Wszystkie wpisy kategorii: Mieszkanie Marceliny

Obowiązek szczęścia

Świąteczna gorączka rozpoczyna się pod koniec listopada. Witryny sklepowe zaczynają ociekać bombkami, choinkami, prezentami. Z głośników wybrzmiewa klasycznie „Last Christmas”, a ludzie zaczynają wyścigi. Tylko po co?

Radio, telewizja, prasa, Internet – wszędzie tam występuje świąteczne kazanie. A przesłanie jest jedno: mamy być zawsze uśmiechnięci, zarzuceni mnóstwem prezentów i chorobliwie przejedzeni. Stoły powinny uginać się od wigilijnych potraw, brzuchy pobolewać, a kosze powinny być przeładowane kolorowymi papierami ozdobnymi. Wszystkiego ma być dużo, dużo za dużo. 

Ubierzmy choinkę, upieczmy pierniki, zjedzmy smaczną wigilijną kolację, porozmawiajmy. Nie ścigajmy się w sztucznie wyimaginowanym konkursie „wielkiego brzucha” lub ” największej torby prezentowej”. Wykorzystajmy ten czas. Codziennie żyjemy w pośpiechu, zestresowani gonimy nasze marzenia, rywalizujemy, liczymy „zera” na koncie. Zwolnijmy. Przestańmy się kłócić, zapomnijmy chociaż na chwilę, o tym co przyniosły nam ostatnie miesiące. Odpocznijmy w te Święta.

I właśnie takich spokojnych Świąt Wam wszystkim życzę…

Jak sobie radzę z porządkiem

Półki w księgarniach uginają się od poradników, które w około 300 stronach tłumaczą nam jak robić porządki. Niektóre z nich idą o krok dalej i podsuwają nawet rady jak zrobić, żeby ten wyczekany porządek utrzymać. To samo zobaczyć możemy spotkać w telewizji.

To dość dziwne, bo personalnie spotykam się z innym scenariuszem. Znajomi i nieznajomi wypytują mnie jak sobie radzę z porządkiem. Jak nie wiecie, to teraz Wam powiem: wysprzątane na błysk mieszkanie to syndrom nieszczęśliwego życia. Dobrze radzę, rozejrzyjcie się w prawo, w lewo, spójrzcie na podłogę. Czysto? No to źle! Zróbcie coś…nie wiem, może okruszki na blacie i kilka kropli rozlanego soku na podłodze załatwi sprawę?

Szczerze? Chcecie wiedzieć jak żyje mi się w takiej sterylnej czystości? Krótko. Zdecydowanie za krótko. Ale mam na to sposób. Jak posprzątam chatę z góry na dół, od sufitu aż po podłogę to pędzę po aparat i robię zdjęcia. Duuuużo zdjęć, aby mieć co wspominać przez najbliższe dni.

Potem idzie szybko. Sami zobaczcie, biała kuchnia lśni…A ja włączam włoską muzykę, wyciągam oliwę z oliwek, pomidory, makaron, oliwki, zrywam świeże listki bazylii (jeśli bazylia nie jest zasuszona). Po chwili moje białe kafle moczą się od sosu pomidorowego, a szafki ociekają rozlaną oliwą. Uwielbiam to!

Ale, żeby nie było – pokornie łapię później za szmatę i wycieram. Może kuchnia nie lśni jak na początku, ale to nic straconego, za tydzień nowe rozdanie, nowe sprzątanie, nowe lśnienie. A póki co- beztroskie życie!

Dajcie koniecznie znać jak kwestia sprzątania wygląda u Was! Lubicie tańczyć z mopem po mieszkaniu czy wystrzegacie się odkurzacza jak wroga? Staracie się utrzymać czystość, a może nie zwracacie na to uwagi? Jak Wasi domownicy zapatrują się na czystość w Waszych domach? 

Historia pewnej miłości.

Ostatnio przytrafiła mi się historia miłosna. Dosłownie jak z taniego romansidła. Taka miłość od pierwszego wejrzenia. Patrzysz, nogi się uginają, serce zaczyna bić mocniej, a ty kompletnie nie wiesz co zrobić. Wejść w to czy może odwrócić się w drugą stronę i zostawić wszystko tak jak jest? Ja wybrałam.

Ale zacznijmy od początku. Zaczęło się od tego, jak wraz z Mamą pojechałyśmy na premierę katalogu IKEA do Warszawy. Mnóstwo nowości, nowych rozwiązań, kolorów, aranżacji. A gdzieś w oddali one. Zasłony. Wisiały niewinnie kusząc swoim wzorem w klimacie urban jungle. Od razu wpadły mi w oko.

