogą i poczuciem stylu, i z niej zrezygnował? Szczerze mówiąc – ja sobie nie przypominam. W pamięci za to mam bardzo ładną (jak na owe czasy) meblościankę mojej chrzestnej Jadwigi. A w pierwszym rzędzie na półkach miała wyeksponowaną swoją najładniejszą porcelanę. Sama zwykle przyznawała, że wprost uwielbia każdego ranka wybierać sobie inną filiżankę i popijać w niej kawę. Sprawiało jej to niebywałą radość. Bo muszę powiedzieć, że w mojej rodzinie porcelana zawsze była nie tylko wyposażeniem kuchni ale i nieodłącznym atrybutem spotkań – i tych wielkich uroczystości rodzinnych, i tych codziennych, jak plotki z przyjaciółką przy kuchennym blacie. Porcelanę po prostu używaliśmy i cieszyliśmy nią oczy przy każdej nadarzającej się okazji.

Coś chyba w tym jest, że „dziedziczymy” cechy po naszych chrzestnych, bo ja to zamiłowanie do otaczania się piękną porcelaną właśnie mam po mojej chrzestnej Jadzi. Nawet Marcelina śmieje się, że gdy pyta co mi się marzy w prezencie na urodziny czy też inną okazję, ja zazwyczaj wskazuję nowe kubki,  filiżanki, dzbanuszki… Początkowo każdy załamywał ręce. Mąż – bo gdzie będziemy to wszystko przechowywać, córka – bo jak można zawsze przychodzić w urodziny z ceramiką, koleżanki – czy nie nudzą mi się te wszystkie ekspozycje i jak daję sobie radę z kurzem, który namiętnie się na nich osadza. A mi nigdy dość!

Tym razem chciałabym się wam pochwalić najnowszą zdobyczą: kompletem polskiej porcelany MariaPaula z kolekcji Nova. To elegancka zastawa o nowoczesnym kształcie, która przyciąga swoją prostotą – czyli to co lubię najbardziej. Wygodne uchwyty, ładnie zarysowana linia rantu czy harmonijny dizajn – to wszystko zadecydowało o wyborze tej właśnie kolekcji. Na pierwszy rzut oka wydaje się skromna i klasyczna, jednak gdy przyjrzeć się bliżej, widać jej elegancką formę, pięknie wyprofilowane uszka filiżanek czy wysmukłe kształty czajniczka. Sami zobaczycie na zdjęciach, że komplet prezentuje się bajkowo i idealnie wpisuje się w klimat mojego wnętrza. Nie mogę się doczekać, gdy zaproszę całą rodzinę na obiad i zaserwuję im dania na nowej zastawie. Wnętrza przecież to nie tylko meble czy dodatki, ale też akcesoria, a ja przywiązuję do nich ogromną wagę.

Uwielbiam też sama siadać przy stole z filiżanką dobrej kawy (czasem herbaty 😊 ) w towarzystwie ciasta. Może wynika to z moich wspomnień z czasów dzieciństwa, a może po prostu – tak jak kawa i ciasto – jest to połączenie idealne. A skoro już jesteśmy przy ciastach: mam kilka sprawdzonych przepisów, ale zdecydowanie numerem jeden jest sernik. To taki klasyk, który przewija się przez wszystkie spotkania rodzinne, większe imprezy itp. Z mojego przepisu wychodzi ciasto bardzo zbliżone do smaku tego sernika z dzieciństwa, który pamiętam u mojej Mamy. Zwykle dodaję do niego jakieś owoce, a wierzch smaruję polewą czekoladową. I wiecie co? Gdy planujemy rodzinne spotkanie, to moja Mama szepcze mi do ucha: „Ewelinko, weź upiecz ten Twój sernik”. Uśmiecham się wtedy pod nosem, bo jaki to mój sernik? Przecież to przede wszystkim smaki mojego dzieciństwa 🙂 Jeśli macie ochotę na kawałek serniczka to poniżej znajdziecie przepis.

Sernik ( okrągła forma o średnicy 22-24 cm)

Składniki:

– 125 g masła
– 650 g twarogu (zmielonego)
– 5 dużych jajek
– 220 g drobnego cukru
– 3 łyżki kaszy manny
– 1 budyń śmietankowy (opakowanie)
– 1 cukier waniliowy (opakowanie)
– pół szklanki śmietanki 36%
– pół szklanki bakalii

Przygotowanie:

Masło ucieramy w misce do puszystości. Dodajemy porcjami twaróg, ucierając. W osobnym naczyniu ucieramy jajka z cukrem do białości. Dodajemy to do masy serowej i delikatnie miksujemy. Dokładamy pozostałe składniki: kaszę mannę, budyń, cukier waniliowy. Miksujemy do połączenia się składników. Wlewamy śmietanę i znowu miksujemy. Na końcu dodajemy bakalie . Formę wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy masę serową i pieczemy około godzinę w temperaturze 170 stopni. Następnie sernik studzimy przy uchylonym piekarniku.

Opcjonalnie:

Sernik możemy polać polewą czekoladową ( w 50 ml śmietanki 36 % rozpuszczamy ¾ tabliczki czekolady na wolnym ogniu) i dodajemy maliny oraz liście mięty.

Smacznego! I do tego filiżanka dobrej kawy lub herbaty – koniecznie w pięknej porcelanie!

Już wiem, dlaczego kobiety decydują się na kolejne dziecko | Recenzja wózka NUNA MIXX2

Gdy pierwszy raz wybrałyśmy się na spacer, to nie sądziłam, że może być aż tak fajnie. Zwykle myślałam, że kobiety, które przemierzają godzinami osiedlowymi trasami albo zapuszczają się w bardziej zielone tereny, robią to wyłącznie ze względu na dziecko. Świeże powietrze czy zmiana otoczenia-to wszystko dla małego brzdąca w wózku.

A prawda jest całkiem inna. Nie przeczę, że świeże powietrze nie jest dobre dla naszych pociech, jednak to inny bodziec jest odpowiedzialny na spacer z wózkiem. A więc o co chodzi?

Weź to poczuj!

Obawiam się, że tylko matki są w stanie to pojąć, bo ja wcześniej nie ogarniałam tematu. Wszystko się zmieniło, gdy umieściłam ręce na rączce wózka i zaczęłam spacerować między uliczkami dużego miasta. Chociaż moje kroki były dość nieporadne, bo wówczas minęło zaledwie 10 dni od cesarskiego cięcia, to dostałam przypływu energii. Co chwilę spoglądałam na Klarę, która smacznie sobie pochrapywała zanurzona w gondoli wózka. Nieśmiało do niej mówiłam, podpytywałam czy nie jest jej za gorąco, tak jakbym była pewna, że mi odpowie „Mama, jest super! Jedźmy dalej!”.

