Archiwa tagu: Podróżuj z Sisters About

MAROKO cz.2 ( Casablanca, Marrakech, Paryż) | MOROCCO part 2. ( Casablanca, Marrakech, Paris)

Dzisiaj mam dla Was drugą część relacji z Maroka. Jeśli jesteście ciekawi, co działo się na początku-koniecznie zajrzyjcie do pierwszej części (KLIK). Teraz Casablanca, Marrakech oraz Paryż. 
Podczas pobytu w Rabacie wybraliśmy się pociągiem do Casablanki. Naszym celem był Meczet Hasana II, który wznosi się na sztucznym nasypie ponad wodami Oceanu Atlantyckiego. Budowla została ukończona w 1993 roku. Jest to trzeci co do wielkości meczet na świecie. Do niego przylega minaret o wysokości 210 metrów, dzięki temu jest najwyższym minaretem na świecie. 
Meczet wygląda imponująco, również w środku. Przepiękne, kolorowe mozaiki…nie mogłam oderwać od nich oczu. Niestety sama Casablanca to miasto wielkich sprzeczności. Z jednej strony bogactwo, przepych, a gdy tylko wyjdzie się poza teraz meczetu naszym oczom ukazują się slumsy. Biedni ludzie mieszkają w opłakanych warunkach. Niestety skutkuje to także tym, że samo miasto nie jest w całości bezpieczne i należy uważać na rabunki. 

Nie mogło zabraknąć mojego kochanego Męża 🙂 Chociaż ja byłam odpowiedzialna za pomysł wyjazdu do Maroka, to bez jego sprawnej organizacji ta podróż nie miałaby miejsca.
Kolejnym naszym celem był Marrakech. Nie mogłam doczekać się, kiedy tam pojedziemy. W Marrakechu zatrzymaliśmy się na 3 noce. Mieszkaliśmy w przepięknym Riadzie Quara, co możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej. Taras, leżaki, mnóstwo zieleni. Gdy dotarliśmy na miejsce, w pierwszej kolejności obmyto nam ręce wodą różaną, a później poczęstowano herbatą. 
Czuliśmy się tam jak w domu, a to zasługa właścicieli, którzy byli zawsze uśmiechnięci i pomocni. Jestem pewna, że pewnego dnia tam wrócimy. Dlatego, jeśli planujecie wizytę w Marrakechu to wiecie, gdzie nocować 🙂 
Marrakech jest bardzo głośnym miastem. Wszyscy tu krzyczą, wszędzie słychać klaksony, które ewidentnie są nadużywane 🙂 W przeciwieństwie do Rabatu, w Marrakechu można spotkać mnóstwo turystów.
Podczas naszego pobytu mieszkańcy przygotowywali się do bardzo ważnego święta Eid al-Adha. Przez dwa dni około godziny 6.00 (przez kilkanaście minut) dochodziły do naszego pokoju modlitewne śpiewy. Chociaż nie pozwoliły spać, to było to coś magicznego. Dodatkowo, po rozmowie z właścicielką Riadu dowiedzieliśmy się, że w dniu naszego wyjazdu, aby uczcić ten ważny dzień dla Muzułmanów, rytualnie zabijane są barany. To wiele tłumaczyło, bo przez kilka dni ulice były baranami przepełnione. Jedni brali barana na motor i tak z nim jechali ( 😀 ), inni wrzucali zwierzę do samochodu na miejsce pasażera. Istny kosmos!
Wracając do samego zabijania baranów…bywa, że zwierzęta są zabijane na środku drogi. Ulice spływają wtedy krwią, ludzie wiwatują, a samo mięso jest rozdawane najuboższym. I tu pojawiła się obawa. Bo aby dotrzeć na dworzec autobusowy i złapać samolot musieliśmy przejść całą Medynę. Chociaż szanuję tradycję i religię innych ludzi, to nie ukrywam, że bałam się wyjść z pokoju. Ostatecznie nie było tak źle:) Samego obrządku nie widzieliśmy, w oddali było tylko słychać odgłosy  jeszcze żywych baranów…

