Archiwum autora: Sisters About

Czy nasze nowe mieszkanie będzie nudne?

Projekt „MISJA: Cztery kąty i taras piąty” trwa i ma się całkiem dobrze. Opóźnienie ze strony dewelopera nie zniechęca nas do działania. Montujemy listwy, wstawiamy drzwi wewnętrzne i zaczynamy meblować. Baaardzo chcemy już być „na swoim”, ale jeszcze musimy wykrzesać z siebie odrobinę cierpliwości.

Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć klimat naszego mieszkania. W niektórych sprawach jestem okropnie przewidywalna i nawet, jeśli sama liczyłam na pewną dozę szaleństwa, to i tak ostatecznie skończyło się na zachowawczych ruchach. Natomiast, są pewne kąty i meble, które pewnie Was zaskoczą (biorąc pod uwagę moją nudną naturę:D). No to zaczynamy!

Biała kuchnia. Znowu biała kuchnia. Wiem, pisałam o moich szalonych planach z szarym kolorem w roli głównej. Ba, były nawet nieśmiałe myśli o czerni, ale skończyło się jak zawsze.

Postawiłam na nowoczesność. Gładkie, matowe fronty, z zabudowaną lodówką, tak aby kuchnia tworzyła spójną bryłę i dobrze komponowała się z otwartym salonem oraz jadalnią ( a nawet gabinetem). Aby ocieplić klimat kuchni, wybrałam drewniane blaty. O tym, czy była to racjonalna decyzja pewnie podzielę się z Wami po kilku miesiącach użytkowania. Czy obawiam się, że blaty nie wytrzymają temperamentnego gotowania? Obawiam się. Ale marzyłam od zawsze o drewnie na blacie, więc nie mogłam inaczej. Sami rozumiecie…

Biel w kuchni ma mnóstwo zwolenników, ale także przeciwników. Są osoby, które mają odruch wymiotny na widok białej kuchni. I wcale się nie dziwię, bo to nic odkrywczego. Ale umówmy się: klasyka to klasyka.
Żeby przełamać anielski klimat  mam zamiar pójść w totalne przeciwieństwo. Czerń. Na pierwszy ogień idzie czarna wyspa, która nie tylko pozwoli na przygotowanie posiłków, będzie dodatkowym miejscem do przechowywania, ale także daje możliwość zjedzenia szybkiego śniadania.
Stół w jadalni ma być względnie duży ( czyli pomieści więcej niż 4 osoby). A przy stole? Mix krzeseł ( formy, kolory), a nawet marzy mi się ława.
Obowiązkowym meblem ma być kredens w ciemnym kolorze. Z ust totalnej przeciwniczki ciemnych mebli może to brzmieć dziwnie, ale naprawdę mam ochotę na kontrast i przełamanie bieli.

Uwielbiam, gdy rano budzą mnie promienie słońca, które wpadają przez okno. Ale umówmy się-nie podoba mi się, gdy sąsiad widzi mnie rozespaną, z cebulą na głowie i w rozciągniętej koszulce. Mieszkanie jest tak usytuowane, że okna z sypialni, gabinetu i pokoju dodatkowego wychodzą centralnie na sąsiadów. Na domiar złego, ta odległość jest serio mała, więc inwigilacja sąsiedzka aka big brother staje się niesamowicie realna. Dlatego szukając funkcjonalnych, ale też ładnych rozwiązań postawiliśmy na drewniane żaluzje.

Nie ukrywam, miałam obawy. Bałam się wymiarowania oraz samodzielnego montażu. I wiecie co? Całkiem niepotrzebnie. Dziewczyny z naszedomowepielesze.pl dokładnie wytłumaczyły, jaki rodzaj montażu będzie w naszym przypadku najlepszy i poradziły, co i jak zmierzyć.
Wybraliśmy żaluzje pod kolor okien. Świetnie wyglądają i już teraz wiem, że spokojnie dodadzą intymności. A jak z montażem? Tutaj pytanie do Bartka, ale z tego co mówił, raz-dwa i żaluzje były gotowe 🙂
Uważam, że to była jedna z najlepszych decyzji. Na początku myślałam, że wystarczą same zasłony oraz firany, ale nie. Nic z tych rzeczy. Nie mam ochoty, aby być ciągle podglądana. Resztę okien mamy z widokiem na pole. Zero sąsiadków, jedynie myszy polne… Ale nie wykluczam, że może i tam z czasem zdecydujemy się na te żaluzje.

O gabinecie już Wam pisałam. Jest to wydzielony kąt ( wcale nie taki mały), otwarty na jadalnię, salon i kuchnię. W przyszłości jest plan, aby wydzielić tu osobny, dodatkowy pokój, ale na ten moment, będzie to przede wszystkim moje królestwo. Tak moje, że musiałam zaszaleć z różową farbą. Dobrze widzicie i czytacie. Jedną ze ścian pomalowałam na kolor pudrowego różu. To chyba największe ścienne szaleństwo, które do tej pory miało miejsce w moim dorosłym życiu ( nie liczę ostrej, amarantowej ściany w moim pokoju, w domu rodziców z czasów licealno-studenckich). Pewnie zastanawiacie się dlaczego akurat róż? To był impuls. Zamówiłam testery kolorów i z czystej ciekawości wybrałam pudrowy róż. Jak nim pomalowałam kawałek ściany, to wiedziałam, że muszę go gdzieś wykorzystać. Nie chciałam katować Bartka różem w sypialni, więc uznałam, że doskonałym miejscem będzie ściana w kąciku biurowym.

Dobrze, już wiecie, że są drewniane, białe żaluzje, różowa ściana, ale co jeszcze? Marzy mi się duże biurko z białym blatem oraz kozłami w kolorze naturalnego drewna. Nad biurkiem zawieszony będzie złoty, druciany organizer od naszedomowepielesze.pl. Obok jakaś biała szafka z szufladami oraz drewniany regał-drabinka również od naszedomowepielesze.pl. Organizer oraz drabinkę zamówiłam razem z żaluzjami i jestem oczarowana. Nie mogę się doczekać, aż mój home office nabierze kształtów ( a w zasadzie mebli) i będę mogła z wielką przyjemnością pisać właśnie tam posty na bloga.

Mówcie mi: TAPECIARA. 20 lat temu w każdym domu była tapeta. Wszystko ociekało tapetą. Nikt nie malował ścian, tylko śmigał do sklepu i wybierał świecące papiery i kleił je na ścianach. Dlatego obiecałam sobie, że nigdy u siebie tego nie zrobię…Ale moda się zmieniła, tapety zyskały nowy wymiar… I zaryzykowałam. W pokoju dodatkowym, na jednej ze ścian położyliśmy (tzn. Bartek i nasz przyjaciel Piotrek :D) tapetę o bardzo nachalnym wzorze. Bałam się, że coś może nie wyjść, że wzór będzie zbyt intensywny, tym bardziej, że tapetę kupiłam w styczniu, wtedy gdy nasze mieszkanie to był jeden, wielki openspace, ledwo zadaszony. Ale udało się. Tapeta idealnie pasuje do podłogi oraz szarych ścian. 

