Wszystkie wpisy kategorii: Dziecko

Drugie urodziny – jeszcze bardziej luksusowe

Nie bójcie się, tytuł jest trochę przewrotny. Niewątpliwie nawiązuje do zeszłorocznego postu, pierwszych urodzin Klary. Spotkał się on z wieloma skrajnymi opiniami. Jedni podziwiali, doceniali, a drudzy? A drudzy m.in. uznali, że urodziny te były „na bogato”. Cóż, po krótce, dla przypomnienia: urodziny odbywały się podczas pandemii, w domu. Jedynymi gośćmi był Bartek-tata Klary i ja. Ciasta przygotowałam sama, balony nadmuchaliśmy wspólnie. Rodzina i przyjaciele zadbali o prezenty, które dostarczali pocztą lub zostawiali pod drzwiami. Żeby dodać pikanterii również ubraliśmy się nieco odświętnie. O co więc chodzi z tym luksusem? Dlaczego teraz było bardziej luksusowo? Zaraz Wam opowiem.

Dlaczego te urodziny były bardziej luksusowe, niż poprzednie

Niezbywalnym, niepodważalnym argumentem jest fakt, że urodziny odprawialiśmy 4 razy. Nic mi się nie pomyliło, faktycznie urządziliśmy w domu 4 imprezy urodzinowe dla Klary. Wszystko dlatego, że podobnie jak w zeszłym roku-urodziny wypadły podczas pandemii, gdy miał miejsce ostry lockdown. Nie było aż tak źle, jak rok temu, ale zależało nam na tym, aby zachować minimum bezpieczeństwa. Luksus polegał również na tym, że na stole nie było wyłącznie mojego sernika czy bezy, ale przede wszystkim torty na zamówienie. Genialna sprawa! Doznania smakowe to jedno, ale ten pisk radości dziecka zaraz po ujrzeniu tortu urodzinowego-bezcenny.

Balony dziecięcym marzeniem

Nie wiem, co takiego jest w balonach, ale mają cudowną moc. Sama pamiętam, że maksimum szczęścia doznawałam, gdy zawiązywano wstążeczkę na moim nadgarstku z unoszącym się obok balonem wypełnionym helem. Do tej pory uśmiecham się na ich widok, ale też staram się dostarczać tej radości swojej córeczce. Dlatego zamówiłam mnóstwo balonów, aby uczcić drugie urodziny Klary. Oprócz zwykłych, pojawiły się również tematyczne ze Świnką Peppą w roli głównej oraz butla z helem, aby balony unosiły się nad podłogą. Żałuję, że nie mam zdjęć, ale mina Klary, gdy rano wstała i zobaczyła unoszącą się ulubioną świnkę pod sufitem…nie do opisania.

Precyzyjne wybieranie prezentów

Każdy wie, że wybranie prezentu dla dziecka jest dość skomplikowanym i stresującym procesem. Zwykle obserwuję, co interesuje Klarę, podpytuję ją albo podpatruję u innych dzieci. Od urodzin Klary minęły ponad dwa miesiące, więc mogę wam spokojnie polecić zabawki, które znalazły  się na naszej urodzinowej liście. Zacznijmy od tego, że zawsze sprawdzają się wszelkiego rodzaju układanki, puzzle czy książeczki. Ale pojawiło się też kilka innych prezentów, które mogą Was zainspirować 🙂 Oto one:

 

  1. Zestaw PLAY-DOH do robienia lodów. To nasz pierwszy zestaw tego typu, ale pewnie z czasem coś dokupimy.
  2. Kamper Barbie 3w1. Klara Barbie uwielbia, więc na urodziny prócz np. lalki lekarski otrzymała taki pojazd. Świetny, bo zajmuje dziecko na dłużej. W kamperze prócz odczepianego samochodu, łódki, sypialni czy łazienki znajdziemy akcesoria do przygotowania posiłków etc.
  3. Skuter na akumulator w stylu włoskiej Vespy. Klara uwielbia siadać na moją Vespę, lubi też wszelkiego rodzaju mobilne zabawki, więc taki skuter był prostym wyborem. Nasz upolowaliśmy na allegro, więc polecam tam zajrzeć 🙂
  4. Lodziarnia Melissa&Doug. Te drewniane zabawki gwarantują niezłą zabawę, szczególnie z zestawem kuchni, który Klara dostała rok temu.
  5. Deska do balansowania (u nas marki Gakker). To nie tylko deska, ale też zjeżdżalnia czy stoliczek. Zasosowań sporo, a sam przedmiot „rośnie” z dzieckiem.
  6. Walizka dziecięca See-Ya Suitcase.  Zaczęło się niewinnie, gdy Klara w tv zobaczyła jak dziewczynka ciągnie walizkę na kółkach.  Ale tak się składa, że od kwietnia często gdzieś wyjeżdżamy i walizka nie służy tylko do zabawy. Klara pakuje do niej swoje zabawki, które zabiera w podróż i dumna ciągnie za sobą walizkę. Polecam!