Powyżej możecie zobaczyć plac Jamal El Fna. Oprócz pamiątek, świeżego soku z pomarańczy możecie tu zobaczyć małpki ( gotowe do zrobienia zdjęcia), zaklinaczy węży czy też panie robiące tatuaże z henny. Z tymi ostatnimi dobrych stosunków nie miałam. Chociaż początkowo planowałam wykonanie henny na rękach, to później mi przeszło. Dlaczego? Pierwszego dnia, gdy przyszliśmy na plac zaczepiła mnie kobieta, która zaproponowała wykonanie tatuażu. Odmówiłam raz, drugi, trzeci, czwarty (!) aż w końcu kobieta wzięła siłą moją dłoń i zaczęła malować kwiatka. Ledwo się wyrwałam, wytarłam malunek (dzięki czemu cała już byłam w hennie) i dosłownie u c i e k ł a m. Nie muszę chyba pisać, że henny mi się odechciało i do Polski wróciłam z czystymi rękami? 🙂

Jedzenie. Niekończący się temat w Maroku. Zapachy kuszą, oczy podziwiają intensywne barwy. Każdego dnia byliśmy częstowani pysznym śniadaniem ( tylko zobaczcie te genialne talerze!) w naszym Riadzie.
Przed samym wyjazdem do Maroka, wyszukaliśmy knajpki, która była naszym „must visit”. Niestety, chociaż szukaliśmy jej 1,5 h (!!!) na drzwiach czekała na nas karteczka z wiadomością, że restauracja jest zamknięta. 
Oprócz klasycznych potraw, zajadałam się ichniejszymi pączkami bambalouni. Wiadomo, że higiena podania nie była wybitnie wysoka, ale jakie to było pyszne! 
No i soki ze świeżych pomarańczy. Piliśmy je nałogowo litrami, tym bardziej, że ich cena była zaskakująco niska, a sok był wyciskany bezpośrednio przy nas.
Z Marrakechu wracaliśmy przez Francję. Lotnisko Beauvais położone pod Paryżem to istny koszmar. Jest zamykane od godziny 22.30, a otwierane dopiero o 6.00 rano. Co to dla nas oznaczało? Noc pod gołym niebem, pod ścianą lotniska. Okazało się, że nie jesteśmy sami, co bardzo poprawiło nam nastrój. Sami zobaczcie, oaza spokoju wcinająca batony o północy- to byłam ja! Gdy mijały kolejne minuty i temperatura spadła do 9 stopni, to przestało być wesoło. Z plecaka zaczęliśmy wyciągać wszystkie koszulki, sukienki, spodenki-cokolwiek, aby tylko narzucić na siebie. Niestety było nadal zimno, naprawnę ZIMNO. 
Na miejscu byli ludzie z różnych zakątków. Litwa, Pakistan, Hiszpania, Rosja, Rumunia…no i my 🙂  Naszym „aniołem stróżem” okazał się przemiły Pan z Pakistanu. Wypakował on swoją całą walizkę i przykrył mnie oraz inną dziewczynę. Pan był muzułmaninem i jego walizka była przepełniona szatami służącymi do modlitw. Kokon widoczny na ostatnim zdjęciu to ja, właśnie przykryta tymi szatami 🙂 Ponadto, Pan Pakistańczyk udał się kilka kilometrów po kawę z pobliskiego automatu i nam ją przyniósł. Tyle dobroci chyba jeszcze nie spotkałam w jednym miejscu 🙂 Było ciężko, to nie ukrywał-była to świetna przygoda, chociaż lotnisko Beauvais będę omijać szerokim łukiem 🙂

MAROKO cz. 1 (Girona, Rabat) | Morocco part 1. ( Girona, Rabat)

Witajcie kochani! Jak wiecie ostatnie prawie dwa tygodnie spędziłam na wakacjach. Razem z Mężem sami zorganizowaliśmy wyjazd- bilety lotnicze, noclegi, zwiedzanie. Faktycznie, zabiera to więcej czasu niż wizyta w biurze podróży, ale uwierzcie- dla tych wrażeń w a r t o ! Sama relacja została podzielona na dwie części. Dzisiaj Girona & Rabat, a następnym razem Casablanca, Marrakech oraz Paryż 🙂 Zaczynamy?:-)