O łazience już kiedyś było. Po krótce, na podłodze położyliśmy marokańską mozaikę, a na ścianie duże, białe kafle. Jeśli nie pamiętacie, to zajrzyjcie do wpisu o biżuterii łazienkowej (KLIK). A co z resztą? Szafka pod umywalkę jest w kolorze delikatnej szarości. Jest pojemna, co było dodatkowym argumentem, aby ją kupić ( 80 cm). Na umywalce położymy bambusowy blat i misę-umywalkę. Oprócz głównego oświetlenia, punktem świetlnym będzie…lustro. Marzyło mi się od zawsze okrągłe, duże lustro. Takie rodem ze skandynawskich katalogów wnętrzarskich. Ale gdy zobaczyłam w sklepie MCJ (klik) podświetlane lustro, to wiedziałam, że muszę je mieć. Wybrałam model CERCHIO (tutaj możecie je zobaczyć KLIK). Czekam, aż tylko deweloper zadba o podłączenie mediów, a wówczas porobię zdjęcia i pokażę Wam całokształt naszych prac 🙂

Jak widzicie, nie zdradzam Wam wszystkich tajemnic. Na to, jak wyglądać będzie salon czy sypialnia musicie trochę poczekać. Jedno jest pewne: łóżko na które się zdecydowaliśmy jest petardą. Oprócz wyglądu, jest też niesamowicie wygodne. Wystarczy na nie spojrzeć, a człowiek już odpoczywa 🙂 Ale o tym niebawem…

Dajcie znać co sądzicie o naszym mieszkaniu. Co Wam sie podoba? A może do pewnych rozwiązań nie jesteście przekonani? Czekam na Wasze komentarze 🙂 

DOMOWA PIZZA – Przepis na najlepszą pizzę

Nie zliczę wiadomości, które wysyłaliście w temacie przepisu na domową pizzę. Wiem, trochę kazałam Wam czekać, ale ostatnio tyle nowości nas spotyka, że nie sposób ogarnąć nawet wpisu. Wracamy na właściwy tor i WRESZCIE podzielimy się przepisem na najlepszą pizzę (nie tylko domową). 

Tak, dobrze czytacie. Ta pizza to nie tylko domowe odkrycie. Wiele miejsc na Śląsku, w Polsce, a także w Europie może spokojnie skorzystać z naszej nietajnej receptury. A że receptura wciąż jest testowana i wzbogacana – nie wykluczone, że i za oceanem zaczną ją stosować :)))

Wszystko zaczęło się od pieca do pizzy Napoli (znowu zmartwię wszystkich poszukujących wpisów sponsorowanych – nie, nie dostałyśmy pieca za free, nikt nam nawet za niego nie zapłacił, ani nie ufundował wycieczki do słonecznej Italii). Zagościł w domu na początku maja i od tego momentu nie ma TYGODNIA bez pizzy. Natomiast są tygodnie, gdzie dzień w dzień serwujemy pizzę (śniadanie, obiad, kolacja-bez znaczenia). Pewnie myślicie, że włoski kawałek chleba z sosem pomidorowym i porcja roztopionego sera może się znudzić? Oczywiście, że nie.

Prawdziwy Włoch nie pogardzi pizzą NIGDY. Prawdziwa Polka z aspiracjami na włoskie korzenie także tego nie zrobi. A dla wszystkich pozostałych, dla których kotlet wygrywa z pizzą w propozycji na obiad, obiecuję, że jeśli zrobicie taką pizzę w swoim domu, to w rozliczeniu miesięcznym dojdzie do (conajmniej) remisu.

Wracając do pieca Napoli. Jego sekret tkwi w tym, że wypieka ciasto w temperaturze 450 stopni    , czego nie jest nam w stanie zafundować zwykły piekarnik . Dodatkowo, kamień, który znajduje się w piecu momentalnie nagrzewa ciasto, dzięki czemu pizza jest chrupiąca i dobrze wypieczona. Plusem jest także dizajn. Piec wygląda ładnie i świetnie prezentuje się na blacie kuchennym.
 Jeśli nie przesadzicie z ilością sera to spokojnie możecie ją włączyć jako posiłek do swojej restrykcyjnej diety. Nie urośnie Wam pupa ani brzuch, a waga nie zacznie skakać drastycznie w górę (przetestowałam na sobie, a dietę wzbogacam jeszcze o solidne porcje makaronu). Rzecz jasna, wszystko z umiarem, i nie mówię tu o sytuacji, że zjecie 10 sztuk na dzień, ale dwie pizze dziennie spokojnie możecie pochłonąć 🙂

Nie przedłużając, łapcie przepis i biegnijcie po składniki. Dziś mamy niedzielę handlową, więc zdążycie zaopatrzyć się w produkty, ale pamiętajcie, że za tydzień już tak łatwo nie będzie 🙂

Przepis:
1 kg mąki 00
650 ml wody
5 g suchych drożdży
20g soli

1. Do miski nalewamy wodę (pokojowa temperatura), dodajemy drożdże oraz sól i wszystko dokładnie mieszkamy.
2. Czekamy 20 minut i małymi porcjami dosypujemy mąkę.
3. Dokładnie wyrabiamy ciasto (ręcznie lub mikserem planetarnym na wolnych obrotach).
4. Miskę szczelnie przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 24 h.
5. Po upływie doby porcjujemy ciasto na 180 a 220 g. Formujemy kulki z ciasta i wkładamy do lodówki .
6. Po wyciągnięciu ciasta z lodówki, musi ono odstać minimum godzinę, aby nabrać temperatury.

UWAGI
1. Ciasto najlepsze jest po wpływie 48h od schłodzenia, ale można je spożywać do około 3 dni od schłodzenia.
2. Nie wałkujemy ciasta, tylko formujemy placek ręcznie.
3. Nie dodajemy cukru.
4. Ciasto musi być szczelnie zamknięte, żeby nie odparowała woda (używamy folii a nie ręcznika).
5. Najlepiej smakuje w piecu do pizzy, ale można też upiec w piekarniku ( w maksymalnej temperaturze) przy użyciu kamienia do pieczenia pizzy.
6. To od Was zależy co położycie na pizzy, a także jak bardzo wypieczone będzie ciasto (jedni wolą bledsze, drudzy bardziej przypalone).
7. Sos, którym posmarujecie pizzę to dobrej jakości passata. Możecie zblendować również pomidory i przyprawić je wedle uznania.
8. Przed włożeniem pizzy do pieca, skraplamy ją oliwą z oliwek ( a także po jej wyciągnięciu z pieca).

Domowe lody & sernik z czekoladą. PROSTO & SZYBKO.

Jestem niecierpliwa. Denerwuję się, gdy zamawiam coś przez internet. Najlepiej, żeby kurier miał swój prywatny odrzutowiec i dostarczył mi paczkę tego samego dnia. Nie lubię czekać. Jeśli coś wbiję sobie do głowy, to muszę to mieć. Nie ma zmiłuj!

Nie jest to cecha, którą lubię się chwalić. Podziwiam osoby, które potrafią każdego dnia zapisywać w kalendarzu swoje plany czy obowiązki. Ja wypełniam kalendarz w trybie turbo. Otwieram i zapisuję krótkimi zdaniami kilka kartek z rzędu, dzięki temu potrafię uzupełnić kalendarz na kolejny tydzień lub dwa. A co potem? Potem rzucam kalendarz do szuflady i zaglądam do niego za kolejne dwa miesiące. Nie mam cierpliwości, aby krok po kroku wywiązywać się z zadań, które sobie przydzieliłam. Wolę spontanicznie odhaczać sobie w głowie to co mam jeszcze do zrobienia.