A jak wam udawało się organizować imprezy podczas pandemii? Ograniczaliście liczbę osób czy kompletnie nie zawracaliście sobie tym głowy?

ps. Ten „luksus” to wiecie…tak z przymróżeniem oka 🙂

Jak dziecko zmieniło nasze mieszkanie?

Pamiętam słowa koleżanek, które zostały mamami. Niektóre nieśmiało wspominały, że ich dom zamienił się w bawialnię po przyjściu na świat dziecka. Inne, bez zahamowań wykrzykiwały „Naciesz się tymi białymi ścianami, naciesz!”. Nieszczególnie przejmowałam się czarnymi wizjami macierzyństwa, które dotyczyły moich czterech ścian. Z tyłu głowy miałam wspomnienia  mojej Mamy, która zawsze twierdziła, że byłam aniołkiem i jej świat w żaden sposób nie został naruszony, gdy się urodziłam. Co mogę teraz powiedzieć? Bez wątpienia byłam dzieckiem aniołem i jestem przekonana, że ten gatunek dzieci już przeszedł do historii…

Układanie książek nie miało sensu

Gdy Klara zaczęła raczkować, a tym samym przemieszczać się pełzając przez całe mieszkanie, upodobała sobie regały z książkami. Stety czy niestety, książek u nas całe mnóstwo i nie trzeba się nagimnastykować, żeby je dosięgnąć nawet jeśli ma się zaledwie kilka miesięcy. Co to oznacza? Klara kilka(naście) razy dziennie wyciągała partiami książki i rozrzucała je po podłodze. Nie zliczę, ile razy układałam je zgodnie z wcześniej ustaloną tematyką. Były momenty, gdy nie dawałam rady i stosy książek potrafiły przeleżeć kilka godzin na ziemi, aż Klara nie poszła na drzemkę. Teraz jest o wiele lepiej. Książki trzymają się półek, a jedyne na co Klara sobie pozwoli, to wyciąganie swoich książeczek. Uf!

Bibeloty schowały się w szafie

Nigdy nie byłam typem osoby, która uwielbia bibeloty i czerpie niesamowitą radość z przestawiania wazonów, pudełek i innych pierdół. Jednak zawsze na komodzie, szafce, stole coś stało. I o ile jest to metalowy lampion, z którym Klara uwielbia przechadzać się po mieszkaniu, to wszelkie szklane czy ceramiczne bibeloty musiały zostać albo umieszczone naprawdę wysoko, albo upchnięte w szafie. Powoli córeczka traci zainteresowanie tym, co znajduje się na wysokości jej wzroku, ale nie mam jeszcze odwagi, aby wyciągnąć swoje skarby 🙂

Bujak ze zdjęcia znajdziecie w sklepie mmhandmade.pl

Salon zamienił się w bawialnię

Nie jest tak, że toniemy w zabawkach i nasz salon nie przypomina salonu. Co to, to nie. Ale skłamałabym mówiąc, że żadna zabawka nie przekracza progu pokoju dziecięcego. W salonie jest miejsce na regale, gdzie znajdują się ulubione książeczki Klary. Przy bocznej szafce kuchennej stanęła mała kuchenka dla Klary. W ciagu dnia możemy wpaść na wózek dla lalek, rozłożone puzzle czy pluszowego misia. Staram się na bieżąco ogarniać powstający rozgardiasz, więc przy odrobinie mobilizacji salon pozostaje salonem.

Kubek z kawą pod ręką? To luksus!

Jeśli zostawimy pełny kubek na stoliku kawowym to są dwa wyjścia: albo jego zawartość wyląduje w brzuszku Klary albo na podłodze. Dlatego wszelkiego rodzaju płyny (już nie wspominam nawet o gorącej herbacie) możemy spijać w spokoju, gdy Klara śpi lub jest w żłobku.