To nie mija

Jeśli myślicie, że po pierwszym spacerze ta ogromna euforia mija-jesteście w błędzie. To się pogłębia. Spacery zaczynają sprawiać coraz większą frajdę, a gdy za oknem dopisuje pogoda to już w ogóle ogarnia nas szaleństwo. Ale nie myślcie sobie, że lekki deszcz może odstraszyć młodą (nie wiekiem, a stażem:)) matkę. Zawsze znajdzie się dobry powód, żeby chociaż na 3 kwadranse wybyć z domu. Świeże mleko czy jajka to już konkretny powód, ale można udać się też do paczkomatu i odebrać przesyłkę z ubrankami dla dziecka. Matka zawsze znajdzie powód, żeby spakować dziecko i wybyć dumnie z domu. Zresztą, komu jak komu, ale takie przejście po osiedlu to doskonała okazja, aby na chwilę oderwać się od sterty prania, które czeka w domu czy butelek i smoczków walających się po kanapie. I jak tak sobie pomyśle, że ten czas minie, a Klara zacznie chodzić, biegać i wariować koło nogi…to od razu myślę o rodzeństwie dla małej. No bo jak? Mam sobie odpuścić takie przyjemne spacery z wózkiem? Nieee!

Wybór jest prosty

Przyszłe mamy są bombardowane ilością wózków i dodatków do nich. Mimo wszystko, wybór jest prosty. Jest prosty pod warunkiem, że wiemy czego chcemy. Ja wiedziałam, chociaż nie ukrywam, że nie była to wiedza nabyta natychmiast z chwilą zobaczenia na teście ciążowym dwóch kresek. Wizja wózka idealnego dla mnie (i mojego dziecka) dojrzewała miesiącami, aż wreszcie byłam pewna, że to TEN.

W jakim wózku jeździ Klara?

Wybór padł na wózek 2w1 NUNA MIXX2 w kolorze Caviar. Szukaliśmy funkcjonalnego wózka, który będzie z łatwością prowadzić się po mieście, ale też po bardziej wymagającej nawierzchni. Jeśli szukacie wózka dla siebie to przygotowałam małą, informacyjną ściągę na temat modelu NUNA MIXX2 🙂

  • zwrotny – można go prowadzić jedną ręką;
  • stelaż szybko się składa, a do transportu można jednym ruchem wyciągnąć koła, dzięki czemu oszczędzamy miejsce w bagażniku;
  • ma tylny hamulec nożny, który pomaga podczas np. wkładania dziecka do samochodu (wózek „nie ucieka”);
  • gondolę można złożyć na płasko;
  • gondolę montuje się na „click” do stelaża, tak samo fotelik samochodowy. Dzięki adapterom dołączonym do zestawu wpięcie fotelika również jest banalnie proste;
  • dream drop – do gondoli przymocowana jest przeciwsłoneczna owiewka;
  • w komplecie dołączona jest też folia przeciwdeszczowa;
  • poszczególne elementy ( np. pokrowiec na materac czy gondolę) można prać;
  • wózek wyposażony jest w „ukrytą” kieszeń, w której można schować klucze czy telefon podczas spaceru;

To tylko jedne z cech, które opisują wózek NUNA MIXX. Nam sprawdza się świetnie. Co ważne, nie potrzebuję pomocy podczas samotnych wyjazdów. Samodzielnie spakuję wózek do samochodu, co oznacza, że jest zarówno lekki jak i prosty w obsłudze 🙂 

(PO)porodowe sprawy, czyli poradnik przyszłej mamy

Zbliża się termin porodu, a ty nadal nie wiesz co robić? Nie jesteś sama. W głowie przebijają się wciąż nowe pytania: co wziąć do szpitala, ile potrzebuję pajacyków dla dziecka, czy laktator będzie mi potrzebny? To, że dziecku skończą się ulubione bodziaki-da się przeżyć, ale warto zaplanować sobie pobyt w szpitalu i kolejne tygodnie po jego wyjściu. Pojawienie się na świecie dziecka jest czymś nie do opisania, więc uwierzcie, lepiej wpatrywać się w swoją pociechę non-stop, niż zawracać sobie głowę (oraz partnerowi i połowie rodziny) sprawami, które możemy ogarnąć wcześniej. Wiedza, którą chciałabym Wam przekazać wynika z mojego doświadczenia (krótkiego, ale jednak:)) i mam nadzieję, że chociaż trochę Wam pomoże w tym wyjątkowym dla Was czasie. I nie, u mnie nie wszystko było idealnie zaplanowane. Nie pomyślałam o wielu rzeczach, ale właśnie na podstawie tego, co mnie spotkało, chcę podzielić się z Wami moją opinią 🙂 Zagadnienia, które zobaczycie poniżej to też odpowiedzi na szereg Waszych pytań w zakresie ciąży oraz pierwszych tygodni życia dziecka.

Torba do szpitala

Pakując torbę do szpitala musimy pamiętać nie tylko o sobie, ale i o dziecku. Często pytacie o torbę Mommy Bag (widoczna na zdjęciu powyżej): czy możecie ją wziąć ze sobą do szpitala. Możecie. Ale musicie wziąć też drugą, bo do tej absolutnie się nie zmieścicie. Ja wzięłam oprócz wspomnianej Mommy Bag, małą walizkę na kółkach (kabinową, czyli taką jaką można wnieść na pokład samolotu). Nie będę Wam przytaczać dokładnie, co spakowałam do swoich toreb, bo uważam, że internet jest wypchany po brzegi takimi informacjami. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, ilość piżam – jedna na poród i kolejne sztuki na każdy dzień pobytu w szpitalu, a także wzięłabym jedną dodatkową. Ja spakowałam 5 sztuk. Po drugie, piżamy najlepiej żeby były a’la „sukienka”, a nie komplety: koszulka+spodenki. Szczególnie podczas cesarskiego cięcia jest to ważne, aby nic nie uwierało naszej blizny. Pamiętajcie też, że jeśli będziecie karmić piersią to sprawdzą się rozpinane piżamy (u mnie były to koszulowe piżamy z H&M, zwykłe, nie z działu ciążowego). Po trzecie, małe wody mineralne z dzióbkiem. Podczas porodu lub po cesarskim cięciu będziecie wdzięczne za taki „wynalazek” 🙂 Po czwarte, upewnijcie się, czy szpital, w którym planujecie rodzic sam udostępnia ubranka dla dziecka. My potrzebowaliśmy ubranek tylko na wyjście ze szpitala, a tak każdego dnia Klara była przebierana w szpitalne ubranka. Po piąte, nie zapomnijcie o umilaczach typu książka/gazeta, słuchawki do telefonu, ładowarka oraz biszkoptach. Po szóste, porządek. Mi ułatwiły życie materiałowe organizery ( swoje znalazłam w Pakownie KLIK). Dzięki temu, leżąc nieruchomo po cesarce mogłam łatwo poinstruować pielęgniarkę, gdzie co mam, gdy pomagała mi podczas pierwszej, poporodowej kąpieli.