Wyjątkiem są desery. Tu jestem bardzo dokładna i ze spokojem dodaję kolejne składniki, czekając na pyszne efekty swojej pracy. Lubię też urządzać sobie maratony, gdzie piekę kilka ciast pod rząd i wcale mi nie przeszkadza, że wyłączam piekarnik o 2 w nocy. Cierpliwie przekładam biszkopt kremem i przystrajam tort.

Ale znam Was doskonale i wiem, że nie zawsze macie tyle wewnętrznego spokoju, a także czasu, aby pół dnia spędzić w kuchni. Dlatego mam dla Was dwa proste przepisy. Pierwszy- domowe lody, o których smaku sami decydujecie. Oreo? Snickers? Twix? Proszę bardzo! My postawiliśmy na raffaello oraz snickersa. A drugi? To sernik z czekoladą. Banalnie prosty! Gotowi? Zaczynamy gotowanie!

DOMOWE LODY

Składniki:

-5 żółtek jaj
-250ml mleka 3,2%
-700ml śmietany 30%
-100g cukru
-batoniki, ciastka żeby uzyskać konkretny smak

1. Żółtka ucieramy z cukrem na kogel mogel.
2. Mleko i śmietanę powoli doprowadzamy do zagotowania, mieszając.
3. Trochę gorącego mleka ze śmietana mieszamy z utartymi żółtkami. I ostrożnie dolewamy do reszty mieszanki TAK ŻEBY ŻÓŁTKA SIĘ NIE ŚCIĘŁY!
4. Całość na bardzo lekkim ogniu podgrzewamy, aż zgęstnieje…ciagle mieszamy!
5. Studzimy. Wlewamy do pojemnika w którym będziemy mrozić. Tak otrzymujemy smak śmietankowy. Zanim włożymy lody do zamrażarki musza całkowicie wystygnąć i znowu musimy je dobrze zamieszać ,żeby nie było kryształków lodu. Jeśli chcecie smak twix, snickers, raffaello czy oreo to cząstki batoników wsypujemy do wciąż ciepłych lodów i mieszamy.


SERNIK Z CZEKOLADĄ

Składniki:

na spód:
250g pełnoziarnistych ciastek (owsiane)
50g masła
2 łyżki kakao

masa serowa:
800g twarogu śmietankowego
150ml śmietanki 30%
3 duże jajka
1 szklanka cukru (może być niepełna)
1 opakowanie budyniu waniliowego lub śmietankowego
garść posiekanej, gorzkiej czekolady

polewa:
dwie tabliczki gorzkiej czekolady
50ml śmietanki 30%

1. Ciastka kruszymy, dodajemy miękkie masło i kakao.Zaczynamy miksować do uzyskania kruszonki.
Formę wykładamy papierem. Wsypujemy kruszonkę i szklanką dokładnie ugniatamy dno formy. Formę wstawiamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.
2. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 180stC.
3. Masa serowa: twaróg przetrzeć przez sito lub zmielić 2-krotnie. Twaróg, śmietankę, jajka, cukier, budyń miksujemy razem na gładką masę, wsypujemy czekoladowe kropelki i mieszamy.
Masę serową przelewamy na schłodzony spód ciasteczkowy.
4. Tortownice wstawiamy do piekarnika, pieczemy 10 minut, następnie zmniejszamy temperaturę do 130st i pieczemy jeszcze ok 45 minut, aż środek będzie ścięty.
5. Przygotowanie polewy: śmietanę wlewamy do garnka, dodajemy kostki czekolady i podgrzewamy na wolnym ogniu, aż uzyskamy jednolitą masę. Jak polewa ostygnie, polewamy ciasto i na koniec możemy posypać pokruszonymi ciasteczkami czy położyć ulubione owoce.


Dlaczego musiałam wynająć mieszkanie?

Plan był ambitny. Odebrać klucze i rozpocząć prace wykończeniowe. Staliśmy na głowie, bo wiedzieliśmy, że mieszkanie, w którym żyliśmy do tej pory, musimy opuścić najpóźniej z końcem czerwca (w planie był maj…).  Liczyliśmy każdy dzień. I nagle co? Ciach-pyk, wprowadzać możemy się dopiero z końcem września. Opóźnienie dewelopera – niby zdziwiona nie jestem, ale jednak miałam nadzieję, że nas to nie spotka i wprowadzimy się w miarę terminowo…

WYNAJMOWANIE MIESZKANIA „NA JUŻ”

Okazało się, że wynajęcie mieszkania praktycznie z dnia na dzień nie jest proste. Nie jest proste też z dwóch innych powodów. Mianowicie, w grę wchodził wynajem krótkoterminowy (max. 3 miesiące!) oraz lokator na gapę-kot. Uwierzcie mi, nikt nie chce wynająć mieszkania na parę miesięcy i to dodatkowo ze zwierzakiem.

Na nasze szczęściem okres, w którym potrzebowaliśmy mieszkania był bardzo trudnym czasem dla właścicieli. Studenci kończą rok akademicki i wracają pod koniec września/na początku października. Finalnie, udało nam się wstrzelić w lukę i wynająć mieszkanie.

CZYM KIEROWALIŚMY SIĘ PRZY WYBORZE MIESZKANIA?

Wybór mieliśmy bardzo zawężony przez kryteria opisane powyżej, jednak staraliśmy się mimo wszystko zaspokoić swoje potrzeby względem tymczasowego mieszkania. Po pierwsze – lokalizacja. Koniecznie Katowice i to najlepiej blisko centrum. Dzięki temu, do głównej, imprezowej ulicy Mariackiej mamy kilka minut pieszo, a spacer do pracy zajmuje mi około 15 minut. Zawsze marzyło mi się mieszkać tak blisko miejsca pracy. Przez te kilka miesięcy mogę się tym nacieszyć.

Po drugie, powierzchnia mieszkania. Nie zależało nam na wielkiem mieszkaniu. To, w którym teraz jesteśmy ma 40m2. Salon z otwartą kuchnią, sypialnia i przestronna łazienka. Dodatkowo, duży taras. To optymalny metraż, żeby swobodnie żyć, zaprosić znajomych czy odpocząć po pracy.

Po trzecie, kwestia wizualna. Mieszkania są przeróżne. Fakt faktem, na rynku jest coraz więcej dobrze urządzonych mieszkań,ale dalej często wyższa cena nie idzie w parze z ładnie wyposażonym mieszkaniem. Ciężko z dnia na dzień odnaleźć się w czerwonej kuchni czy fioletowej łazience, jeśli na codzień cenimy prostotę i wszelkie odcienie szarości.

Dodatkowym plusem (który dostaliśmy w gratisie od losu:)) było nowe budownictwo, mieszkanie na pierwszym piętrze z windą, miejscem parkingowym oraz garażem. Wiadomo, że korzystamy ze schodów, ale uwierzcie, że perspektywa wnoszenia i wynoszenia swoich walizek w ciagu niespełna 3 miesięcy po schodach (nawet na pierwsze piętro!) przyprawia o dreszcze.