Moje okna już nigdy nie będą czyste

Za każdym razem dziwiłam się widząc u znajomych brudne lustro, szyby, przeszklone witryny. Przecież wystarczy przetrzeć szmatką, użyć jednego psika płynu do szyb. Co się stało po latach? Nie wystarczy. Nie wystarczy, bo okazuje się, że te plamy szybko znikają, ale tak samo szybko znów się pojawiają. Przykładanie rąk do szyby, dawanie buziaków w lustro…zrozumie tylko ten, kto ma to na codzień.

Zablokuj się

Jest jedna rzecz, która chyba najbardziej mnie śmieszyła i oburzała zarazem. Blokady na szafkach. Po co? Przecież dziecku wystarczy wytłumaczyć. No… nie wystarczy. O ile nie musieliśmy montować blokad w kuchni, to szafka biurowa z szufladami nie obeszła się bez specjalnym blokad dla dziecka. Klara czerpała niewiarygodną radość z wyciągania ważnych papierów z naszych szuflad, więc nie było innego wyjścia. Myślę, że etap wyciągania mamy już za sobą i lada dzień blokady znikną z naszego domu. Oby!

Są wyjątki!

Jednakże są kwestie, które w ogóle nie mają miejsca w naszym wnętrzu. Przykładowo białe ściany. Wiecie, ileż musiałam się nasłuchać, że przy dziecku nigdy nie zdecyduję się na biel? Przecież dziecko je, ma brudne rączki… Całe szczęście panujemy nad tym, a nawet jeśli zdarzy się wpadka, to obecnie farby są tak dobrej jakości, że wystarczy zwykła szmatka i trochę wody, żeby zabrudzenie zeszło ze ściany. Nasz dom (a szczególnie pokój dziecięcy) nie zamienił się też w kolorowy cyrk. Dalej utrzymujemy kolorystykę beżu, szarości i bieli. Śmieszą mnie komentarze, że skoro tak mam urządzony dom, to pewnie moje dziecko nie ma dzieciństwa. Ma i to wspaniałe, ale miejsce zabawek jest także w szafie, a ściany nie muszą być kolorowe, przyozdobione bajecznymi motylkami czy naklejkami w świnkę Peppę.

Bujak w kolorze cappuccino: mmhandmade.pl

Sami widzicie, wiele zmienia się po urodzeniu dziecka, także w naszych wnętrzach. Jestem ciekawa z czym wy borykacie się każdego dnia? Co was zaskoczyło, gdy na świecie pojawiło się maleństwo? A może wręcz przeciwnie, nastawialiście się na armagedon, a skończyło się niezwykle pokojowo? Koniecznie podzielcie się swoimi historiami!

Wózek dziecięcy – jak sprawuje się po ponad roku używania?

Dlaczego właśnie TEN?

Wybierając wózek dla Klary szukaliśmy opcji 2w1 (gondola + spacerówka). Zależało nam, aby wózek był solidnie wykonany, wygodny dla dziecka…ale też ładny. Postawiłam na klasyczną czerń, bo to wybór ponadczasowy, ale też idealny dla obu płci. Dzięki temu, jeśli w przyszłości Klara doczeka się brata, to nie będzie problemu z wykorzystaniem tego samego wózka 🙂

Jeśli ciekawi jesteście recenzji wózka NUNA MIXX2 w wersji z gondolą, koniecznie zajrzyjcie do wpisu, który ukazał się ponad rok temu na blogu. A tymczasem, kilka cennych informacji na temat spacerówki (mamy kolor Caviar).

Co wyróżnia go od innych?

Rozkładane oparcie (aż w 5 stopniach)

Dość szybko przeszliśmy z gondoli na wózek spacerowy. Klara nie czuła się komfortowo leżąc w gondoli, w której praktycznie nic nie widziała. Całe szczęście, naszą spacerówkę można rozłożyć na płasko, więc nawet maluszek może w niej jeździć. Dodatkowym plusem jest łatwy (i nieinwazyjny) sposób rozkładania oparcia. Jeśli dziecko nagle zaśnie podczas spaceru, możemy szybko rozłożyć maksymalnie oparcie, bez stresu, że maleństwo się przebudzi. Plusem (szczególnie na samym początku) jest też ustawianie siedziska przodem lub tyłem do kierunku jazdy. Starsze dziecko czerpie radość z podziwiania świata, ale młodsze zdecydowanie woli mieć rodzica w zasięgu wzroku.