Swoją podróż rozpoczęliśmy od Girony, miejscowości w pobliżu Barcelony. Po przylocie czekała nas noc na lotnisku. Pomimo obaw wszystko poszło gładko. Lotnisko patrolowała policja, więc było bezpiecznie. Dodatkowo nie byliśmy samotni w tym koczowaniu 🙂 Kilkanaście osób razem z nami wylegiwało się na lotniskowych ławkach. O poranku, po szybkiej (i okrojonej) toalecie wyruszyliśmy z plecakami w kierunku centrum. Autobus spod lotniska dowiózł nas na miejsce. Zjedliśmy pyszne śniadanie w pobliskiej kawiarni. Okazało się, że łatwiej porozumieć się po włosku niżeli angielsku 🙂 
Girona okazała się bardzo przyjemnym, klimatycznym miasteczkiem. Baaardzo przypomina mi włoskie miasta. Na lotnisko wróciliśmy późnym popołudniem, aby zdążyć na samolot do Rabatu, stolicy Maroka.

Do Rabatu dotarliśmy wieczorem. Mieliśmy jeden cel: szybkie pojawienie się w Riadzie, czyli miejsca, gdzie mieliśmy mieszkać. Początkowo chcieliśmy jechać autobusem, ale prędko okazało się, że jeżdżą one po swojemu, bez rozkładów. Ba, nawet nie było wyznaczonych przystanków. Po namowach tubylców (oczywiście mężczyzn, bo gdy próbowałam zapytać kobiet, te od razu „uciekały”) wzięliśmy taksówkę. Była to „jazda bez trzymanki”. Dosłownie! Tutaj zasady ruchu drogowego nie obowiązują. Liczy się refleks. Można jeździć na czerwonym świetle, pomiędzy pieszymi, którzy idą po pasach mając zieloną lampkę. Gdy wreszcie dodarliśmy do centrum medyny, czyli starego miasta, w którym znajdował się nasz Riad byliśmy bezradni. Mnóstwo ludzi,  z e r o turystów, wieczór a my z plecakami  poszukując miejsca do spania. Całe szczęście ludzie są tu bardzo pomocni ( o czym przekonywaliśmy się na każdym kroku). Podszedł do nas pewien Pan i wskazał ulicę. Udało się! Zmęczeni, po dwóch dniach podróży dodarliśmy na miejsce! Tradycyjnie zostaliśmy przywitani marokańską herbatą z miętą i cukrem. 

Zatrzymaliśmy się w Riadzie (czyli tradycyjnym marokańskim domu z patio) „Dar Yanis” w samym sercu medyny (tutaj znajdziecie namiar KLIK ). Każdego dnia jedliśmy typowe marokańskie śniadania z ichniejszymi plackami, chlebkami i naleśnikami. Nie obyło się też bez ich tradycyjnej herbaty z miętą. 

Sam Rabat to biało-niebieskie miasto. Chociaż leży nad Oceanem Atlantyckim to turystów tu brak. Czym to skutkuje? Tym, że wyłącznie ja przechadzałam się w krótkich spodenkach, a na plaży w samotności opalałam się w normalnym stroju kąpielowym. Nie była to komfortowa sytuacja, przede wszystkim wtedy, gdy inne kobiety robią ci zdjęcie, gdy ty relaksujesz się na plaży 🙂 
Czy miałam problemy ze strojem? Generalnie nie, jednak zdarzyła się raz sytuacja, kiedy jeden młody mężczyzna pouczył mnie niemiłym tonem, że w Maroku należy ubierać się inaczej. Tego samego dnia zakupiłam sukienkę do ziemi, aby wtopić się w tłum 🙂
 Myślę, że gdybym pomieszkała tam miesiąc to chodziłabym zakryta po kostki. Tam po prostu nie chcesz się odznaczać, wystarczą już blond włosy, które budzą ciekawość.