WYNAJEM KRÓTKOTERMINOWY – CO SPAKOWAĆ

Od razu byłam pewna, że nie będę zabierać wszystkich swoich rzeczy. Niepotrzebne mi dodatkowe zastawy stołowe, zimowe kurtki czy biblioteka książek. Spakowałam wiosenno-letnie ubrania, ulubione torebki oraz obuwie. Z domowych rzeczy skupiłam się na ich funkcjonalności, dlatego praktycznie do zera wyeliminowałam dodatki. Co więc wzięłam?

Mojego kochanego SMEGa! Mówcie co chcecie, ale mi lepiej smakuje herbata z miętowego czajnika. Nie wspominając już o mikserze planetarnym, który był docelowo dedykowany do projektu Cztery kąty i taras piąty (więcej przeczytacie tutaj KLIK). Ale nie wytrzymałam i musiałam go przywlec do tymczasowego mieszkania. Ciasto na pizzę, słodkie wypieki czy domowe lody – to tylko niektóre pyszności, w których przygotowaniu pomaga mikser. Zastanawiam się, jak żyło mi się w erze przedSMEGowej. Taki mikser-pomocnik powinien być dodawany obowiązkowo do każdej kuchni. Zdecydowanie!

Jeśli jesteśmy przy gotowaniu to oczywiście musieliśmy zabrać specjalny piec do wypiekania pizzy. Jest stosunkowo mały i nie sprawia problemów podczas transportu, a do tego nie zajmuje wiele miejsca w kuchni. U nas pizza jest serwowana praktycznie dzień w dzień, a naszym tajnym przepisem podzielimy się z Wami na blogu, bo już wiele osób o to prosiło 🙂 Bez obaw – pojawi się!

Bez czego jeszcze nie wyobrażam sobie tych kilku miesięcy? Bez kosza piknikowego! Podczas ostatniej podróży do Paryża pokochałam pikniki (relację z Paryża przeczytacie tutaj KLIK). Dlatego chcę kontynuować ten zwyczaj również na miejscu, w Katowicach. Czekam tylko na odpowiednią temperaturę i brak deszczu i śmigam z koszem na zieloną trawkę.

Nie przedłużając, zapraszam Was na krótkie room tour po tymczasowym mieszkaniu. Jestem ciekawa, jak Wam się podoba. Dajcie znać, czy Wy również wynajmujecie lub wynajmowaliście mieszkanie. Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Są osoby, które uważają, że zakup mieszkania na stałe nie jest dobrym pomysłem i lepiej być wolnym człowiekiem oraz wynajmować mieszkanie tam, gdzie akurat mieszkamy. Co o tym myślicie?

Rendez vous Paris. Poznajcie Paryż.

Przed wyjazdem do Paryża zderzałam się z wieloma opiniami, które często były nieprzychylne albo pozbawione jakichkolwiek emocji. Mimo wszystko, mój entuzjazm utrzymywał się na wysokim szczeblu i wcale nie chciał zmaleć. Od zawsze chciałam zobaczyć Paryż. Byłam ciekawa jakie jest społeczeństwo francuskie, co dobrego serwują na talerzach i czy wieża Eiffla robi wrażenie „na żywo”. Moja radość sięgnęła zenitu, gdy ostatniego marca, w swoje urodziny, otrzymałam w prezencie…podróż do Paryża!

Pakowanie

Ekscytacja dopadła mnie podczas pakowania. Paryż kojarzy mi się z dobrym ubiorem, starannym doborem dodatków, dlatego wiedziałam, że spakowanie walizki zajmie mi nieco więcej czasu niż zwykle. Na pomoc przyszły mi organizery – wodoodporne worki, dzięki którym w naszej walizce zapanuje porządek. Świetna sprawa! Wreszcie pozbyłam się tandetnych reklamówek, w którym przechowywałam bieliznę, buty, biżuterię etc. Totalnym hitem stał się dla mnie worek na brudną bieliznę z dodatkowym haczykiem, który umożliwia powieszenie go np. w hotelowej łazience. Nic się z niego nie wysypie, dzięki temu, że jest zapinany na zamek błyskawiczny. Worków nie sposób pomylić, bo każdy sygnowany jest skórzaną etykietą-obrazkiem do czego służy. Organizery znajdziecie na stronie pakownie.pl.

Walizka spakowana, a więc czas na Paryż!

Paryż przywitał nas upalną pogodą. Trochę obawiałam się wysokich temperatur w mieście, ale tutaj skwar nie był odczuwalny. Wręcz przeciwnie, piękna pogoda zachęcała, aby z miasta czerpać tyle ile się da.

Już pierwszego dnia przekonaliśmy się, że Paryż to nie tylko przepiękna architektura, ale również cudowni ludzie. Obawiałam się, że po zamachach terrorystycznych, które miały miejsce we Francji nie tak dawno, ludzie będą bardziej wycofani, ostrożni. Nic bardziej mylnego! Francuzi spędzają czas po swojemu. Parki czy ogrody są wypełnione rodzinami i grupkami znajomych. Ludzie biesiadują na kocach, zajadając się bagietką, świeżymi owocami, popijając wino. Uśmiech nie znika z ich twarzy. A my, zachęceni taką formą spędzenia wolnego czasu, wybraliśmy się na szybkie zakupy w poszukiwaniu dobrych serów, pieczywa, wina i innych dodatków, aby spokojnie rozłożyć się na trawie. Tak nam się spodobało, że piknikowaliśmy każdego dnia.

Ale pikniki to nie wszystko. Włóczenie się do późnych godzin nocnych po wąskich uliczkach, picie kawy w klimatycznych kawiarniach na rogu ulic czy kibicowanie Francji podczas meczu we włoskim barze – bezcenne. Uwielbiamy zwiedzać, ale jest to zwiedzanie „po naszemu” – czyli wtopienie się w emocje miasta, skosztowanie życia mieszkańców, bez pośpiechu za przewodnikiem z parasolką i bez stania w długich kolejkach. Oczywiście odwiedziliśmy ikony Paryża jak Notre Dame, Łuk Triumfalny czy Wieżę Eiffla – ale równie ciekawe były spacery wzdłuż Sekwany czy smakowanie madeleine siedząc na skraju fontanny. Jeśli nie macie dużo czasu to polecamy tzw. tourist bus – taki autobus bez dachu przewiezie Was po całym mieście ukazując ważne turystyczne miejsca, można wysiadać na przystankach i po zwiedzeniu atrakcji wsiadać do kolejnego busa. Busy te jeżdżą regularnie i pozwalają zaoszczędzić dużo czasu.

Jedz mało, a dobrze . Butelkę wina zabieraj wszędzie.

Już wiem, dlaczego Francuzki mają idealne figury. One celebrują jedzenie. Na ich talerzu znajdziemy małe porcje wysmakowanych potraw. Do tego, nie podjadają czekoladowych batonów, tylko trzymają w ręce pudełko ze świeżymi truskawkami, które kupiły na straganie nieopodal. Wniosek jest jeden-jeśli chcesz schudnąć to jedź do Paryża. Kultura jedzenia jest diametralnie inna w porównaniu np. do Włoch. We Włoszech ciągle się je. Pizzę zagryza się lodami, lody ciastkiem z kremem pistacjowym, a w międzyczasie robi się miejsce na pastę z sosem na bazie śmietany i oliwy.