Solidna rama

Chociaż używaliśmy ramy już wcześniej, wpinając do niej gondolę, to nadal działa bez zarzutu. Wózek można szybko złożyć. Ma regulowaną wysokość uchwytu. Hamulec tylny jest porządnie wykonany, nie zacina się. Do tego duże, piankowe koła nadają się na spacer nie tylko po równym chodniku, ale też w mniej sprzyjających warunkach (np. w lesie). Ich rozmiar nie jest wielkim problemem, bo nawet jeśli nasz bagażnik nie jest ogromny, to raz-dwa można je zdemontować na czas podróży samochodem. Ponadto, po złożeniu wózka możemy go „ciągnąć” jak walizkę. To dobre rozwiązanie jak na jednej ręce trzymamy dziecko i musimy się przemieścić z maluchem.

Wygoda dla dziecka

Siedzisko sprawia wrażenie bardzo wygodnego. Jest przyjemne w dotyku, a to ważne jeśli wybieramy się na długi spacer. Co więcej, do kompletu dostajemy śpiworek. Podnóżek jest regulowany, a barierka ochronna ma ręcznie wyszyte akcenty.

Pogoda nam nie straszna! 

Gdy niespodziewanie podczas spaceru zacznie padać-wystarczy użyć przezroczystej folii przeciwdeszczowej. Natomiast, jeżeli chcemy uchronić dziecko przed słońcem możemy rozsunąć maksymalnie daszek. Dziecku nie będzie zbyt gorąco, bo wózek został wyposażony także w siateczkowe okienko z funkcją wentylacyjną. Z takim wózkiem bez wahania możemy udać się na zakupy i nie dość, że nie musimy obawiać się pogody, to jeszcze nie wrócimy obładowani w reklamówki zawieszone na ramieniu. Bowiem wózek ma WIELKI kosz na zakupy, do którego zmieścimy dosłownie wszystko!!

Czy ponowie zdecydowalibyśmy się na ten model?

Bez wątpienie-TAK! To chyba najlepsza rekomendacja z możliwych. Ale faktycznie, gdybyśmy musieli jeszcze raz podjąć decyzję w kwestii wyboru wózka (zarówno gondoli jak i spacerówki), to ponownie zdecydowalibyśmy się na markę NUNA.

Urodziny w czasach zarazy, czyli jak zorganizowaliśmy roczek Klary + idealny prezentownik dla roczniaka

Nowe realia

Jeśli ktokolwiek powiedziałby mi, że z jakiegoś powodu roczek Klary nie dojdzie do skutku, to bym go wyśmiała. Bo niby dlaczego? Wszystko z wyprzedzeniem zostało zaplanowane. Msza święta zamówiona, rezerwacja lokalu wraz z wybranym menu odhaczona, goście zaproszeni. A tu nagle dociera do nas informacja z mediów, że imprezy odwołane, msze święte także, a restauracje mogą serwować jedzenie wyłącznie na wynos. Decyzja była prosta: najwyżej zorganizujemy Klarze drugie urodziny na miarę księżniczki, a teraz zrobimy tyle, ile będziemy mogli.

Planowanie to klucz do sukcesu

Sytuacja w kraju, jak i na świecie rozwijała się dynamicznie. To oznaczało, że nie mamy pewności, czy sklepy zostaną otwarte, a może będzie jeszcze gorzej i nawet usługi kurierskie będą tymczasowo zablokowane. Dlatego, od razu wzięłam się za składanie zamówień. Wiedziałam, że prawdopodobnie będziemy roczek klary spędzać tylko w trójkę: solenizantka, Bartek i ja, ale chciałam, żeby było magicznie. Zatem zamówiłam balony, czapeczki, papierowe talerzyki etc. Nie zabrakło też przeróżnych prezentów, bo pierwsze urodziny ma się tylko raz, prawda?:)

Zabawa na całego!