Maroko boryka się z problemem wielkiej ilości kotów. Często na ulicach są wysypywane karmy, a z plastikowych butelek są robione miski z wodą, ale to niewiele zmienia. Wychudzone kociaki, które ledwo trzymają się na łapkach to okropny widok…

W kwestii jedzenia w ogóle się nie oszczędzaliśmy. Całe szczęście problemy żołądkowe nas ominęły 🙂 Stołowaliśmy się na ulicy. Najczęściej odwiedzaliśmy knajpkę w naszej medynie, która wyglądała jak kiepskiej jakości bar mleczny. Ale jedzenie było pyszne! Hitem była dla mnie harira, zupa z ciecierzycy. Nie obyło się też bez przydrożnych budek, gdzie kupowaliśmy panini czy też inne zawijasy. Skusiliśmy się także na chipsy ziemniaczane smażone na środku drogi i pakowane w kartkę papieru. Mi trafiło się CV jakiegoś inżyniera 😀 Dreszczyk emocji przeżywaliśmy także kupując soki owocowe bądź lemoniadę u pana, który nalewał napół nurkując kubkiem na dno wielkiego garnka. Za każdym razem pojawiało się pytanie: zanurzy rękę czy nie? 
Najgorsze były dla mnie ślimaki i zupa z nich. Przysmak, którymi ludzie zajadali się na ulicy. A ja widząc wielkie garnki, z których unosiła się para dyskretnie zatykałam nos i wymijałam smakoszy tego dania. 
Na targach spotkać też można było klatki z żółwiami w różnych rozmiarach. Oczywiście przeznaczone do zjedzenia… Ble!
Poniżej możecie zobaczyć bazary (tzw. suki) przepełnione pamiątkami dla turystów. Jak rozpoznać, że suk jest zamknięty? Świadczy o tym kij położony przy wejściu. Nie są potrzebne żelazne drzwi, i tak nikt nikomu nic nie ukradnie 🙂 Pełen podziw!

Na dzisiaj to tyle. Następnym razem pojawi się druga część relacji CASABLANCA-MARRAKECH-PARYŻ. Co nam się przytrafiło? Dlaczego musiałam uciekać? I dlaczego bałam się wyjść z pokoju? O tym wszystkim + milion innych wrażeń już niebawem 🙂

Podróżuj z Sisters About-RZYM

Dziś kolejna odsłona cyklu „Podróżuj z Sisters About”. Tym razem wyczekiwany długo Rzym
Często bywa tak, że Rzym zwiedzamy w przelocie, w ciągu jednego dnia. Moi drodzy, to miasto na to nie zasługuje!:-) Warto pobyć w nim chociaż kilka dni, aby poczuć klimat, na spokojnie pozwiedzać. Całe szczęście można trafić na bardzo okazyjne ceny biletów lotniczych, więc cała wyprawa nie musi skończyć się pustym kontem bankowym:-)

Dodatkowo, mam dla Was fajnie miejsce, w którym możecie się zatrzymać. Rome New Home, bo to o nim mowa, jest usytuowany bardzo blisko metra, dosłownie 4 km od Schodów Hiszpańskich. Okolica spokojna, nieopodal najlepsza lodziarnia pod słońcem (w której zatrzymywaliśmy się z mężem kilka razy dziennie…).
Sam pensjonat to nowoczesne miejsce, ze wspólną jadalnią oraz łazienką. Utrzymany w czystości, z przemiłym włoskim gospodarzem-Roberto pomaga w dosłownie wszystkim 🙂 O poranku serwowane są włoskie śniadania (bardzo włoskie…i bardzo słodkie:-))) a kawy możemy się napić o każdej porze.
No to kto planuje odwiedzić Rzym jeszcze w tym roku?:)

sklepy z tapetami
Rome New Home – Bed & Breakfast
Via Salento, 14 – 00162 Roma
Tel. +39 328.22.88.972
info@romenewhome.it
www.romenewhome.it

LOFTHOTEL [ Relacja z pobytu w Warszawie ]

Pobyt w Warszawie-zaliczony! Były to bardzo intensywne dwa dni. III Polish Businesswoman Congress udał się w 100%! Głównym powodem dla którego pojechałam do stolicy było wystąpienie Mateusza Grzesiaka. Nie muszę Was chyba zapewniać, że było nieziemsko?:-) 
A teraz konkrety 🙂 Obiecałam Wam komentarz odnośnie miejsca, w którym się zatrzymałam. Hotel został mi polecony przez koleżankę Kasię (Kasia prowadzi bloga ZENJA-zapraszam do odwiedzin KLIK). Gdy tylko przeglądałam ofertę hotelu i zobaczyłam jak wygląda on od środka, to wiedziałam, że muszę tam przenocować. 
Lofthotel Przychodnia, jak sama nazwa wskazuje, przypomina nam wizytę u lekarza w klimacie loftowym. Wszędzie panuje sterylna biel, rury oraz kable przyozdabiają ściany a intensywny akcent w postaci żółci rozwesela wnętrze. 