Fascynacja nie była chwilowa. Wertowałam katalog, oglądałam na stronie internetowej….i tylko utwierdzałam się w przekonaniu, że są idealne. Wreszcie podjęłam decyzję o zakupie. Wybrałam się do sklepu i rozpoczęłam poszukiwania. I co? Znalazłam! Znalazłam ostatnią sztukę! Sami zobaczcie…przeznaczenie 🙂 One musiały być moje!

Oprócz zasłon pozmieniałam kilka dodatków tak, aby motyw miejskiej dżungli był bardziej widoczny. Po różu, który zdobił mój salon nie ma śladu ( dla przypomnienia KLIK). Jak Wam się podoba? Jak podchodzicie do takich miłości od pierwszego wejrzenia? Idziecie za głosem serca (oczu?) czy skrycie marzycie o danej rzeczy w zaciszu domowym? 

 

Jak (naprawdę) mieszka bloger?

Wchodzisz do takiej jednej Sisterki na bloga i myślisz „Cholera, ta to ma porządek, pewnie biega z odkurzaczem 3 razy dziennie”. Albo „Niech się nacieszy, póki dziecka nie ma! Potem klocki lego będą wbijać jej się w nogi jak stanie na swoim modnym dywanie shaggy”.

A jak jest naprawdę?

Moja kuchnia nie jest sterylna, gdy piekę ciasto. Ale tu spokojnie winę zrzucić mogę na moją kochaną babcię. Jako dziecko często towarzyszyłam jej podczas wypieków. Kuchnia wiła się w mącznym dymie, po blatach walały się naczynia, kakao rozsypane na podłodze kleiło się do różowych pantofli wysmarowanych jajkiem, które pierwotnie wylądować miało w misce.

Jeśli jesteśmy już na etapie ciast, to pewnie kojarzycie moje zmagania z bezą. Trzy podejścia: spalony i zapadający się twór, mniej spalony, ale równie zapadający się kawałek twardego białka oraz zwęglona, bezowa kulka. Pocieszające jest, że pod zdjęciem moich „bez” zebrałam chyba najwięcej komentarzy w historii.
Ha! No tak, często na blogu widzicie finalny efekt  bajkowego ciasta, z równo ułożonymi borówkami czy lukrem, który ścieka pod kątem 90 stopni. Bajkowe ciasto to efekt finalny, ale swoje przygody miało. Prawie zawsze. Chyba, że po raz 78 robię moje brownie-oreo. Wtedy z wiekszą dozą pewności podchodzę do mieszania składników, które – tak szczerze- znam na pamięć, ale i tak wspomagam się przepisem.

Białe, kuchenne fronty w kuchni…nie są zawsze białe. Najgorzej jest z szafką, która sąsiaduje ze zmywarką. Nieświadomie, z wielkim rozmachem wkładam kubek po kawie do zmywarki. Problem w tym, że zwykle są tam resztki, które w postaci wielkiego kleksa pojawiają się na białym froncie.

Pisząc, obrabiaj zdjęcia, szukając inspiracji…wcale nie stoi obok mojego laptopa jeden kubek z kawą. Często nie mogę się pomieścić, bo prócz komputera, notesu, czasopism na biurku ustawiam kolekcję kubków i szklanek. Jak brakuje mi miejsca, odstawiam część z nich na szafkę obok…Dlatego zdjęcie robię na samym początku pracy, aby nie bombardować Was moją kolekcją naczyń…

Gdy mam chwilę dla siebie biorę do ręki książkę, rzucam się wygodnie na kanapę i czytam. Niestety, nie rozkładam białego prześcieradła, nie wybieram książki po okładce i nie stawiam obok wazonu z kwiatami, które przy obracaniu się na drugi bok, zalały by mi pół twarzy i 3/4 książki zarazem.