Przygotowania do „imprezy” szły pełną parą. Okazało się, że nie tylko my jako rodzice zaangażowaliśmy się w to wydarzenie. Od rodziny i przyjaciół sukcesywnie napływały prezenty. Jedne przywoził kurier, drugie były zostawiane na wycieraczce przed drzwiami. Dzień przed przed TYM dniem upiekłam torcik (czekoladowy biszkopt, krem stracciatella i maliny), a także bezę z owocami tak, żeby w niedzielę rano 5go kwietnia wszystko było już gotowe. Zawiesiliśmy też balony i inne ozdoby. Po obiedzie, ubraliśmy się wyjściowo. Klara założyła sukienkę, która była specjalnie kupiona z myślą o jej roczku. Na stole prócz słodkości pojawiły się także chrupki kukurydziane oraz biszkopty.

Tematyka przewodnia imprezy urodzinowej

Od zawsze zachwycam się imprezami tematycznymi organizowanymi dla dzieci. Jednak w przypadku tak małego dziecka, jak Klara bardzo trudno wybrać temat. Klara nie ogląda bajek, więc nie ma swojego ulubionego bohatera. Postanowiłam urządził imprezę w neutralnych kolorach (biel, pudrowy róż, złoto) i przemycić motyw myszki. Nie tylko tej powszechnie znanej Myszki Miki. Podczas naszej podróży do Włoch, gdy Klara miała 5 miesięcy, kupiliśmy jej w sklepie Disney’a maskotkę Minnie. Dodatkowo, Klarcia uwielbia swoją myszkę baletnicę (Maileg). Sami widzicie, motyw ten się przewija i wydałam mi się najbardziej odpowiedni dla tej uroczystości.

Dobre łącze w czasach zarazy

Nigdy nie sądziłam, że dobre łącze internetowe może być tak istotne. Okazało się, że jest bardzo ważne, gdy chcemy zorganizować urodziny online 🙂 Rozmowy wideo przez telefon, czy biesiadowanie przy stole z użyciem skype’a-wszystko po to, aby chociaż trochę pobyć z bliskimi i pokazać im naszą dziewczynkę, która ukończyła pierwszy rok swojego życia. Ale to nie wszystko! Wyobraźcie sobie, że późnym popołudniem oglądaliśmy transmisję mszy świętej w intencji Klary, prosto z naszego kościoła, z naszej parafii w Mysłowicach! Co więcej, część naszych bliskich również uczestniczyła w tym nabożeństwie wirtualnie.

Jakie prezenty dla rocznego dziecka?

Pewnie interesuje Was, jakie prezenty otrzymała Klara? Staraliśmy się, żeby każdy z nich był przemyślany, sprawił wiele radości Klarze, a także był w pewien sposób funkcjonalny. To co? Zaczynamy nasz prezentownik dla roczniaka!  

1) Basen z kulkami – długo zastanawiałam się, czy nie będzie jedynie zbytecznym meblem, zabierającym przestrzeń. Okazał się strzałem w 10! Klara potrzebowała kilku dni, aby się do niego przekonać, ale teraz uwielbia w nim siedzieć. Sama idzie do swojego pokoju, wskakuje do basenu i się relaksuje (dosłownie!:)).

2) 2w1 Jeździk i hulajnoga SCOOTANDRIDE – idealna zabawka dla aktywnych. Klara uwielbia jeździć na swoim różowym „rowerku”. Podoba mi się, że jest to jeździk rozwojowy. Można regulować w nim wysokość siedzenia, ale także szybkim ruchem zmienić na hulajnogę. Dlatego jest idealne dla dziecka w przedziale wiekowym 1-5. Oprócz tego jest ładnie wykonany, stabilny.

3) Jeździk Wheely Bug – my mamy wersję krówkę 🙂 Drewniana podstawa i przymocowane do niej cztery obrotowe kółka, do tego siedzisko z ecoskóry. Nie dość, że ładnie wygląda, to też daje olbrzymią frajdę. Klara uwielbia, gdy wariujemy z nią po całym mieszkaniu, a szybkość jeździka potrafi być dość spora 😀

4) Seria Maileg – powszechnie znana z małych, bawełnianych myszek, do których dostępne są akcesoria. Klara miała już jedną myszkę w walizce oraz drewniany wózek, a teraz dostała jeszcze myszkę motocyklistę (tak jak jej tatuś:D) oraz krzesło metalowe typu tolix.

5) Drewniany wózek dla lalek – ten prezent chyba nikogo nie zdziwi. Jest dziewczynka, jest i wózek. U nas drewniany, w szarym kolorze z białymi dodatkami. Klara wozi w nim nie tylko lalki, ale też wrzuca do niego przeróżne rzeczy. Chowa, wyciąga i tak w kółko 🙂 To też dobry mebel, który pomoże naszemu dziecku w nauce samodzielnego chodzenia.