Gość hotelowy ma do dyspozycji kuchnię, w której można przygotować posiłek bądź napić się dobrej herbaty. 

Korytarz ma typowo szpitalny charakter, więc nie mogło zabraknąć stojaka na leki bądź kroplówkę… 
Każdy pokój ma oznaczenia przy wejściu. Symbole podpowiadają nam czego możemy się spodziewać w środku. Jest informacja o liczbie łóżek, ubikacji oraz łazience, TV oraz dostępu do wifi. Genialne!:-) 
Zwróćmy także uwagę na same drzwi, które przypominają te od windy 🙂
Nie musimy przesiedzieć całego wolnego czasu w pokoju, oj nie! Możemy zintegrować się w „poczekalni”. Zobaczcie tylko jak ta żółć genialnie komponuje się z surowym betonem i bielą na ścianach. A do tego wszystkiego dizajnerskie oświetlenie. Bomba!

 Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale zarówno korytarz jak i pokoje są przyozdobione w stare, metalowe tablice. Sama mam takich pare u siebie w mieszkaniu. Zdobyłam je na targach staroci, więc  jeśli i Wam się spodobały, to proponuję poszukać właśnie na takich targach, które z pewnością są organizowane w Waszych miastach.

 A teraz zajrzymy do pokoju. To co rzuca się w oczy to lampy oraz łóżka wykonane z palet. Dodatkowo w pokoju możemy znaleźć ogromny telewizor, zabudowaną szafkę, stolik wraz z fotelem…a także umywalkę 🙂 
Okno wychodzi na ulicę, ale jest zamontowana szara roleta, dzięki temu nie musimy się obawiać podglądaczy:-)

Sami widzicie, Lofthotel Przychodnia nie jest zwykłym miejscem, gdzie możecie przenocować. Mi pobyt bardzo się podobał, było czysto, estetycznie i…inaczej. 
Plusem tego miejsca jest także lokalizacja. Hotel znajduje się przy ulicy Pięknej 21, kilka minut od Pałacu Kultury. 
A teraz ciekawa jestem Waszych opinii. Jak podoba Wam się taki klimat hotelu? Lubicie zatrzymywać się w takich miejscach czy wolicie hotele o klasycznym wystroju? 
Pozdrowienia!
Marcelina

Podróżuj z Sisters About [ Kraków ]

Jakiś czas temu rozpoczęłyśmy cykl „Podróżuj z Sisters About”. Z uwagi na to, że zawitała do nas kalendarzowa wiosna i na podróże mamy coraz większy apetyt, to dziś zwiedzimy Kraków od strony hotelowej. 

W hotelu „Premier” znajdziemy dosłownie wszystko. Pokoje są ładnie urządzone, w spokojnej kolorystyce (to co lubię!), dodatkowo serwowane jest pyszne jedzenie….i do tego basen i sauna! Żałuję, że mogłam spędzić w nim tylko dwa dni. 

Znalezione przeze mnie pokoje w Krakowie to też idealne miejsce na konferencje ( ja właśnie z tego powodu zawitałam do tego miasta), a z tego co widać na zdjęciach-również na organizację wesel.
Ocenę pozostawiam Wam 🙂 
A teraz wielki apel do WAS! W pierwszej połowie kwietnia mam zamiar zawitać do Warszawy…I tu pojawia się problem, bo nie znam żadnego fajnego miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać. Wobec tego może Wy możecie coś polecić? Byłabym wdzięczna! Oczywiście jeżeli miejsce się sprawdzi opiszę je na naszym blogu…a już niedługo obiecany RZYM! Chociaż wiele osób wzięło namiary e-mailowo, to i tak uważam, że warto o tym wspomnieć 🙂
Buziaki
Marcelina

Poskromienie zimy [Fuerteventura]