Dobra, na koniec jeden dowód, że jednak jakieś pokłady prawdziwej blogerki-escetki we mnie drzemią. Jestem wrażliwa na kolory… ściereczek kuchennych. Kojarzycie „wagon” gąbek do naczyń w kilku kolorach? Jeśli przychodzi pora na pomarańczową lub fioletową, to je odkładam i wyjmuję kolejną. Niebieska, żółta, zielona czy nawet różowa- okey, ale do fioletu i pomarańczu nawet przy myciu naczyń nie jestem w stanie się przekonać. Pewnie zastanawiacie się, co dzieje się z odrzuconymi egzemplarzami? Opcje są dwie: albo są natychmiast utylizowane albo… sprawdzają się do mycia butów. Nie pytajcie, dlaczego nie są godne mycia naczyń, a butów już tak…

POJEDYNEK POKOLEŃ -KUCHNIA-

Pewnie każdy z nas ma w głowie wymarzony projekt kuchni. Jedni śnią o przestronnej, drudzy o drewnianej, a inni o minimalistycznej. Gusta się zmieniają, potrzebujemy zmian, więc i nasza wymarzona kuchnia często schodzi na drugi plan, a jej miejsce zajmuje coś totalnie odmiennego. Często też mamy ochotę zachować bazę, ale zmienilibyśmy dodatki, kolory.

Dziś chciałybyśmy pokazać Wam, co podoba nam się w naszych kuchniach, czy spełniają nasze oczekiwania, co zmienimy, gdy przyjdzie nam projektować nową zabudowę. Przeanalizujemy też kwestię funkcjonalności, a także sprzątania. Mamy te same kuchnie, ale na pierwszy rzut zupełnie się różnią. Czy wybór kuchni ma związek z naszym wiekiem? Rozpoczynamy nową serię! Pojedynek pokoleń, a na pierwszy rzut idzie: kuchnia!

Miejscem, które kocham najbardziej w moim domu jest kuchnia. Od zawsze uważałam, że jest to serce domu. Ale jak moje kuchnie wyglądały na przestrzeni lat? W naszym pierwszym mieszkaniu kuchnia była raczej nieustawna i daleko jej było od szeroko rozumianej funkcjonalności. Szafek było mało, więc notorycznie zmagaliśmy się z problemem przechowywania garnków, naczyń czy innych pomocy kuchennych.  A jak wyglądała? Była czarno-brązowa, ale kto żył w tamtych czasach ten wie, że wyboru nie było. Moja Mama wystała się w kolejkach, aby ją zdobyć…

Gdy przeprowadziliśmy się do domu, mogłam wreszcie zadecydować o wymarzonej zabudowie. Jaka miała być? Biała! Więc dlaczego finalnie kuchnia w kolorze olchy pojawiła się u nas? Podczas zakupu zmieniłam zdanie. Mąż wraz z moją Mamą przekonywali mnie, że biel nie będzie dobrym rozwiązaniem. Argumentowali, że biały to kolor nijaki, a poza tym biel w kuchni? Przecież  tak nie da się gotować! Dodatkowo, wtedy królowały kuchnie drewniane i kolorowe…No i wybrałam olchę 🙂 Sam układ nie był zły, ale szybko przekonałam się, że lodówka w zabudowie nie była dobrym rozwiązaniem. Była wąska, niepojemna.

Z biegiem lat zaczęłam znowu marzyć o białej kuchni. W prasie, na blogach zaczęły królować białe zabudowy, więc tym razem byłam nieugięta. Chcę białą i koniec! Aktualnie, swoją kuchnię IKEA użytkuję ponad 3 lata. Po tym czasie mogę śmiało stwierdzić, że kuchnia wygląda jak nowa. Nie mam problemu z jej czyszczeniem. Obawy miałam co do blatów drewnianych, ale ten kto mnie zna, ten wie, że bardzo o nie dbam i pilnuję, aby żaden gorący garnek nie wylądował bezpośrednio na blacie 🙂 Nauczona poprzednimi błędami, zdecydowałam się też na lodówkę wolnostojącą.

Co bym zmieniła? Zapewne sam układ kuchni, który nie jest najgorszy, ale zawsze marzył mi się zlew pod oknem. Ponadto, ilość szafek górnych przeszklonych również bym zwiększyła. To dodaje lekkości kuchni.

Bez czego nie wyobrażam sobie mojej kuchni? Po pierwsze, bez zlewu dwukomorowego. Fakt faktem, mam zmywarkę, ale nie używam jej codziennie. Dlatego, ważne jest dla mnie, aby zlew był podzielony na dwie części. Po drugie, kącik z mobilnym barkiem. To tam przygotowuje posiłki. Po trzecie, stół. Wiele osób dziwi się, że uparłam się na mniejszy stół w kuchni, chociaż nieopodal jest duży stół jadalniany. Ale to właśnie przy stole w kuchni rozpoczynam swój dzień. Tu piję kawę, czytam gazetę.I po czwarte, bez mojej elektrycznej płyty, ponieważ mam porównanie z gazową, która tworzyła na meblach tłusty osad.