6) Nie obyło się też bez praktycznych prezentów, które ja bardzo doceniam. Ubranka, to coś co jest potrzebne non stop. Klara jest w wieku, gdy ze wszystkiego szybko wyrasta, a ja jednak zachowuję umiar przy wkładaniu rzeczy do koszyka i staram się nie przesadzać z zakupami dla niej. Dlatego zawsze bardzo docenię, gdy dostajemy ubranka 🙂 Może was to zdziwić, ale Klara dostała również swój pierwszy nocnik. Wybraliśmy ten model, przypominający wieloryba. Chcemy, aby Klara powoli się oswajała z nowym nabytkiem, tym bardziej, że jak wszystko wróci do normy, to pójdzie do żłobka 🙂 Wiadomo, nie obyło się też bez przeróżnych zabawek edukacyjnych (książeczki, karty etc). U nas króluje CzuCzu oraz Pucio 🙂

7) Z bardziej sentymentalnych rzeczy, zamówiłam drewnianą tabliczkę z imieniem Klara (a’la puzzle) i napisaną przeze mnie sentencją na jej tyle. Myślę, że to piękna pamiątka na późniejsze lata.

Ferie z dziećmi, czyli szybka wizualizacja tego, co cię czeka na wyjeździe

Spokojny wieczór spędzony na pakowaniu wielkich toreb. Dzieci siedzące przy oknie, rozmarzone perspektywą wesołych, zimowych wakacji. A na miejscu śnieg po kolana, piękne krajobrazy, godzinne spacery na świeżym powietrzu i pyszne góralskie jedzenie. Pewnie doskonale znacie ten idylliczny opis ferii spędzanych z dziećmi. Każdy o nim marzy. Ba! Każdy, nawet rok rocznie, łudzi się, że tym razem będzie inaczej. I co? Sami wiecie…

Jeszcze nie wyjechali, a już ciśnienie skacze

Ten, kto wybierał się z dziećmi poza miasto na kilka dni, ten wie, że już na samym początku czeka nas niezła logistyka. Ubrań trzeba mieć więcej, bo nie znamy dnia ani godziny, gdy soczek marchewkowy wyląduje na czystych bodziakach (nie wspominając o innych, mniej przyjemnych „kleksach”). Warto zaopatrzyć się też o swoją garderobę, bo nie jest powiedziane, że marchewka z rozpędu nie pojawi się także na naszych ubraniach…Do tego kombinezony, kocyki, śpiworki. Jeśli podróżujemy z obywatelem w wersji mini (niemowlę) to czeka was transport łóżeczka turystycznego, całej paki pamperów i słoiczków. Nie obejdzie się też bez sanek czy wózka. Za logistykę ładowania tego wszystkiego odpowiedzialny jest u nas Bartek. Ja bym poległa na pierwszych trzech torbach. Na bank!

Wiek ma znaczenie

Nie mam zamiaru wyliczać sobie, Bartkowi czy komukolwiek  z was wieku. Ale maluchom i owszem. Pamiętam, jak w sierpniu zeszłego roku byliśmy w Neapolu. Klara miała kilka miesięcy. Lot zniosła rewelacyjnie, przesypiając w dwie strony całą podróż. Włoskie zakątki zwiedzała dzielnie ze spoconym nosem, leżąc w wózku. Sprawa się dość mocno komplikuje, gdy mamy do czynienia z dzieckiem, które jeszcze nie chodzi, ale bardzo by chciało. Nie usiedzi, nie wyleży, chce raczkować wszędzie. Pełzać tu i tam, a wiadomo, że na wyjeździe jest to mocno ograniczone. Sukcesu nie gwarantuje dorwanie krzesełka dla niemowlaka w karczmie. I tak będzie na tyle ciekawe świata, że albo wymusi noszenie na rękach, albo (w najlepszym przypadku) mała rączka  trafi do naszej zupy pomidorowej.