Kochani, dziś mała relacja z pobytu na Wyspach Kanaryjskich (Fuerteventura). Kilka dni temu wróciliśmy z mężem z zimowych wakacji. Zdecydowanie potrzebowaliśmy zmiany klimatu. Oprócz wygrzewania się na plaży, spędziliśmy wolny czas na spacerach oraz pochłanianiu pysznych dań. To już nasza kolejna wizyta na Wyspach i na pewno nie ostatnia! Doskonałe miejsce w szczególności, gdy w Polsce jest zimno a nam marzy się chwila wytchnienia na słońcu. Nie przedłużając, zapraszam Was do oglądania zdjęć 🙂

Podróżuj z Sisters About : WROCŁAW

Witajcie!
Rozpoczynamy dziś nową serię wpisów…Podróżuj z Sisters
About.
Co to takiego? Będziemy polecać kwatery w Polsce (i nie tylko!), do których warto zawitać. Niektóre miejsca są bezpośrednio sprawdzone przez nas, a niektóre
polecone przez naszych dobrych znajomych.
Zaczynamy od Wrocławia. Bardzo chciałam z mężem tam przyjechać przed końcem roku. Niestety nie wiem czy damy radę, ale na pewno tuż po nowych
roku się tam wybierzemy. Do wyboru jest kilka kwater, w różnych cenach, więc
każdy znajdzie coś na własną kieszeń.
Pod tym linkiem możecie dowiedzieć się
więcej http://kwaterydlafirm.pl/ , a także zrobić
rezerwację.
Wnętrza (a jakże istotna kwestia 🙂 ) są urządzone prosto i ze
smakiem. Totalnie urzekł mnie motyw cegły oraz jasne, przestronne pokoje. Dodatkowo jest kuchnia, w której możemy przyrządzać posiłki. 
 Miejsce zostało polecone przez moich znajomych. Może nawet z nimi się
tam wybierzemy. Do Wrocławia mamy blisko, a warto pozwiedzać, bo miasto wydaje
się cudne ( mieszkańcy Wrocławia-czekamy na potwierdzenie! 🙂 ) Bądź co bądź, nie samym Krakowem żyje człowiek, więc należy także zawitać do innych
miast.

Niebawem na blogu pojawi się polecenie noclegu w Rzymie.
Jeśli planujecie w najbliższym czasie podróż do tego włoskiego miasta-śledźcie
nas koniecznie 🙂
Buziaki,
Ewelina

Włoskie wspomnienia cz. 3 INSTAGRAM MIX

Cześć Kochani 🙂

Leżę pod kocem i wspominam…We Włoszech było tak bajecznie, ciepło i pysznie. Cudowna architektura, zabytki, jedzenie…oj chciałabym do tego wrócić. Póki co, jestem uziemiona z powodu choroby, która przypałętała się praktycznie zaraz po powrocie do Polski. Jak pech to pech 🙂

A dziś mam dla Was przegląd zdjęć z instagramu. Wszystkie rzecz jasna we włoskim klimacie 🙂
Buźka! Marcelina

Zdjęcie zrobione podczas zwiedzania Forum Romanum, z widokiem na Koloseum /
Centrum Rzymu…tutaj nawet drzewa są przycięte „od linijki” /
Vespa, która mi się marzy od dawna 🙂 /
Nie wiem dlaczego, ale we Włoszech zawsze ogarnia mnie dziwna fascynacja starymi samochodami/
Moment, gdy przypadkowo dotarliśmy do Watykanu po kilku godzinach niezobowiązującego spacerowania po Rzymie/
Katedra w Sienie. Chociaż mniejsza, to bardzo przypomina tę , która mieści się we Florencji. /

Owoce morza…Nic sie nie zmieniło, podczas pierwszej podróży do Rzymu 18 lat temu również ich próbowałam, ale efekt ten sam „bleee” 😀 /
Pizza na kawałki, najlepsza!
Gnocchi, czyli piekielnie dobre kluseczki w sosie pomidorowym/
Cannoli pistacjowe. Nie dałam zjeść całego, bo pistacjowy krem mnie pokonał, ale mąż z wielką przyjemnością pomógł 🙂
Lody…gelati-najlepsze na ŚWIECIE! Mieliśmy swoją ulubioną lodziarnię, w której raczyliśmy się deserem nawet dwa razy dziennie. Obowiązkowo podwójna porcja 🙂 /
Supli- ryżowa kulka z serem i szpinakiem, obtoczona w panierce. Może nie wygląda, ale jest baaardzo syte/