Pielęgnacja PO

Bardzo ważna jest pielęgnacja ciała po porodzie. Balsamy na rozstępy (nawet jeśli się do tej pory nie pojawiły, to profilaktycznie wolę używać ich do teraz) nie tylko na brzuch, ale przede wszystkim na biust, który podczas karmienia piersią potrzebuje dodatkowej troski. Tutaj stosuję też balsamy ujędrniające. Ale jest też coś co powinnyście stosować już przed porodem i koniecznie wziąć ze sobą do szpitala. To maść do pielęgnacji brodawek (kupiłam niskobudżetową o nazwie Maltan-polecam, sprawdziła się świetnie). Gwarantuję Wam, że przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie będzie Waszym najwierniejszym przyjacielem ever! Mogę śmiało powiedzieć, że bez niech skończyłabym karmić Klarę już po kilku dniach… 🙂
Co jeszcze warto mieć po przyjściu do domu? U mnie sprawdził się laktator ( postawiłam na markę LOVI i jestem bardzo zadowolona) oraz wkładki do biustonosza. Całe szczęście ominął mnie tzw. nawał pokarmu, ale i tak warto zaopatrzyć się w zimne kompresy, bo tak czy siak, piersi lubią być obolałe podczas ciągłego karmienia 🙂 I kilka tipów dla przyszłych matek, które niestety skończą z blizną po cesarskim cięciu (jak ja). Zaopatrzcie się w octenisept spray ( do przemywania rany), plastry Sutricon (idealne w leczeniu blizn) oraz po okresie połogu umówcie się do fizjoterapeuty. Mobilizowanie blizny, ćwiczenia i inne zabiegi są niezastąpione! Ale jeśli rodziłyście naturalnie, to też warto udać się chociaż na jedno takie spotkanie.

Wszystko pod ręką

Już pierwsze dni w domu z waszym maleństwem utwierdzą was w przekonaniu, że warto mieć wszystko pod ręką. Chociaż Klara śpi póki co w naszej sypialni, w dostawce, to i tak ma urządzony swój pokój. Na łóżku postawiłam przewijak, a samo łóżeczko „przyozdobiłam” organizerami. Jeden z nich to kubeł na brudne pieluszki/chusteczki, a w kolejnych przechowuję takie rzeczy jak np. termometr, oliwkę, maść bepannthen. W zasięgu ręki mam też pampersy. Po przewijaniu dziecka mogę je spokojnie odłożyć do łóżeczka i sięgnąć do szafy po nowe ubranka, jeśli ich wcześniej nie przygotowałam. Bez obaw, że dziecko np. spadnie. To przemawia za tym, że lepiej mieć przewijak w pokoju dziecka niż w łazience, np. na pralce.

Pierwsza kąpiel

Kąpiemy małą przeważnie w jej pokoju. Rozkładamy stelaż i przynosimy wanienkę wypełnioną wodą. Przydatny będzie Wam termometr, dzięki któremu zmierzycie temperaturę wody. Warto mieć wcześniej przygotowane inne akcesoria, żeby zapewnić dziecku nie tylko bezpieczeństwo, ale też komfort i zminimalizować odczucie zimna. Ręcznik z kapturkiem, płyn do kąpieli, krem, oliwka, świeże ubranko, pampers, patyczki do pielęgnacji uszu etc. Naszą wanienkę od Bebe-Jou podlinkowałam Wam w tym wpisie KLIK.

Sprawdzeni pomocnicy

Chyba w tej kwestii dostaję o was najwięcej zapytań. Dlatego postanowiłam zebrać wszystkich „pomocników” i po krótce wam o nich opowiedzieć.  Sprawdzają się idealnie, co nie oznacza, że nie dacie rady bez nich i świat Wam się zawali. Natomiast nam ułatwiły życie bardzo, dlatego szczerze Wam je polecam!

ŁÓŻECZKO-DOSTAWKA CHICCO NEXT2ME Magic

Wiele razy Wam o nim wspominałam, ale pytania o nie się nie kończą. Więcej informacji znajdziecie pod tym linkiem KLIK. Klara lubi w nim spać, nie mamy z nią żadnych problemów. Po prostu ją kładziemy i przykrywamy kocykiem. Oprócz prześcieradła nic więcej się w nim nie znajduje. Próbowaliśmy ze śpiworkiem, który jest najbezpieczniejszy (zmniejsza ryzyko śmierci łóżeczkowej i zapobiega odkrywaniu się dziecka w nocy), ale u nas na ten moment się nie sprawdził niestety…

CYBEX LEMO BOUNCER

To nic innego jak bujaczek dla dziecka. Klarze sprawia niesamowitą frajdę, tym bardziej, że z każdym dniem jest coraz bardziej ciekawa i chce wszystko widzieć. Bezpieczeństwo zapewniają szelki, a oddychający materiał komfort dla dziecka. Spokojne wypicie kawy? Czytanie książki? To wszystko jest możliwe. Klara często ucina sobie nawet w nim drzemki 🙂 Dodatkowo, LEMO Bouncer można zamontować za pomocą adapterów do LEMO chair, więc jego funkcjonalność wzrasta 🙂

NIANIA ELEKTRONICZNA VTECH

Niania elektroniczna to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale spokój i rozrywka. Tak, dobrze czytacie. Bo oprócz tego, że możemy bezkarnie podglądać w dzień i w nocy co porabia nasze dziecko, to również możemy włączać mu kołysanki albo też do niego mówić. Na 100% zabieramy naszą „nianię” na wyjazd nad morze, aby swobodnie biesiadować na świeżym powietrzu, podczas gdy nasza pociecha będzie sobie ucinać drzemki. Nasz model niani to VM5261, a więcej o jego funkcjach przeczytacie tutaj KLIK.

LEŻANKA CHICCO BABY HUG 4W1

Wiecznie powtarzam, że bez niej macierzyństwo byłoby o wiele trudniejsze 🙂 Leżankę dosłownie ciągnę za sobą po całym mieszkaniu. Raz gotuję obiad, potem pracuję przy biurku czy sprzątam sypialnię. W tym czasie Klara śpi albo bacznie obserwuje zabawki zawieszone nad jej głową. Jednocześnie czas umilają jej kołysanki, których dźwięk wydobywa się z panelu. Leżanka nie zastąpi Wam łóżka czy dostawki, ale zapewni komfort w ciągu dnia. Więcej napisałam o niej tutaj KLIK.

STOJAK KĄPIELOWY BUBBLE NEST CHICCO

Na pierwszy rzut oka stojak nadaje się do łazienek wyposażonych w kabiny prysznicowe. Faktycznie, to daje niesamowity komfort, bo z jednej strony nie zajmuje dużo miejsca, a dodatkowo sam rodzic może kąpać dziecko w dogodnej pozycji. Ale to nie wszystko, bo jak zobaczycie na zdjęciach powyżej, stojak ten (po usunięciu stelaża) nadaje się do kąpieli w wannie. Jeśli nie mamy miejsca na wanienkę, to taki stojak kąpielowy jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Nasz egzemplarz niebawem powędruje do moich rodziców, którzy mają zarówno wannę jak i prysznic 🙂 A przecież gdzieś Klarę musimy wykąpać, gdy będzie nocować u dziadków 🙂

Jestem ciekawa waszych doświadczeń. Dajcie znać również, który „pomocnik” najbardziej przypadł wam do gustu! A może korzystacie już z czegoś w waszych domach?