Możesz spać, gdzie popadnie? Nie tym razem

Pamiętacie, jak w czasach młodości mogliście na dziko spakować się i znaleźć lokum na miejscu? Albo bukowaliście pierwszy, lepszy motel, bo przecież i tak nie będziecie spędzać w nim czasu? Mam nadzieję, że macie ładne zdjęcia z tego szalonego okresu, bo on w najbliższych latach będzie wyłącznie mglistym wspomnieniem. Teraz zakwaterowanie musi być prześwietlone od A do Z. Pokój powinien być na tyle przestronny, żeby każdy uczestnik ferii znalazł dla siebie miejsce. My jechaliśmy w powiększonym składzie, także oprócz nas (ja, Bartek, Klara) jechał z nami syn Bartka oraz przyjaciele z dwójką dzieci. Dlatego tak ważna była dla nas sala zabaw na miejscu( z piłkarzykami, stołem do ping-ponga, bilard etc) oraz jadalnia z dostępem do wielkiej kuchni. Dzięki temu, dzieci nie skakały nam po głowach, a my mogliśmy spokojnie (dla każdego, co innego oznacza to słowo) zjeść posiłek. Nie wyobrażam sobie robienia kanapek w pokoju i picie herbaty opierając się o szafę.

Jest śnieg? Jesteś zwycięzcą!

Jeżeli jedziesz na ferie, a na miejscu nie ma śniegu, to masz przechlapane tak samo, gdy latem trafiasz na pogodę pod psem, bez grama słońca. Nam się udało i chociaż śniegu po pas nie doświadczyliśmy, to dało radę zjeżdżać na sankach. Rodziny z niemowlakiem znowu mają gorzej, bo tu nie wystarczą zwykłe sanki. Całe szczęście nasz pojazd to mercedesem wśród sanek. Co to oznacza? Ma wygodne oparcie, śpiworek, a nawet rozkładaną budkę chroniącą np. przed wiatrem. Dodatkowo mufki, które osłaniają nasze ręce, regulowany popychacz  oraz malutkie kółka, które są pomocne, gdy nagle śniegu zabraknie. Nasze sanki znajdziecie tutaj KLIK. Cieszę się także, że jest to sprzęt, który będzie rósł razem z Klarą (można zdemontować poszczególne części np. popychacz, śpiworek). Tak spodobało mi się pchanie tych sanek, że nie mogę się doczekać, gdy na Śląsku wreszcie spadnie śnieg i będę mogła wyruszyć w podróż z Klarą po okolicznych wioskach 🙂

Wrzuć na luz i odpuść

No dobra, po tym strasznym wywodzie przyszedł czas na małe podsumowanie. Mam nadzieję, że dziewiczych podróżników z małymi dziećmi nie odstraszyły pierwsze akapity. Bo chociaż bywa ciężko, intensywnie, a nawet nerwowo-warto wybrać się na ferie. Zmiana otoczenia, dobre jedzenie (mamy czasami wrażenie z Bartkiem, że nasze życie toczy się wokół miski pełnej jedzenia…) czy inny klimat dobrze wpłyną na nasze samopoczucie. Na samym końcu jest też uczucie spełnienia ( „Hurra! Daliśmy radę!”), a powroty do domu utwierdzają nas, że warto mieć swoje miejsce na ziemi.

Podróżowanie we dwoje

Chociaż chciałabym Klarze pokazać wiele miejsc, zabrać w kolejną podróż samolotem, to wiem, że dorośli też muszą znaleźć czas TYLKO dla siebie. Nie jestem z tych, co albo jadą z dzieckiem, albo zostają w domu. Cieszę się, że mogę zostawić Klarę na kilka dni pod opieką dziadków i wybyć w nieznane. Już niebawem czeka nas względnie daleka podróż i jestem bardzo ciekawa, jak z Bartkiem damy radę. Tęsknota będzie na pewno, ale wiem, że te kilka dni odreagowania zrobi nam dobrze.

Jestem ciekawa jak to wygląda u Was. Często wybieracie się na wyjazdy z dziećmi? Może macie sprawdzone patenty jak umilić sobie ten czas i zminimalizować ilość nerwów, zmęczenia? A może jest tutaj ktoś taki, jak my? Wyobrażacie sobie zniknąć na kilka dni i zostawić wasze pociechy pod opieką np. dziadków? Moi rodzice tak robili i do teraz wspominają, jak świetnie było wygrzewać się na Lazurowym Wybrzeżu. A co ja pamiętam z tego okresu? Wyłącznie świetną zabawę z babcią i dziadkiem oraz fajne prezenty, które przywieźli mi rodzice 😀