Picie wina jest za to totalnie różne od „kultury” picia alkoholu w Polsce. We Francji pije się wszędzie, od południa do późnej nocy. Do obiadu zamawiamy obowiązkowo karafkę wina. W torbie piknikowej zawsze znajdzie się miejsce na butelkę wina. Popołudnie nad Sekwaną? Również w towarzystwie wina. I o dziwo, nikt się nie zatacza, nie robi awantur, po nikim nie widać, że kilka minut wcześniej spożywał alkohol. Jest tu po prostu inaczej niż o tej samej porze w nadbałtyckim kurorcie…

Architektura przez wielkie „A”

Gdziekolwiek się nie zatrzymamy, tam możemy zobaczyć piękną, francuską kamienicę. Cieszą oko na każdym kroku. Nawet metro zachwyca. W Paryżu stacje są wykafelkowane małymi, białymi a’la cegiełkami. Nawet nie chcę myśleć ile zajęło położenie kafelek na takiej powierzchni, ale efekt jest fantastyczny. Podoba mi się tym bardziej, że bardzo podobne kafelki mamy w kuchni 🙂 Teraz będą przywoływać paryskie wspomnienia, a nie tylko skandynawskie inspiracje…

W ostatni dzień pojechaliśmy do galerii Lafayette. Skuszeni fotografią, którą znaleźliśmy w przewodniku, musieliśmy tam pojechać. I słusznie, bo takiego widoku się nie zapomina. To najsłynniejszy, paryski dom handlowy, który ozdobiony jest podniebną kopułą. Ciekawostką jest, że galeria, jako instytucja prywatna, ma swoją straż pożarną! Dodatkowo, każde piętro galerii ma swój sejf, a dzienny utarg to około 4 miliony euro…

My trafiliśmy do galerii podczas trwania wyprzedaży. Jeśli myślicie, że kolejki do Zary to coś niebywałego…zobaczcie co się działo w paryskiej galerii.

Elegancka biel&czerń

Paryż to doskonałe miejsce na zrobienie kilku zdjęć. To niezapomniana pamiątka, dlatego na sam koniec zapraszam Was do obejrzenia mini sesji, z której zdjęcia na pewno znajdą swoje miejsce w ramkach w domu… 🙂

Jestem ciekawa czy mieliście okazję zobaczyć Paryż? Jak Wam się podobał? A może marzycie o podróży do Paryża? Dajcie znać jak podoba Wam się relacja z tego miejsca 🙂

Malowanie ścian. Jak wybrać kolor doskonały?

Zaczynamy kolejny etap Misji:Cztery kąty i taras piąty.  Jak możecie zobaczyć na zdjęciach, podłoga już jest. Zdecydowaliśmy się na jasny odcień z prostego powodu: podłoga ma być bazą dla całego wnętrza. Podobnie podeszliśmy do kwestii ścian. Sufity w całym mieszkaniu pomalowaliśmy na biało. Ściany w większości również są białe. W większości, bo zaszaleliśmy z dwoma odcieniami szarego. Będzie też trochę koloru, którego się nie spodziewacie. SERIO. Ale o tym później 🙂

Wybór farby. Czym kierowaliśmy się podczas zakupu.

Nie pierwszy raz zdecydowałam się na markę DULUX i nigdy się nie zawiodłam, dlatego łatwiej było mi podjąć decyzję.  Nie mam zbyt dużego doświadczenia w malowaniu, więc nie zrobię Wam porównania wszystkich farb dostępnych na rynku, ale z przyjemnością podzielę się z wami odpowiedzią na pytanie:  Czym zatem kierowałam się, wybierając markę DULUX?

-bogatą kolorystyką – nie bawiłam się w żadne farby z mieszalnika, tylko wybrałam kolory z dostępnej oferty. Głęboka biel, ładne odcienie szarości, ale też granat, pudrowy róż czy mięta – od kolorów podstawowych po najmodniejsze trendy.

plamoodporność– dom to miejsce, gdzie mieszkam, zapraszam znajomych, gotuję. Farba musi być zmywalna, a technologia Easy Care właśnie daje takie możliwości. Jeśli mój kocur wpadnie na ścianę z brudnymi łapami, wystarczy jak zabiorę wigotną szmatkę i przetrę plamę. Znika od razu!

dobre narzędzia, aby dobrać kolor: palety kolorów, visualizer, testery.

Samodzielne malowanie. Warto?

Jeśli metraż waszego domu nie przekracza 100 m2 albo macie w zanadrzu wielu pomocników – spokojnie możecie pomalować ściany oraz sufity. Jednak musicie wiedzieć przede wszystkim, że potrzebujecie czasu, aby to zrobić. Nie wystarczą dwa popołudnia, aby odświeżyć mieszkanie.

Dla mnie malowanie jest całkiem przyjemnym zajęciem. Codzienne siedzenie przy biurku kilka godzin jest dość wyczerpujące umysłowo:) . Aż miło wstać i zmęczyć się trochę podczas przeciągania wałkiem w górę i w dół. Natomiast schody zaczynają się, gdy musimy pomalować sufity. Tym razem zaopatrzyłam się w teleskop (kij), za pomocą którego malowanie sufitu jest łatwiejsze i wymaga od nas mniejszego nakładu energii. To znaczy jednym pomaga, a drugich i tak pokonuje. Dlatego ja zostawiam sufity osobie, która maluje je tak szybko jak ja każdego ranka zwinnie maluję tuszem swoje rzęsy 🙂

Jeśli dobrze zagruntujecie  sciany, to farba DULUX bez problemu pokryje powierzchnię. Jest jedno ALE. Jeżeli mieszkanie, które zamierzacie pomalować, jest w stanie deweloperskim, a jego ściany NIGDY nie poczuły ani grama farby… to jest ryzyko, że będziecie potrzebować 3 wartw farby. Warto to wziąć pod uwagę, gdy rozpisujecie plan remontowy, a także gdy kupujecie farbę.

Jak wybrać kolor?

Dobór koloru nie jest prostą sprawą.  Jeśli nie możecie wyobrazić sobie metamofrozy swojego wnętrza, to z pomocą przyjdzie wam aplikacja Visualizer (klik). W łatwy sposób sprawdzicie, czy w salonie lepiej sprawdzi się kolor beżowy czy moze warto postawić na róż.

W momencie, gdy zdecydowaliśmy się na kolor, warto pomyśleć o odcieniu. Nie wiem jak wy, ale ja mam zawsze problem z kolorem szarym. Ciężko jest stwierdzić, czy dany kolor nie będzie wpadał np. w delikatny niebieski. I tutaj z pomocą przyjdzie wam paleta kolorów (klik). Możecie sprawdzić, czy kolor który wcześniej wybraliście jest zaliczany do szarego szarego czy może pojawi się na naszej ścianie niepożądana niebieska poświata.

Na samym końcu, warto zaopatrzyć się w małe testery z poręcznym pędzelkiem. Malując nim fragment ściany uzyskamy pewność, co do wybranego koloru, a także przekonamy się jak zachowuje się farba w danym świetle.

Jestem ciekawa jak u Was wygląda malowanie? Wynajmujecie ekipę remontową czy malujecie na własną rękę?

Paleta kolorów : znajdziecie ją tutaj klik.

Aplikacja Dulux Visualizer klik.

Wygodne testery, które pomogą wam dobrać kolor do wnętrza.

W każdej kobiecie jest trochę księżniczki. Różowa sypialnia

Lubię zmieniać aranżacje w swoim domu. Podoba mi się, że przeważnie meble, które mamy są na tyle uniwersalne, że mogę robić ciągłe metamorfozy. Dla jednych jest to wadą, dla innych zaletą. 