DWUMIESIĘCZNIK. MARZEC/KWIECIEŃ

Zapraszam Was na drugą odsłonę cyklu „Dwumiesięcznik”. Z wielkim opóźnieniem, ale udało się zebrać zdjęcia z marca i kwietnia w jedną całość. Nie da się ukryć-były to jedne z najbardziej przełomowych miesięcy w moim życiu. Sami zobaczcie co się działo…

Marzec to przede wszystkim ostatni miesiąc ciąży. Wielką niewiadomą był dla nas moment przyjścia na świat naszej córeczki. Praktycznie od 29 tygodnia ciąży było zagrożenie, że Klara urodzi się przedwcześnie. Kilka dni przed porodem udało nam się zrobić spontanicznie zdjęcie, które widzicie powyżej. Będzie ono cudowną pamiątką 🙂

Sami widzicie…Brzuch był widoczny gołym okiem 🙂 Niczego już nie dało się ukryć…

Ostatkiem sił wybraliśmy się na ulubione krewetki w mieście, a także lody. Była piękna pogoda i aż żal byłoby z niej nie skorzystać. Co prawda, poruszałam się jak żółw, ale było warto!

Kto jak kto, ale Mama Ewelina nie zwalniała tempa. Nie ma tygodnia ( a czasem dnia), jak czegoś nie przestawi, nie dokupi. W domu moich rodziców wiecznie są jakieś mini metamorfozy. Na ostatnim zdjęciu możecie zobaczyć komodę, której szybki zostały przyozdobione wzorzystym materiałem. Powoli zaczął tworzyć się klimat mini urban jungle…

Ostatniego marca miała miejsce moja…trzydziestka. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie tak spokojna. Bez lampki szampana, na kanapie, w gronie najbliższych. I wiecie co? Zapamiętam te chwile na zawsze! Ulubione goździki towarzyszyły mi dość długo…bo przetrzymały moją wizytę w szpitalu, którą zaliczyłam kilka dni po swoich okrągłych urodzinach.

W piątek, 5go kwietnia przyszła na świat nasza Klara! Niewyobrażalna radość! To zaledwie kilka dni po moich urodzinach! Klara urodziła się w 39 tygodniu ciąży, więc całkiem terminowo, biorąc pod uwagę fakt, że groził nam przedwczesny poród. To ogromne szczęście, że udało nam się dotrwać do tego terminu. Po urodzeniu mała ważyła niespełna 2900 kg i mierzyła 52cm. Kruszynka 🙂 Jako ciekawostkę powiem Wam, że ja i mama byłyśmy jeszcze drobniejsze :)))

A tak wyglądała Klara zaraz po przyjściu ze szpitala do domu.

Jeśli myślicie, że u nas serwuje się wyłącznie pizzę oraz makaron-jesteście w błędzie. Bartek jest mistrzem w przyrządzaniu kotletów schabowych w rozmiarze maxi (co widać na zdjęciu). Oczywiście, wiernie towarzyszy mu koci pomocnik- Kitek.

Chyba byliśmy grzeczni, bo przyszedł do nas baaaardzo owocny zajączek. Kolumny polskiej marki Pylon Audio zagościły w naszym salonie. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądają, to koniecznie zajrzyjcie do tego wpisu KLIK.

Klarę od pierwszych dni przyzwyczajamy do różnych hałasów. Nie mówimy przy niej szeptem, nie ściszamy telewizora. Wręcz przeciwnie, puszczamy głośniej muzykę a taka zwykłe „odbijanie” zamienia w taniec z córeczką 🙂 Pieluszkę muślinową do odbijania od Aden + Anais znajdziecie tutaj KLIK.

Pierwszy spacer zaliczyliśmy w Gliwicach. Dużo pytań dostałam od Was w temacie wózka, który wybraliśmy. W planach mam zrobienie obszernej recenzji, ale już teraz napiszę Wam, że jest to Nuna Mixx. Prowadzi się świetnie, a Klara uwielbia w nim przebywać.
Na zdjęciu powyżej zauważycie też śpiworek od BabyLab KLIK. To jeden z naszych must have! Zabieramy go zawsze ze sobą. Nie muszę się martwić, żeby wziąć kocyk czy że Klara się odkryje podczas spaceru. Chroni przed zimne, wiatrem, a przy tym pięknie wygląda i jest miły w dotyku. 

Po urodzeniu Klary nie zapomnieliśmy o dobrym jedzeniu. Małą zabieramy ze sobą, a tylko patrzeć jak zacznie jeść z nami te pyszności :))

A jeśli o spacerach mowa, to nie mogę pominąć wielkanocnego spaceru z dziadkami. Na krótkie dystanse wpinamy zamiast gondoli fotelik samochodowy. Przy okazji udało nam się zrobić wielopokoleniowe zdjęcia. Z lewej mama (babcia) Ewelina,a z prawej babcia (prababcia) Róża. Ja z Klarą pośrodku. Zdradzę Wam tajemnicę, że na drugie Klara otrzymała imię Róża 🙂

O foteliku już pisałam jakiś czas temu ( to Avionaut Pixel, wiecej poczytacie o nim w tym wpisie KLIK), ale zobaczcie jak w nim wygląda Klarcia 🙂 Uwielbia podróżować samochodem, więc jeździmy razem dosłownie wszędzie:)

Mama Ewelina i jej nowa fryzura. Do tej pory najczęściej nosiła proste albo spięte włosy, a tu proszę: lekko podkręcone. Dla mnie wygląda rewelacyjnie!! 🙂

W czasie ciąży sporadycznie sięgałam po kawę. Totalnie nie miałam na nią ochoty,ale gdy tylko urodziłam, smaki powróciły, a ja nie wyobrażam sobie dnia bez kawowego napoju.

Co robi kobieta, która po urodzeniu dziecka wraca ze szpitala? Odpowiedź jest prosta: paznokcie! Tym bardziej, że przez pierwsze dwa tygodnie dziecko większość czasu śpi, to spokojnie można sobie pozwolić na urządzenie w domu małego salonu piękności. I bądź co bądź, paznokcie u rąk to żaden wyczyn (w dniu porodu zrobiłam sobie nowe paznokcie hybrydowe…ma się wyczucie czasu, prawda?:D), to już u nóg, mając wielki brzuch, nie jest to takie łatwe 🙂

Znacie chociaż jedną matkę, która nie zwariowała na punkcie swojego dziecka? Staram się zachować zdrowy rozsądek, ale moja galeria w telefonie może temu przeczyć… 90% zdjęć to są zdjęcia Klary…

Kolumny PYLON AUDIO w salonie – pierwsze wrażenie

My kobiety już tak mamy – chociaż odganiamy stereotypy, uciekamy przed społecznymi ramami, to finalnie i tak się w nich zamykamy. O czym mowa? O pieczy nad domem, rzecz jasna! My, kobiety, urządzamy wnętrza, dobieramy dodatki, skrupulatnie zastanawiamy się nad nową zastawą obiadową. A gdy przychodzi do elektroniki to wszem i wobec ogłaszamy: ma być niewidoczna albo ma jej nie być w ogóle. Telewizor traktujemy jak zło konieczne. Nie dość, że pochłania w całości uwagę naszego faceta podczas meczu, to jeszcze kiepsko prezentuje się na ścianie. Przecież ładniej wygląda powierzchnia, gdzie gwóźdź obok gwoździa podtrzymuje wielkie obrazy czy najmodniejsze grafiki. Nie wspominając o monumentalnych kolumnach i innym sprzęcie, który może zagościć w domach.