Nie mam takiego doświadczenia jak Mama, bo kuchnia, którą widzicie jest moją pierwszą. Podczas urządzania mieszkania nie byłam od razu przekonana do bieli. W głowie miałam cały czas stereotyp, że biel w kuchni oznacza albo ciągle sprzątanie albo brud. Początkowo zastanawiałam się nad zwykłą, drewnianą. Ale siła obrazu była tak wielka, że przeglądając inspiracje wnętrzarskie finalnie zdecydowałam się na biel.

Jak na warunki w bloku kuchnię mam dużą. Z tego powodu postanowiłam spełnić moje marzenie o wyspie. Był to strzał w dziesiątkę, bo dzięki temu mogę wygodnie zjeść posiłek, ale także go swobodnie przygotować, z uwagi na szeroki blat.To też dodatkowe miejsce, gdzie przechowuję produkty typu makarony, ryż, opiekacze etc.

Cieszę się, że daliśmy radę zabudować również piec. Jedna, narożna szafka jest trochę dłuższa, ale dzięki temu piec nie razi po oczach.

Co lubię jeszcze w mojej kuchni? Lubię białe kafle, które często były wyśmiewane…bo jak utrzymać czystość, gdy ma się białe kafle nad piecem? Moi drodzy, nie mam z tym żadnego problemu. A jeśli nawet sos pomidorowy wyląduje na tej białej tafli, wystarczy przetrzeć mokrą ścierką i plamy znikają 🙂 Podoba mi się sam układ zabudowy, funkcjonalność szafek a także szerokie 3 szuflady, które bardzo ułatwiają mi życie. Cieszę się też, że nie zdecydowałam się na szafkę z koszem typu cargo. Zwykłe półki są bardziej pojemne. Oczywiście, wymagają większej gimnastyki, jeśli chcę coś wyciągnąć z samego końca, ale coś za coś 🙂

Co bym zmieniła? Po pierwsze, zmieniłabym wysokość szafek górnych. Zdecydowałabym się na zabudowę pod sam sufit. I ładniej to wygląda i można zyskać dodatkowe miejsce do przechowywania. Po drugie, zmieniłabym zlew. Ten, który mam obecnie – srebrny – rysuje się i bardzo brudzi. Wystarczy wylać niedopitą herbatę, a już zostaje osad, który zwalczam wybielaczem. Gorzej jest z rysami, których nie da się pozbyć. Bałam się zlewu, który ma Mama – biały, ceramiczny – ale teraz właśnie chyba taki bym wybrała. Po trzecie, blaty. Obawiałam się drewnianych, bo w naszej kuchni sporo się gotuje, piecze. Teraz chyba bym zaryzykowała i wybrała drewniane.  Po czwarte, nie jestem zadowolona z lodówki. Sama w sobie jest ładna, pojemna, ale jednak dostrzegam na niej rysy, a także drobne wgniecenia. Skąd się wzięły? Pojęcia nie mam, przecież nie celuję w nią jajkami 🙂

Jak widzicie, trochę więcej „ale” mam do swojej kuchni niż Mama. Myślę, że wynika to z tego, że jest to moja pierwsza kuchnia i często nie przemyślałam czegoś, albo po prostu się obawiałam. Czy moja druga kuchnia znowu byłaby biała? Ciężko powiedzieć… bardzo podoba mi się teraz szara i jeśli wnętrze, w którym miałaby stanąć zabudowa byłoby przestronne, to chyba właśnie na ten kolor bym postawiła. Jednak spokojnie mogę obalić mit, że białe kuchnie wymagają ciągłego sprzątania. Wiadomo, szafki myję regularnie, bo np. są zachlapane, ale nie jest to coś co spędza mi sen z powiek 🙂

Jesteśmy ciekawe jak wyglądają Wasze kuchnie! Czy macie już wymarzoną zabudowę, a może wciąż o niej śnicie? Na co zwracacie uwagę? Co dla Was jest Ważne? Jakie błędy do tej pory popełniliście, a może chcecie podzielić się sprawdzonymi radami w zakresie kuchni? Czekamy na Wasze opinie!

Właśnie tutaj powstaje nasz blog!