Wadą, bo przez zachowawczość wyzbywam się szaleństwa. Chyba nigdy nie zdecyduję się na zakup np. zielonej sofy, nawet jeśli bardzo mi się podoba. Dlaczego? Bo wiem, że za kilka miesięcy mi się znudzi, będę chciała coś zmienić, a sofa będzie przeszkodą.

Zaletą jest niewątpliwie fakt, że mogę sobie pozwolić na ciągłe zmiany. Wystarczy kilka dodatków, kolorowa narzuta, kilka poduszek i już wnętrze wygląda zupełnie inaczej. Budując dom ze swoim mężem, „popełniliśmy” kilka szaleństw, które albo musieliśmy później zmienić ( co wiąże się z dodatkowymi kosztami), albo żyjemy z nimi do teraz.  Aktualnie, przygotowujemy z Marceliną wpis o nieznanych faktach Sisterek, więc na pewno takie smaczki ujrzą światło dzienne 🙂

Tym razem w obiektywie możecie zobaczyć moją sypialnie. Różową sypialnię! Lubię delikatną naturę różu i często wplatam go do wnętrz. Dlatego nie miałam zahamowań, żeby coś pozmieniać w sypialni. Pewnie zastanawiacie się „A co na to mąż?”. Spokojnie! Po pierwsze, mąż ma do mnie wielkie zaufanie i wie, że jeśli zaaranżuję przestrzeń w taki a nie inny sposób to i tak będzie dobrze. A po drugie, on doskonale wie, że ciągle coś zmieniać, wiec nawet jeśli ten róż „mu nie leży” to niebawem i tak zrobię lifting sypialni.

A jak to jest w Waszych domach? Lubicie takie małe zmiany? Ściskam!

Poduszkę knot znajdziecie w sklepie: mmhandmade.pl


BIŻUTERIA ŁAZIENKOWA – Jakie wybrać baterie?

Gdybyście mnie zapytali w środku nocy, jak chciałabym urządzić łazienkę, to wyrecytowałabym Wam od razu. Biel na ścianach i orientalny wzór na podłodze w neutralnych odcieniach szarości i czerni. Dlatego same poszukiwania płytek nie były specjalnie trudne. Oczywiście były dylematy. Korciło mnie, aby wybrać mniejsze kafelki na ścianę i położyć je do połowy. Jednak później uznałam, że te „małe” będą już w kuchni…I padło na większy kaliber i to pod sam sufit (z wygody, by uniknąć malowania ścian po 2-3 latach).

Pewnie jesteście ciekawi co z umywalką, szafką pod umywalkę i innymi dodatkami? Nie zdradzę Wam zbyt wiele. Od dziecka lubiłam budować napięcie 🙂 Ale napiszę tylko, że będzie sporo drewna, które ociepli wnętrze. Lubię jasne wnętrza, często przełamane kontrastową czernią, ale zawsze w towarzystwie drewna.

No dobrze, żeby nie zatajać wszystkie, napiszę Wam dziś o bateriach łazienkowych. To dla mnie trudny temat i podejrzewam, że nie jestem w tej kwestii osamotniona. Są elementy we wnętrzu, które moglibyśmy wybierać godzinami, a są też takie, do których nie przywiązujemy większej wagi. Jednym z takich elementów są…baterie łazienkowe. Tym razem podjęłam decyzję, że wybiorę baterie idealne. Przeglądanie ofert zajęło mi sporo czasu, więc nie będę rozpisywać się i produkować elaboraty, tylko konkretnie opiszę Wam baterie, które wybrałam docelowo i 2-3 pozostałe, między którymi się wahałam.

Firma, na którą się zdecydowałam to DEANTE. To polska marka, która jest na rynku od około 30 lat. Dlaczego akurat ją wybrałam? Jakiś czas temu (jak jeszcze nie miałam w planach urządzać łazienki) miałam okazję dokładnie się przyjrzeć asortymentowi marki. Ich design tak utkwił mi w pamięci, że szukając baterii dla siebie nastawiłam się na DEANTE.

Wybór padł na kolekcję Hiacynt. Podoba mi się połączenie klasycznego designu z nutką nowoczesności. Dynamiczna forma sprawia, że baterie nie są nudne, ale też nie odwracają uwagi od całego wnętrza. Przy tym wszystkim są funkcjonalne, mają dwustopniową głowicę eco-click, dodatkowo jest możliwość pokierowania strumieniem wody z uwagi na ruchomy aerator. Baterie tej serii są wygodne w użyciu, przede wszystkim w codziennym życiu domowników, ale także dla dzieci. 

Nie mogłabym przejść obojętnie obok czarnej baterii, również z serii Hiacynt. To identyczny model, jaki ja wybrała, ale w kolorze czarnym. Szczerze, to chyba nie spotkałam się z łazienką, która miałaby taką baterię. A szkoda! Bo wygląda to szałowo! Jest to opcja trochę dla bardziej odważnych, ale zobaczcie…warto chyba zaryzykować. A Ci, którym po głowie chodzą czarne baterie, ale mają problem z ich dostępnością, biegnę oznajmić, że problem zażegnany. Czarne baterie są dostępne w asortymencie marki Deante (klik).

Czujecie ten retro klimat? Kolekcja Lucerna jako pierwsza wpadła mi w oko. Zwariowałam na punkcie tych pokręteł. Świetnie wyglądają w łazienkach urządzonych np. w stylu skandynawskim. Dlaczego jej nie wybrałam? Z uwagi na krótką wylewkę baterii przy wannie. Niestety potrzebna była bardziej wysunięta, co skreśliło Lucerne z listy. 

Wystarczyło, że zobaczyłam nazwę kolekcji to już wyobraźnia zaczęła mi pracować. Mieć jaguara w łazience? Bajer! Kolekcja Jaguar była olbrzymią konkurencją dla Hiacynta. Natomiast wydaje mi się, że Jaguar pasuje do łazienek bardziej nowoczesnych. Opływowe kształty baterii nadają wyrafinowania łazience i to jest fajne!

Sami widzicie, wybieranie baterii (i to po pierwszych, większych selekcjach!) nie jest łatwą sprawą. Ale uwierzcie-warto zatrzymać się na chwilę w pędzie prac remontowych i wybrać biżuterię łazienkową. Baterie mają podobą historię jak lampy. W pierwszym momencie podobno nikt nie zwraca na nie uwagi, ale tak naprawdę to one dopełniają wnętrze i tworzą spójną przestrzeń.

Dajcie znać jak wy podchodzicie do wyboru baterii. Stawiacie na klasyczne rozwiązania czy bawicie się formą, kolorem?

Projekt „MISJA:Cztery kąty i taras piąty” wciąż in progress!

 

PROJEKT KUCHNIA: Takiej kuchni się nie spodziewacie!

Wybór kuchni to najtrudniejsza decyzja podczas aranżacji nowego lokum. W trakcie naszego projektu „MISJA:Cztery kąty i taras piąty” również spadło na nas mnóstwo dylematów i znaków zapytania. Od czego zatem zacząć? Najpierw musimy zastanowić się, gdzie zakupimy meble. W grę wchodzi zaprzyjaźniony (mniej bądź bardziej) stolarz lub sieciówka. Kolejnym problemem jest model, kolor, styl kuchni. Aż wreszcie, sam projekt, czyli decyzja odnośnie rozmieszczenia sprzętu AGD, jego zabudowa (bądź jej brak), wielkości szafek, ilości szuflad etc. Nie wspominając już o dodatkach, które dopieszczą całość aranżacji.