Dziewczyny! Czas na przełom!

Koniec z tym! Dobry design idzie w parze z jakością i mówię wam to z pełnym przekonaniem, bo od kilku tygodni w naszym salonie pojawił się nowy sprzęt. Białe, w matowym wykończeniu kolumny marki Pylon Audio. Jestem w nich zakochana! Wpasowały się idealnie do wnętrza naszego salonu. Nie drażnią swoją obecnością, a wręcz przeciwnie-dopełniają salon.

Nasz wybór

Wybierając dany model kolumn kierowaliśmy się wieloma aspektami – odczuciami dźwiękowymi, historią marki, jakością wykonania, recenzjami specjalistów i oczywiście wyglądem. Prawdę mówiąc to wstępna selekcja opierała się na wyglądzie – kolumny muszą harmonizować z całym wnętrzem. Z uwagi na sporą otwartą przestrzeń (ponad 40 m2) w skład której wchodzi salon, kuchnia, jadalnia oraz kącik biurowy nie mogliśmy zastosować mniejszych kolumn. Finalnie zdecydowaliśmy się na model Sapphire 31 z rodzimej firmy Pylon Audio. Do wyboru była cała gama kolorystyczna, ale my zachowawczo zdecydowaliśmy się na biały, matowy lakier. W kontraście z czarnymi głośnikami wygląda to rewelacyjnie!

O naszych wrażeniach z użytkowania i odsłuchu napiszemy w kolejnym wpisie 🙂

6 powodów, dla których wybraliśmy Pylon Audio

JAKOŚĆ

bardzo dobra jakość w stosunku do ceny (warto zauważyć, że ten zestaw cieszy się świetną opinią wśród audiofilów i jest zestawiany w porównaniach z dużo droższymi zestawami konkurencji) – wynika to z zastosowania dobrych komponentów wpływających na dźwięk i przykładania uwagi do detali.  Firma skupia się na użytkownikach ceniących wykonanie premium – i takie wykonanie otrzymaliśmy.

DOBRY DESIGN

Obecnie klient wymaga więcej. Oprócz dobrej jakości, istotne jest, aby kolumny spełniały funkcję także  „mebla”, który idealnie wpasuje się do wnętrza. Pylon Audio w swojej ofercie ma kilka zestawów, z których każdy wybierze coś odpowiedniego (i pięknego) dla siebie.

MADE IN POLAND

To dodatkowy smaczek-lubimy jak coś nie tylko jest projektowane, ale także produkowane w Polsce.

PERSONALIZACJA

Wyobraźcie sobie, że inżynierowie Pylon Audio wykonają dla was kolumny w dowolnym kolorze z palety RAL (super!)

AKCESORIA

W komplecie możecie dobrać maskownice, nóżki czy inne akcesoria pasujące do kolumn.

RENOMA PRODUKTÓW PYLON AUDIO W ŚWIECIE Hi-Fi

Dużo czasu poświęciliśmy na zapoznanie się z dostępną ofertą na rynku, i bardzo dobre recenzje specjalistów skłoniły nas do bliższego przyjrzenia się serii Sapphire – po odsłuchach w salonie audio te kolumny przekonały nas do siebie w 100%.

A jak to wygląda u Was? Jest dla Was ważny wygląd sprzętu? Może właśnie szukacie nowych kolumn? Na co zwracacie uwagę podczas zakupu? Koniecznie dajcie też znać, jak wam się podoba nasz nowy zestaw 🙂

 

MOJE ciążowe perypetie. PRAWDA czy FAŁSZ?

Każda kobieta, która była bądź jest w ciąży pewnie spotyka się z wieloma radami, przekonaniami, komentarzami. Najtrudniej w tym wszystkim odnajdują się pierworódki, które z uwagi na brak doświadczenia, łykają wszystkie informacje jak małe pelikany.

Dzisiaj chciałabym się odnieść do tych zabawnych, mrocznych, a czasem kompletnie nieistotnych informacji, które dotarły do mnie będąc w ciąży. Każda z nas jest inna, więc także inaczej reaguje na stan jakim jest ciąża. To, że jedne punkty znalazły odniesienie do mnie, a drugie nie, wcale nie oznacza, że u was nie będzie odwrotnie. Najważniejsze jednak, żeby skupić się na sobie i wyrobić własną opinię. Stres czy nastawienie się w 100% na coś nie jest dobre…

1. Najgorszy pierwszy trymestr

I tak, i nie. W pierwszym trymestrze byłam bardzo zmęczona. Ciągle chciało mi się spać, nie zawsze dopisywał mi apetyt. Cieszyłam się, że praca, którą wykonuje daje mi możliwość pracowania z domu i nie oczekuje ode mnie np. stania przez 8h. Ale czy to był najgorszy czas? Sporym konkurentem jest trzeci trymestr, który spędziłam na znacznie zwolnionych obrotach. Zagrożenie porodem przedwczesnym było na tyle realne, że nie mogłam sobie pozwolić na szaleństwa, nawet jeśli czułam się lepiej. Zdecydowanie numerem jeden był dla mnie środek ciąży. Mogłam czynnie działać, podróżować, spacerować, dopisywał mi apetyt. Brzuszek był bardzo słabo widoczny, więc drugi trymestr przechodziłam w swoich starych ciuchach.

2. Przytyjesz najwięcej na sam koniec

FAŁSZ! Najmniej przytyłam w ostatnich miesiącach. Chociaż moja aktywność fizyczna praktycznie spadła wtedy do zera, to również nie rzucałam się na jedzenie. Zgaga skutecznie odpędzała mnie od talerza. Nie miałam problemu również z zatrzymaniem wody w organizmie, także końcówka ciąży wcale mi się nie kojarzy z olbrzymim przeciążeniem. Zdradzę Wam jednak, że największy przyrost wagi (aż 3 kg w ciągu miesiąca!) zanotowałam w grudniu, czyli pod koniec drugiego trymestru.