Tutaj powstaje blog. Okey, no dobrze, jeszcze druga połówka Sisterek działa na swojej powierzchni, ale ja tworzę tu. Nie jest to może miejsce idealne, wyśnione i w 100% komfortowe. Nie mogę wyjść z domu, zamknąć drzwi i mieć święty spokój. Dalej przeszkodzić w pracy może mi  listonosz czy kot, który wskakuje z prędkością rakiety na biurko, wylewa kawę i radośnie kładzie się na klawiaturę komputera. Ale mimo wszystko mogę usiąść przy biurku i obrabiać zdjęcia. Gdy szukam inspiracji, mogę rozłożyć się z czasopismami na dużym stole. Jeśli jestem zmęczona, śmiało siadam na kanapie z komputerem na kolanach. Można? Można!

Każdego dnia staram się dbać o najmniejsze szczegóły. Lubię świeże kwiaty w wazonach. Wiadomo, nie mają łatwego życia, bo mój kot zachłannie wypija wodę z wazonów. Ostatnio robił to z taką pasją, że zrzucił szklaną kulę, którą możecie zobaczyć poniżej. Ładna była, prawda? 🙂
Co jeszcze? Lubię porządek. Nie usiądę do biurka jeśli obok na stole jest sterta brudnych naczyń lub rozwalone notatki z włoskiego. Nie i koniec. Co innego, gdy poniesie mnie proces twórczy. Wówczas nie przeszkadza mi, jeśli czasopisma lądują na ziemi, szkice fruwają nad biurkiem a okruszki czekolady zsuwają się z talerza. Przed pracą musi być błysk, a w jej trakcje – chaos twórczy  🙂 

Dbając o komfort pracy i miły widok dla oczu wreszcie przemalowałam ściany na biało (Dulux EasyCare Nieskazitelna biel). Salon w stylu total white zawsze był moim marzeniem. I chociaż poprzedni kolor – jasny beż – nie był tragiczny, to denerwował mnie strasznie…Chciałam czystą biel i basta!  
Drugim punktem był regał. Starszy model powędrował do rodziców i zajął miejsce w moim (byłym) pokoju panieńskim ( jeśli nie pamiętacie to tutaj jest pokazana metamorfoza pokoju KLIK). Książek wciąż przybywa, więc zdecydowałam się na wyższy regał na nóżkach. Możliwość zamontowania półek o nieregularnej wysokości bardzo mi się spodobała. I najważniejsze: pojemność. Teraz moje namiętne czytanie może wejść na wyższy level. Jestem gotowa na więcej, więcej, więcej! Także, jeżeli ostatnio czytaliście coś ciekawego to dajcie znać, chętnie się zaopatrzę 🙂 

Lubicie pracować w domu? Wolicie wstać z łóżka i udać się bezpośrednio z kubkiem kawy do biurka czy cenicie sobie, że wychodzicie na kilka godzin z domu? Jestem ciekawa co sądzicie o takiej pracy. Home office czy wyjście do biura – co wybieracie?

 

METAMORFOZA SYPIALNI

Najbardziej lubię poranki. Gdy budzą mnie promienie słońca, a ja powoli otwieram oczy i z uśmiechem na ustach witam nowy dzień. Czasami wstaję od razu, pędzę zrobić śniadanie i z kawą wracam do łóżka. To czas dla mnie. Momenty, gdy sięgam po książkę, szukam inspiracji…a nawet pracuję.

Nie zliczę ile metamorfoz przechodziła ta sypialnia (ostatnią znajdziecie TUTAJ). Z błękitnego królestwa i narzutą w pastelowe kwiaty przeszłam do totalnej bieli. Ale znudziło mi się. Wzięłam do ręki pędzel i przemalowałam jedną ze ścian (kolor to Skaliste fiordy marki DULUX- Kolory świata). Wyrzuciłam galerię ramek i zastąpiłam ją plakatami w dużych ramach. Do tego nowa narzuta, poduchy, kilka bibelotów.

Nie mogłam zapomnieć o oświetleniu. Poprzednia lampa miała jedno zadanie – wtapiać się w tło. Nie była brzydka…była nijaka. Dlatego szukałam czegoś wyjątkowego, czegoś co będzie przyciągać uwagę przy samym wejściu do sypialni. Znalazłam żarówkę, a w zasadzie lampę przypominającą żarówkę ( lampę znajdziecie TUTAJ, pochodzi ona z serii Bulb KLIK). Totalnie niebanalna! 

Koniecznie dajcie znać jak podoba Wam się sypialnia po zmianach. Jeśli sami szukacie niebanalnego oświetlenia to odsyłam Was na stronę marki Britop KLIK. Zachęcam Was też do przemalowania ścian-taki mały zabieg, a może bardzo odmienić Wasze cztery ściany 🙂

Najbardziej wyczekiwany czajnik świata.