Dlaczego wybrałam kuchnię IKEA?

Na samym początku pragnę uspokoić wszystkich sceptyków postów sponsorowanych – ten wpis !!! NIE JEST WPISEM SPONSOROWANYM !!! : ) No właśnie, nie wiem dlaczego, ale jest grupa ludzi (i to całkiem spora), która nie toleruje postów napisanych we współpracy z daną marką. To trochę krzywdzące, ponieważ wszystko to, co pokazujemy Wam na blogu bądź w mediach społecznościowych ZAWSZE jest zgodne z nami, z naszym poczuciem stylu czy przekonaniami. Ale mniejsza z tym. Mam nadzieję, że Ci lekko wzburzeni zostali uspokojeni, a reszta głowi się nad pytaniem „No, dlaczego znów ta IKEA?”.

Scandinavian Love Song

IKEA jest sprawdzona i mam do niej zaufanie, jak niektórzy do pana Zdziśka- Stolarza, przyjaciela rodziny. Podoba mi się, to że gwarancja obejmuje 25 lat. Podoba mi się, że jeśli coś się wydarzy, to sama reklamacja jest rozpatrywana szybko i korzystnie (przynajmniej tak było w moim przypadku). Podoba mi się design, kolorystyka, fukcjonalność, wiele możliwości przechowywania. I terminowości. Proces jest banalnie prosty: przychodzę do IKEA z gotowym projektem, kupuję, umawiam się na dostawę i montaż. Montaż kuchni zwykle trwa 1 pełny dzień (przy większych kuchniach – dwa dni). A jak to jest, gdy montuje nam przyjaciel Zdzisiu? Zdzisiu umówi się, że zrobi robotę w 2-3 dni, a przeciągnie się mu do tygodnia. Nie daj Boże, jeśli samochód się mu zepsuje albo skrzynkę z narzędziami zgubi, a wówczas montaż przesunie się o tydzień, dwa. Życzę każdemu poczciwego i sumiennego Zdziśka, ale uwierzcie mi, że swoje słyszałam i swoje widziałam.

A! Zapomniałabym! Właśnie zaczęła się wielka, kuchenna promocja IKEA. Do 31.07.2018 możecie skorzystać z rat 24×0% lub otrzymać bon na kwotę 100 pln za każde wydane 1000 pln. To zawsze oznacza intensywny czas dla mnie, bo wzmaga się Wasze zapotrzebowanie i prosicie o wykonanie takich projektów dla Was 🙂 I wcale się nie dziwię, bo promocja jest warta uwagi i sama z niej skorzystałam. Cieszę się, że mój projekt był gotowy wcześniej, kuchnię udało mi się kupić w drugi dzień promocji i teraz mogę na spokojnie zasiąść do Waszych projektów 🙂

Kobieta zmienną jest!

Biel. Chociaż szary był tu głównym konkurentem i praktycznie do ostatniej chwili ważyły się losy mojej kuchni…to postawiłam na biel. I może kolor nie był dla Was zaskoczeniem, ale nawiązanie do nowoczesnego stylu pewnie już tak. Wcześniej mogliście zauważyć moje zamiłowanie do żłobień, przeszkleń, szprosów.  Podobały mi się klasyczne rozwiązania, a teraz? Gładkie, białe, matowe fronty. Wybór padł na kuchnię VOXTORP. Jeszcze trochę za wcześnie, aby pokazywać Wam projekt, ale zdradzę Wam kilka szczegółów i trochę wytłumaczę się z tej bieli.

interiorbarndoorshq.com

Kuchnia tworzy openspace wraz z salonem, jadalnią oraz gabinetem. Postanowiłam, że będzie „tłem” dla całości aranżacji. Bazą, która powinna pomóc w całościowym odbiorze wnętrza, a nie wprowadzać do niego chaos. Dlatego biel.  Aby trochę poskromić nowoczesne fronty, wybrałam drewniane blaty, które dodadzą ciepła. Kuchnia nie należy do dużych, więc istotne było rozmieszczenie szafek, ale spokojnie znalazło się miejsce do przechowywania. Postawiłam na wysokie, górne szafki. Wysokie tj. 100 cm. Nie boję się, że osiągnę efekt przesadnie zabudowanej bryły, bo sufity mamy wysokie (270 cm), więc zostanie przestrzeń między szafkami a pułapem. W kuchni nie zabraknie także otwartych półek. Jak będzie w całości wyglądać wnętrze? Niebawem Wam pokażę!

Nowości.

Postanowiłam skorzystać z rozwiązań, których nigdy wcześniej nie wybrałam albo takich, które uważałam, że są zbędne. Znowu mogłabym posiłkować się maksymą „Kobieta zmienną jest„, ale sami widzicie wieje nudą…ale nie nudą wnętrzarską, bo tu same zmiany!

Torah Residence; designed by Hecker Guthrie.

–  Zabudowana lodówka – chyba zaliczam się do największych sceptyków zabudowanych lodówek. Dalej utrzymuję, że coraz częściej możemy znaleźć bardzo ładne lodówki w sklepach i trochę żal, że mamy zakrywać ten przepiękny design. Czasem kuchnia wymaga konkretnych akcentów i tu doskonale sprawdza się np. czarna lodówka. Więc co się stało, że jednak skusiłam się na zabudowaną lodówkę? Fakt, że kuchnia będzie w nowoczesnym klimacie, a po drugie – że nie jest zbyt duża i nie chciałam dodatkowo „dzielić” przestrzeni. Podoba mi się też opcja dodatkowego miejsca nad lodówką, gdzie możemy przechowywać zapasy makaronów, puszek z pomidorami i innych (nie tylko włoskich) specjałów 🙂

Płyta indukcyjna – wiecie, że nagrzewa się do 50% szybciej i zużywa przy tym 40% mniej energii? Pewnie nie potraktowałabym tych informacji aż tak serio, gdyby nie to, że przez ostatnie miesiące miałam okazję praktycznie każdego dnia korzystać z płyty indukcyjnej. I co? I nie wyobrażam sobie innego rozwiązania. Panel dotykowy jest kolejny plus. W prosty sposób załączamy płytę oraz regulujemy temperaturę. Jest też blokada rodzicielska, a więc dodatkowe bezpieczeństwo dla dzieci.

Zabudowany okap – kolejny punkt, gdzie zawsze, bez zastanowienia wybierałam zwykły okap, który przede wszystkim bardziej wizualnie mi odpowiadał.  A tu proszę… ponownie nowoczesność mojej kuchni przemówiła za zabudową. Co więcej, chciałam być konsekwentna. Jeśli jedna ze ścian ma być przysłonięta wysokimi szafkami, z zabudowaną lodówką-okap też musi być zabudowany.

Kran z wyciąganym, ręcznym prysznicem– kiedyś uważałam, że to bezużyteczny bajer…a teraz traktuję to jako przydatny gadżet. Od razu zaznaczam – nie jest to coś bez czego życie w kuchni jest utrudnione albo gorzej – niemożliwe. Generalnie korzystamy ze zmywarki, ale są takie rzeczy, których niestety do zmywarki nie włożymy. Np. ogromne talerze do pizzy, które trzeba umyć ręcznie, wówczas taki wyciągany prysznic sprawdza się perfekcyjnie.