3. Kup spodnie o dwa rozmiary większe

FAŁSZ! Prawdą jest, że nie zamierzałam od samego początku inwestować w ciążową garderobę. Mam dużo ciuchów typu oversize w szafie, a podoba mi się także jak brzuszek jest wyeksponowany. Jednak moim must have były ciążowe spodnie. Nie zaprzestałam wyznawać zasadę: getry/leginsy to nie spodnie, więc musiałam znaleźć coś co będzie dobrze leżeć. A wymagania miałam spore, bo najbardziej zależało mi na białych i czarnych egzemplarzach. Problem w tym, że rozmiarówka czasami jest naprawdę różna. Gdy zamówiłam pierwsze spodnie w rozmiarze 36 ( normalnie taki noszę) obawiałam się, że mogą być za małe. A tu zonk! Kurier dostarczył mi paczkę z wielkimi gaciami, przynajmniej o dwa rozmiary za duże. Wiele osób mówiło mi, żebym je zostawiła, bo SERIO przydadzą się na końcówkę ciąży. Ale stwierdziłam, że prędzej zaprzestanę wychodzenia z domu, niż założę tak wielkie spodnie. I dobrze zrobiłam, bo kompletnie by mi się nie przydały. Fasony są różne i niestety nie liczcie, że uda Wam się trafić za pierwszym razem. U mnie stanęło na innym kroju czarnych spodni, które już w rozmiarze 36 były odpowiednie, a białe wyrwałam nawet w rozmiarze 34 i też nosiłam je do samego końca. Wszystkie pochodzą z H&M, gdzie z doświadczenia mam wrażenie, że ubrania są ciut większe niż w innych sklepach.

4. Nie idź na L4 zbyt wcześnie, bo nie wytrzymasz w domu

FAŁSZ! Wytrzymałam i to z wielką przyjemnością. Na palcach jednej ręki mogę policzyć kryzysowe dni, kiedy faktycznie mnie nosiło. Ale bierzcie pod uwagę, że prócz książek, filmów i spotkań, mam również bloga, który zabiera mi całkiem sporo czasu. Robienie zdjęć, dyskusje z Mamą, pisanie tekstów, nadzorowanie mediów społecznościowych, odpisywanie na wasze wiadomości-to wszystko zabiera wiele godzin. U mnie sprawę skomplikowało także oszczędzanie się w ostatnim trymestrze, bo nie mogłam pójść sobie na dwugodzinny spacer, ale dałam radę i mało tego-cieszę się z tego czasu, że mogłam chociaż trochę zwolnić 🙂

5. Podróże samolotem są niebezpieczne dla dziecka w brzuszku

FAŁSZ! Oczywiście zależy w jakiej kondycji zdrowotnej jesteście, ale ja będąc w drugim trymestrze poleciałam do Aten i miałam na to pełną zgodę lekarza. Mało tego, takie wyjazdy często są rekomendowane. To czas, gdzie możemy wypocząć, zmienić otoczenie i przygotować się do nowej roli oraz obowiązków, czyli bycia mamą. Dlatego, jeśli marzy Wam się podróż samolotem w ciąży to zapytajcie swojego lekarza ( najlepiej kilka dni przed wylotem udać się jeszcze na wizytę kontrolną, aby mieć 100% pewność) i spełniajcie marzenia!

6. Będzie chłopak (bo dziewczynka skradłaby Ci urodę)!

FAŁSZ! Ileż razy się nasłuchałam, że będziemy mieli chłopca. Niektórzy to nawet szli w zaparte i negowali oświadczenie lekarza o płci. No bo jak? Każda przyszła mama, która nosi w sobie dziewczynkę musi być popuchnięta, z wypryskami na twarzy i rozlanym brzuchem. Nie wierzcie w te zabobony!

7. Tylko patrzeć, jak ogarnie Cię wyprawkowe szaleństwo!

FAŁSZ! Moje wyprawkowe szaleństwo rozpoczęło się na ostatniej prostej przed porodem. Niech potwierdzeniem będzie dla was informacja, że wózek dotarł do nas, gdy byłam w 37 tc. A wcześniej? Jakoś nie miałam zapału, aby robić wielkie zakupy dla małej. Śmiałam się, że jak trafię na porodówkę to z laptopem, bo będę zamawiać ubranka i inne akcesoria. W rezultacie, środki do pielęgnacji, podstawowe ciuszki na pierwsze 2-3 miesiące, czy łóżeczko ogarnęliśmy po 30 tygodniu, i to tylko dlatego, że przedwczesny poród był bardzo realny. Gdyby nie to…myslę, że spokojnie składałabym zamówienia w przerwie między skurczami 😉

8. Ciąża to nie choroba!

I tak, i nie. Może ciąża to nie choroba, ale też stanem błogosławionym bym jej nie nazwała. Przed zajściem w ciąże sama myślałam, że to takie proste. Kobiecie rośnie brzuch, musi trochę zwolnić, ale nic więcej. A ja? zaliczyłam kilka wizyt w szpitalu podczas jej trwania. Pierwsza, to złapanie kolki nerkowej. Za drugim razem, konieczność podania sterydów na szybkie rozwinięcie się płuc u dziecka w 30 tc. A ostatni raz…gdy dopadły mnie regularne skurcze (co 2,5 min!) a które po kilku godzinach okazały się fiaskiem, ale i tak swoje musiałam w szpitalu odleżeć.

9. Pod koniec ciąży każda kobieta potrzebuje mnóstwa poduszek-inaczej nie zaśnie z wielkim brzuchem

FAŁSZ! U mnie się to w ogóle nie sprawdziło. Nie potrzebowałam nawet tak popularnej poduszki między nogami. Jedynie, gdy zgaga nie dawała za wygraną, to sięgałam po wyższą poduszkę. Normalnie śpię nisko, dlatego już takie podwyższenie było dla mnie odstępstwem od normy,

10. Masz kota? W ciąży powinnaś go usunąć z domu.

FAŁSZ! A to wszystko przez toksoplazmozę, która jest bardzo szkodliwa w ciąży. Rozmawiałam na ten temat już na początku ciąży z moim lekarzem. Stwierdził, że nie ma się czym przejmować, bo w większości toksoplazmozę możemy złapać przez kontakt z nieumytym, nieświeżym mięsem. Robiłam kilka razy badania i jestem „czysta”. Jednak dużą wagę przywiązywałam do przyrządzania jedzenia w kuchni.

11. Jak możesz jeść sushi w ciąży?

PRAWDA! Mogę i nawet jadłam bardzo często. Oczywiście trzymałam się zasady, że kobiety w ciąży nie powinny jeść surowej ryby, więc zawsze wybierałam te z pieczoną. Jednak za każdym razem, gdy wrzucałam na instastories zdjęcie, gdy jem sushi otrzymywałam od Was pełno wiadomości w stylu: chyba nie jest surowej ryby? wiesz, że kobiety w ciąży nie mogą jeść surowej ryby? etc. Dziękuję za waszą troskę 🙂

12. Końcówka ciąży dłuży się najbardziej!

FAŁSZ! Początek ciąży był dla mnie uciążliwy… Zaczęłam skrupulatnie zerkać do aplikacji, która odliczała tydzień za tygodniem…7,9,10,11…i tak w nieskończoność. A czym bliżej rozwiązania, tym czas szybciej mi mijał. Dwa miesiące przed porodem to już totalny sprint. Może dlatego, że zaczęłam interesować się wyprawką, przygotowywać wpisy na bloga…Wcale mi się nie dłużyło. Wręcz przeciwnie, w myślach mówiłam sobie: Klara, jeszcze poczekaj tydzień, a ja zrobię sobie paznokcie, pojadę na przegląd samochodu itp. Dwa tygodnie przed porodem trochę się to zmieniło, bo nagle każdy się dopytywał: czy to już, czy Klara jest już na świecie. I wtedy chciałam już urodzić, a poza tym dobijałam do 40 tc, więc ogarniał mnie stres czy wszystko z małą jest ok.