Znowu lody…owoce leśne i czekolada tym razem i wyjątkowo ze śmietaną, za którą z reguły nie przepadam 🙂 /
Prawda, że piękna „maszyna”? /
Są Włochy, to muszą być Pringles i nutella. Innej opcji nie ma 🙂 /
Myślałam, że mam duży nos, ale Pinokio mnie pokonał. Uff, jeszcze nie jest tak źle. /
Makaron 7 grzechów…czyli co się nawinie, to będzie. Inwencja twórcza kucharza, a że kucharz całkiem w porządku to mu zaufaliśmy. Było warto!:-) /
Klasyczne zdjęcie…:-) /
Siena i jej piękne widoki. Jechaliśmy 3 godziny pociągiem, ale było warto!/
Tam zawsze jest mnóstwo ludzi, ale w niedzielę Rzym przeżywał totalne oblężenie./
Zakupy… Książka Chiary Ferragni była moim MUST HAVE., Chociaż blogerkami modowymi zbytnio się nie interesuję, to ta Włoszka zawróciła mi w głowie 🙂 /
I czasopisma, które kupiłam na lotnisku w drodze powrotnej. /
Mąż w roli fotografa. Pasuje mu! / 
Miasto miastem, ale zaliczyliśmy dwa wypady nad morze. Cudownie 🙂 /

Włoskie wspomnienia cz. 2

Cześć Kochani!
Dziś znowu powracamy do włoskich klimatów. Będąc w Rzymie zakupiłam kilka czasopism, również tym o wnętrzach, dlatego przygotowałam dla Was zdjęcia z tych gazet, które mogą być również dla Was inspiracją.
Czekam na Wasze opinie, co najbardziej przypadło Wam do gustu 🙂
Miłego oglądania!
Marcelina
CASA facile 10/2014
 CASA GRAZIA 10/2014

marie claire Maison 10/2014

Włoskie wspomnienia cz. 1

Witajcie kochani!:-)
Czas powrócić do obowiązków, pracy i blogowania. Urlop zakończony! Niesamowicie ciężko podkręcić tempo po wakacjach. Chociaż czas spędzaliśmy aktywnie (co odbiło się na naszych bolących stopach), to leniwe wieczory z makaronem na talerzu są niezastąpione. 
Zwiedziliśmy Rzym wraz z Watykanem, nadmorskie miejscowości Anzio i Ostia oraz Sienę. Chociaż początkowo mieliśmy zawitać do Neapolu, to po namowie znajomych zdecydowaliśmy się na Sienę. 
Rzym nas oczarował! Chociaż dawno temu miałam okazję zwiedzić Wieczne Miasto, to fajnie było odświeżyć wspomnienia. Zdecydowanie Rzym jest najpiękniejszy. Według mnie powala bardziej niżeli Florencja czy Mediolan. 
Siena natomiast bardzo miło nas zaskoczyła. Cudowne miasto, świetna zabudowa z pięknymi widokami. Warto było zmienić kierunek i pojechać właśnie tutaj. 
Jak dobrze wiecie, uwielbiam Italię i praktycznie wszystko co się z nią wiąże. Jedzenie jest tam na medal, a do tego bajeczne lody. Mieliśmy z mężem szczęście, bo nieopodal naszego zakwaterowania mieściła się lodziarnia z najlepszymi lodami w całym Rzymie. Rezultat był taki, że każdego dnia po śniadaniu i tuż przed pójściem spać raczyliśmy się przeróżnymi smakami lodów.
To co nas zaskoczyło, to pogoda. Domyślaliśmy się, że będzie ciepło, ale nie aż tak! Po prostu UPAŁ 🙂 
A teraz zapraszam Was na małą relację z tego wyjazdu. 
Nie zapomnijcie do nas zawitać także w czwartek, bo wtedy na blogu rusza KONKURS 🙂
Buziaki!
Marcelina