Drewniane blaty– uśmiecham się jak to piszę sama do siebie i chyba muszę stwierdzić, że lubię ryzyko. Ciągłe gotowanie, pieczenie…pewnie nie przedłużą żywotności drewna. Obawiam się, że wręcz przeciwnie – drastycznie ją skrócą. Ale ja na prawdę marzyłam o drewnianych blatach. Z zazdrością przeciągałam ręką po drewnie w kuchni rodziców, więc cóż. Blaty zawsze można wymienić. Marzenia należy spełniać. Więc drewniane blaty kupione 🙂

Ceramiczny zlew – napiszę Wam szczerze…mam złe doświadczenia z metalowym zlewem. Osad z herbaty czy kawy baaaardzo ciężko schodził, a błyskawicznie się tworzył. Miałam wrażenie, że moje życie toczy się wokół czyszczenia zlewu. Ceramicznego zlewu obawiałam się…z uwagi na swój temperament do zrzucania szklanek. Pęknięcie, ubicie…Jednak patrząc na zlew moich rodziców, mam nadzieję, że mój (pomimo temperamentnej właścicielki) da radę.

Ollie & Seb’s House

Myślę, że wystarczy tych szczegółów, bo i tak baaardzo dużo Wam zdradziłam. Bądźcie pewni, że niebawem pokażę Wam kuchnię w całości i jeszcze dokładniej napiszę o swoich wyborach i rozwiązaniach, które ułatwiają gotowanie i przesiadywanie w kuchni. Ale będzie również o sprzętach i gadżetach bez których życie w kuchni nie toczyłoby się w tak radosnym i smacznym tempie 🙂

MEETBLOGIN 2018, czyli najlepsze spotkanie blogerów wnętrzarskich

Coroczne spotkanie blogerów wnętrzarskich – MEETBLOGIN 2018 – zaliczone! W ramach Lodz Design Festival miałyśmy okazję kolejny raz uczestniczyć tym spotkaniu. Organizatorka – Ula ( Interiors design blog) – stanęła oczywiście na wysokości zadania. W piątek o 12.00 wybiła godzina zero. Standardowo, zajęłyśmy „nasz” stolik. W grupie siła, więc niezmiennie, przez 3 dni, pracowałyśmy przy jednym blacie z: Izą (Lovely Place), Olgą (Lovely Place), Martą (Jasmine Home), Monika (My little nest). Jesteście ciekawi szczegółów? Wieeem, że jesteście!

Piątkowe spotkanie rozpoczęłyśmy z marką Barlinek. Barlinek przygotował dla nas warsztaty Taste of life! Po zdjęciach pewnie domyślacie się, co robiłyśmy… Tak, tak… własnoręcznie robiłyśmy praliny. Zapach czekolady unosił się i mobilizował, aby zrobić najpiękniejsze czekoladki świata, a na sam koniec schować do złotego pudełka i zawiązać wstążką. Potrzebna była duża dawka cierpliwości oraz precyzji…i bez wątpienia opanowanie, żeby nie zjeść pralin podczas warsztatów, tylko godnie dowieźć je do domu.

Kolejnym punktem w naszym programie były warsztaty zorganizowane przez markę Markslojd, poprzedzone inspirującym wykładem Anny-Marii na temat skandynawskiego dizajnu.
Naszym zadaniem było spersonalizowanie lampy-gwiazdy. Postanowiłyśmy zadziałać grupowo i przyozdobiłyśmy lampę m.in. naszymi podpisami.

Piątek zakończyłyśmy kuratorskich zwiedzaniem wystawy. Hasłem LDF były „Refleksje„. Bez wątpienia eksponaty, które widzieliśmy zmusiły nas do przemyśleń. Wystawa była szokująca i na pewno długo będziemy o niej pamiętać.

Kolejny dzień również nie pozwolił nam się nudzić nawet przez minutę. Na początek wykład Dagmary Jakubczak nt. cybernetyki charakterów. Dagmara to mówczyni, której można słuchać godzinami! 

Później było bardzo kreatywnie, a to za sprawą warsztatów zorganizowanych przez markę TGhome. Marka słynie z przepięknej ceramiki, dlatego naszym zadaniem było stworzenie aranżacji stołu w określonym temacie. Naszemu „stolikowi” przypadło wcale niełatwe zadanie, bo wylosowałyśmy temat „The Great Gatsby – bankiet”. 

Nie było ani chwili wytchnienia, bo czekały na nas kolejne warsztaty. Naszym zadaniem było zaprojektowanie kolekcji kafelek wraz z marką Paradyż. Postawiłyśmy na minimalizm, proste formy, biel i złoto. Nieskromnie napiszę: wyszło bosko!

Po wyczerpującym, ale jakże kreatywnym dniu, spokojnie zasiadłyśmy, aby wysłuchać kolejnego wykładu Dagmary z bloga Forelements nt. „Sztuka codzienności – inspiracje dla domu czerpane z otoczenia” z udziałem marki Purmo.

W niedzielę wstałyśmy już trochę zmartwione, bo przed nami był tylko ostatni dzień MEETBLOGIN, a to oznacza kolejny rok wyczekiwania na tak świetne spotkanie. Ubrałyśmy się, zjadłyśmy pyszną jajecznicę i pobiegłyśmy do sali. A tam czekali na nas reprezentanci marki Rosenthal. Przed nami stały białe figurki przedstawiające anioły, a naszym zadaniem było ich pomalowanie. To nie było proste zadanie! Znowu musiałyśmy włączyć high level cierpliwości i precyzji. Dziewczyny szalały z kolorami, a my z Mamą zachowawczo użyłyśmy szarości i pudrowego różu…

Jeśli myślicie, że to koniec warsztatów i że malowanie po porcelanie jest najbardziej wymagające, to muszę wyprowadzić Was z błędu. Kolejny punk to origami, a instrukcje dawała nam Magda z Dekorujonline. To był dopiero test! Samo wycinanie formy było ciężkie, ale gdy przyszło do sklejania…dali radę tylko ci najwytrwalsi. Każdy był tak skupiony, że rozmowy przy stole były ograniczone do minimum. Czasem tylko w tle słychać było pochodne „kurki wodnej”… 🙂

Trzydniowy pobyt w Łodzi zakończyłyśmy wykładem Oli Munzar pt. „Papier-nożyce-kamień. Utarte ścieżki w postrzeganiu materiałów i jak z nich zejść.” Pomimo późniejszej pory i perspektywy, że przed każdym dłuższa droga do domu-sala była pełna. Każdy wsłuchiwał się w przekaz wykładu.

Na sam koniec jeszcze raz chciałybyśmy podziękować Uli za zaproszenie oraz perfekcyjną organizację całego wydarzenia. Z roku na rok jest lepiej! Aż trudno sobie wyobrazić, co czeka nas za kolejne 12 miesięcy.
Dziękujemy również sponsorom, dzięki którym przeładowane i zapakowane pod sam sufit w samochodzie, wracałyśmy do domu.
Podziękowania należą się także Karolinie Grabowskiej (Kaboompics, która uchwyciła najlepsze momenty na zdjęciach. Wszystkie fotografie, które wykorzystałam w poście są jej autorstwa.