13. Dostaniesz skurczy, pojedziesz do szpitala i urodzisz

FAŁSZ! Skurcze się pojawiły, pojechałam do szpitala, powiedzieli, że rodzę…i Klara jednak uznała, że to nie ten dzień. Przesiedziałam w szpitalu tydzień…i wróciłam do domu, bo księżniczce jednak bardziej podobało się w moim brzuchu.

14. Każda kobieta w ciąży ma zachcianki!

FAŁSZ! Ale może dlatego, że ja całe życie mam zachcianki. W nocy jeść nie lubię, więc ominęły nas akcje: kochanie, jedź mi po kebaba. Nie miałam ochoty na ogórki kiszone z czekoladą etc. Jedyne to, co zauważyłam, to zapałałam miłością do masła. Wcześniej nie smakowała mi kanapka z masłem…a w ciąży uwielbiałam zjeść kromkę posmarowaną grubą warstwą masła. Ciekawe jak to będzie teraz 🙂

15. Hormony w ciąży to nie przelewki…

PRAWDA! Nigdy nie sądziłam, że kobieta w ciąży potrafi się rozpłakać bez powodu. Na własnym przykładzie przekonałam się, że jest to możliwe. Nie było to jakoś nagminne zachowanie, ale kilka razy zdarzyło mi się wybuchnąć wielkim płaczem i wtulić w Bartka, który z wielkim zrozumieniem głaskał mnie po głowie, chociaż kompletnie nie rozumiał o co mi chodzi. Oczywiście kilka godzin później sami się z tego nabijaliśmy, ale w danym momencie był to dla mnie koniec świata. I jeśli myślicie, że zawsze chodziło o jakieś wzniosłe, życiowe tematy, to muszę was rozczarować. Raz zdenerwowałam się, bo ochroniarz na osiedlu wyraził niepochlebną opinię na temat polityka, którego lubię i cenię…Chociaż powstrzymałam łzy, to „ulało mi się”. gdy przekroczyłam próg domu 🙂

16. Będziesz tęsknić za ciążowym brzuszkiem!

FAŁSZ! Oj nie będę. Ciąża to nie był dla mnie czas, do którego mogłabym wracać nostalgicznie. Pomijam fakt szpitalnych epizodów, ale dla mnie ciąża to jednak ograniczenie. Być może są kobiety, które do ostatnich dni korzystają z życia na maksa, biegają, chodzą na zakupy etc. Jednak ja czułam, że nie mam takiej sprawności i po prostu jestem słabsza niż przed ciążą. Dodatkowo, uwielbiam modę, a w ciąży strojenie się absolutnie nie wchodziło w grę. Kupiłam raptem kilka rzeczy, dbałam o siebie etc, ale nie mogę tego porównać do modowego szaleństwa przed ciążą.

17. Spuchniesz!

FAŁSZ! Wiem, że wiele kobiet ma z tym problemy, jednak udało mi się uniknąć popuchniętych nóg, stóp, dłoni etc. Straszono mnie, że moje stopy tak spuchną, że nie będę w stanie ich włożyć do żadnych butów. Może latem jest trochę inaczej, ale ja do samego końca nie zauważyłam żadnej opuchlizny.

Ciekawa jestem waszych historii. Czy miałyście podobnie? A może całkowicie inaczej przechodziłyście ciążę? Każda z nas jest inna, więc i każda przechodzi przez ten stan inaczej. Dajcie znać jak było u Was :)))

Pora na odświeżenie garderoby!

Lampka nocna (drewniana) – Britop

 

 

Witajcie kochani! Wiosna rozpoczęła się na dobre. Temperatury podskoczyły w górę, a to oznacza dla mnie jedno-pora na odświeżenie szafy.

Chociaż w domu mamy osobne pomieszczenie tzn. garderobę, to ja i tak przywiązałam się do sypialni. Stoi w niej ogromna szafa, mam do dyspozycji lustro, wieszak na który odkładam przygotowane ubrania. Uwielbiam mieć porządek, więc nie ma zmiłuj-po każdym praniu, starannie przechodzę do prasowania, a potem wszystko sumiennie układam na półkach czy wieszakach.

Lubię też testować stylizacje w lustrze. Po powrocie z zakupów zawsze przebieram się w nowe ciuchy i zestawiam je z tymi, które już mam. To pozwala mi na utrwalenie przeróżnych stylizacji, które mogę wykorzystać na te większe lub mniejsze wyjścia.

Oprócz samych zdjęć sypialni (i mojej garderoby w jednym), przygotowałam dla Was zestawienie aż 25 rzeczy, które upatrzyłam sobie w sieci. Niektóre już do mnie zawitały 🙂 Ciekawe czy wy również odświeżacie swoje szafy na wiosnę? Może coś wpadło wam w oko z moich propozycji? Koniecznie dajcie znać!

Ściskam! Ewelina

Szafka: IKEA

fotel: IKEA

Ławka: JYSK Łóżko: IKEA

1.  Torebka KLIK / 2. Koszulka KLIK / 3. Kurtka jeansowa KLIK / 4. Naszyjnik KLIK / 5. Sukienka KLIK / 6. Pasek KLIK / 7. Buty KLIK / 8. Kolczyki KLIK / 9. Okulary KLIK / 10. Spodnie KLIK / 11. Torebka KLIK

12. Koszulka KLIK / 13. Sukienka KLIK / 14. Torebka KLIK / 15.  Marynarka KLIK / 16. Top KLIK /17.  Buty KLIK / 18. Naszyjnik KLIK / 19. Sukienka KLIK / 20. Torenka KLIK / 21. Spodnie KLIK / 22. Trencz KLIK / 23. Buty KLIK / 24. Kolczyki KLIK / 25. Buty KLIK

Decyzyjność a urządzanie wnętrz

 

Do teraz nie mogę wyjść z podziwu jak udało nam się szybko ogarnąć i urządzić nasz nowy dom.   Pewnie kojarzycie jak nieśmiało zaczęłam Wam opowiadać o planowanym projekcie „MISJA: Cztery kąty i taras piąty”.

Prawdą jest, że decydując się na zakup mieszkania nie traciliśmy czasu na jeżdżenie po nowych inwestycjach. Jasno określiliśmy swój cel: zależało nam na mieszkaniu w stanie deweloperskim, przestrzennym, na strzeżonym osiedlu, nie w centrum miasta, ale w bliskiej odległości do centrum Katowic, aby szybko dotrzeć do pracy, kina czy ulubionego centrum handlowego. Chcieliśmy duży taras, ładny widok z okna i spokój. Zwiedziliśmy jedno osiedle, przejrzeliśmy plan inwestycji i podjęliśmy decyzję, że właśnie tutaj chcemy mieszkać. Ktoś może nam zarzucić, że zawsze można szukać dłużej i może akurat znajdziemy coś lepszego. Ale po co? Skoro już na samym początku określiliśmy swoje wymagania, a serce do TEGO miejsca zabiło od razu. Szkoda czasu na wertowanie ofert, zastanawianie się miesiącami, a nawet latami nad słusznością naszych planów. Cieszę się, że pod tym względem jesteśmy zgrani z Bartkiem w 100%. Dzięki temu łatwiej nam się żyje i możemy się cieszyć tym, co mamy.

Urządzenie wnętrza-czy warto robić to latami?

Z wyborem mieszkania było raz-dwa, ale co się działo na etapie urządzania nowego lokum? Z Bartkiem utrzymaliśmy tą samą prędkość. Wybór drzwi? Nie ma problemu. Jakie płytki do łazienki? Na drugi dzień decyzja. Podłoga? Panele wybrane zanim podpisaliśmy umowę z deweloperem. Nie mam cierpliwości, aby czekać miesiącami aż trafię na wymarzony mebel. Przypomina mi się sytuacja z wyborem sofy. Bartek chciał, aby był to narożnik, rozkładany, wygodny. Ważne, aby nie kosztował zbyt wiele, bo w naszym domu często przebywają małe dzieci oraz na stałe zameldowany jest kot. Znalazłam jeden egzemplarz, który najbardziej spełniał nasze oczekiwania. Początkowo myślałam o innym kolorze, wpadającym w szarość, a nie w beż, ale uznałam, że to nie ma większego znaczenia. Mieliśmy do wyboru – cieszyć się nowym meblem i wygodnie spędzać wolny czas, albo szukać w nieskończoność sofy idealnej. I uwaga, wiecie co się okazało po kilku miesiącach? Że to był strzał w 10! Narożnik jest mega funkcjonalny, dodatkowo ma pojemnik na pościel, a jego kolor narzucił nową wizję na projekt naszego salonu, gdzie efekt końcowy uważam, że jest bardzo dobry. Udało nam się stworzyć przytulną przestrzeń, w której uwielbiamy przebywać.

Bardzo spontanicznie podeszliśmy także do zakupu telewizora. Wybierając się na obiad, Bartek wpadł na pomysł, że wejdziemy i pooglądamy telewizory. Z wyjazdu wróciliśmy nie tylko z pełnymi brzuchami, ale także nowym TV. Wystarczyło wejść do sklepu, rozejrzeć się, zweryfikować parametry oraz kwestię wizualną, szybkie sprawdzenie ceny w innych sklepach…I uznaliśmy, że nie ma na co czekać, bo właśnie znaleźliśmy TEN telewizor.

Zwariowałabym doszczętnie, gdyby Bartek miał inne podejście do życia. Może przeciwieństwa się przyciągają, ale nas zdecydowanie bardziej scalają podobieństwa. Co nie zmienia faktu, że potrafimy wzajemnie się zaskakiwać w tej naszej „prędkości”. Nie tak dawno oznajmiłam Bartkowi, że jadę kupić meble, a dokładnie to, to i to. Więc logiczne było dla mnie, że następnego dnia wybieram się do sklepu i dokonuję zakupu ( czym Bartek był nieeeeźle zaskoczony). Ale on działa podobnie. Rozglądaliśmy się za nowym samochodem, aż pewnego dnia Bartek dzwoni i mówi: Wiesz, znalazłem TEN samochód, kupuję! Pod wieczór już podjechał nowym wozem…

Detale – jakże istotny aspekt wnętrza

Meble to jedno, ale dodatki czasem robią całą robotę. Najczęściej zamawiam rzeczy przez internet, bo nie mam ochoty spędzać wielu godzin, a tym bardziej dni czy tygodni przemierzając sklepowe alejki. Wrzucam rzeczy do koszyka, robię szybką weryfikację czego potrzebuję, a co jednak z koszyka wylatuje i proszę-zakupy gotowe. Chociaż najgorszy etap wtedy mam przed sobą. Oczekiwanie na kuriera. Nieważne, że danej rzeczy nie potrzebuję „na dziś”, ja chcę otrzymać paczkę i basta. Czy wspominałam już, że jestem TROCHĘ niecierpliwa?

Korzystając z okazji, chcę Wam pokazać pewne nowości w naszym mieszkaniu. Nie jest to wielka metamorfoza, ale właśnie te znaczące detale, które odmieniają (lub dopełniają) wnętrze. Na pierwszy rzut –oświetlenie, które zastosowaliśmy na otwartej przestrzeni (salon, jadalnia, kuchnia i gabinet). Jego wyboru dokonaliśmy w bardzo prosty i przyjemny sposób. Znowu postawiłam na markę Britop i ich produkty. To sporo ułatwiło, bo pozwoliło dobrać lampy, które mają wspólny mianownik. Zawsze dokonując wyboru oświetlenia dążę do tego, aby każda lampa nie była ” z innej parafii”, bo jeśli tak, to przestrzeń będzie się za bardzo dzielić, a nie w tym rzecz. 

Lampy, które wykorzystałam:
Kuchnia: Marjolaine Wood lampa sufitowa Britop (KLIK)
Gabinet: Lampa sufitowa Tender Chic/Kresz Britop (nowość)
Jadalnia: Lampa stołowa Tasse 160 Britop (KLIK) – postawiona na komodzie; kinkiet Montix Britop (nowość)
Salon: Lampa podłogowa Ennie Britop  (KLIK), lampa sufitowa Coop Britop (nowość)

Jeśli dokładnie nas śledzicie, to są szanse, że zauważyliście jeszcze jedną, istotną zmianę. Mianowicie wreszcie wymieniliśmy firany i dołożyliśmy zasłony. Tutaj decyzja też była szybka, bo sklep dekorujonline.pl znam nie od dziś i wiedziałam, że mogę zaufać im w ciemno. Tym razem nawet nie zamówiłam próbek materiału, bo dobrze wiedziałam, czego chcę. Firany miały być białe,proste, delikatne, a zasłony w kolorze jasnej szarości. Całe wnętrze nabrało klimatu, ale nie zostało zbędnie przyciemnione.

Dokładnie wybrałam takie rodzaje tkanin:
Firany: Voil 128 (klik)
Zasłony: DIM 111 (klik)

UWAGA: Zasłony przyszły tak zapakowane, że nie wymagały użycia żelazka ( to tak dla tych, którzy unikają tego narzędzia jak ja 😀 )

Nie przedłużając, zapraszam Was na openspace tour. Całkiem sporo zdjęć z różnych kątów naszej otwartej przestrzeni. Dajcie znać, jak podoba Wam się całość 🙂 I koniecznie podzielcie się refleksjami, czy podejmujecie szybko decyzje i w jakim zakresie. Znam osoby, które potrafią zastanawiać się w nieskończoność czy wypić białą czy czarną kawę, ale znam też takich, którzy podejmują decyzję z prędkością pocisku. Do jakiej grupy wy się zaliczacie?