Marzenia należy wizualizować, wtedy są większe szanse, że się spełnią. Słyszeliście o tej metodzie na szczęście? Ostatnio to dość modny slogan.

Okazało się, że nie tylko modny, ale i skuteczny. Zacznijmy od początku. Kilka tygodni temu, o świcie (w niedzielę!) bezwiednie, jeszcze z lekko zaspanymi oczami przeglądałam media społecznościowe. Zobaczyłam, że DUKA ogłasza konkurs wraz z marką SMEG. Do wygrania był m.in. czajnik. Napisałam do Mamy szybko SMS i czekałam aż odpowie. To znak, że już nie śpi i mogę spokojnie zadzwonić. Gdy wreszcie nadszedł ten moment, zadzwoniłam i zaczęłam opowiadać z lekką zadyszką w głosie: Mamo, jest konkurs, wygram czajnik, musimy dziś zrobić zdjęcie konkursowe, wreszcie będę miała SMEGa w kuchni. Bla, bla, bla. Mama, jak to Mama, próbowała delikatnie ostudzić mój zapał. Przecież nie ma nic gorszego jak widok zawiedzionego dziecka, któremu przeszedł czajnik koło nosa, prawda?

Zdjęcie zrobiłam, udostępniłam, pooznaczałam, ohashtagowałam, no i zaczęłam wizualizować: jak każdego ranka podgrzewam w TYM czajniku wodę, jak ustawiam sobie temperaturę 80 stopni, aby zalać ulubioną zieloną herbatę. Przebierałam nogami i wyczekiwałam paczki…chociaż wyniki nie były jeszcze znane.

Gdy zbliżał się termin ogłoszenia rezultatów tej całej mojej wizualizacji „nie schodziłam” z facebook’a. Aż nagle zauważyłam, że pojawił się nowy wpis…Ucieszyłam się, podskoczyłam i przeczytałam wyniki, aby mieć czarno na białym, że to do mnie przyjedzie paczka z miętuskiem. Dobrze czytacie, najpierw podskoczyłam, a później przeczytałam (przecież nie było inne opcji, ON musiał być mój!).

Piękne prawda? Uwierzcie, to był najbardziej wyczekiwany czajnik świata. I myślę sobie, że to doskonały przykład na to, że na prawdę warto mocno wierzyć. Dlatego, idąc przykładem   czajnika, każdego dnia będę wizualizować sobie inne marzenia. Mieszkanie we Włoszech z widokiem na morze? Bardzo proszę! Może codzienna, poranna kawa popijana w Portofino? Jasne, dlaczego nie. I na dokładkę śmiganie Vespą na południu Europy. Piękna wizja? 3,2,1…zaczynam marzyć!

A o czym Wy marzycie? Tu i teraz? Ściskam!

 

Odmień swój salon. 1…2…3 !

Rokrocznie to samo. Gdy tylko zbiorę świąteczne dekoracje i pozbędę sie choinki ogarnia mnie totalny szał. Chociaż mamy dopiero styczeń to w mojej głowie przewija się mnóstwo pomysłów na to co mogę zmienić oraz kupić. Powoli wprowadzam zmiany małymi kroczkami…a jedną z nowości jest róż w moim salonie. Tak, dobrze widzicie. Póki co, tylko mały akcent w postaci poduszek, ale uwierzcie mi, że jak dla mnie to i tak sporo. Lubię róż we wnętrzach, ale jakoś kompletnie nie widziałam go nigdy u siebie. Zieleń, głęboki niebieski – tak, ale róż?

W naszym duecie od różu zawsze była Mama. To ona biegała za różowymi dzbankami, pledami, poduchami, talerzami, donicami….Nie powiem, podobała mi się zwykle ta różowa plama na tle białych mebli, ale żeby od razu wprowadzać ten kolor do swoich czterech ścian? Już Wam tłumaczę od czego się zaczęło…

Sprawcą całego zamieszania jest różowa poducha w miedziane grochy. A jak wiecie, mam fioła na punkcie miedzi, więc przymknęłam oko na róż w tle. Przywiozłam poduchę do domu, rzuciłam na kanapę…i czegoś mi zaczęło brakować. No to znowu wsiadłam do samochodu i ruszyłam po gładkie, różowe poduchy. Nie stresujcie się, do barbie daleko mi, nadal bujam się w swoich szarościach i czerniach, a to że mam kilka poduch w tym cukierkowym kolorze, nie oznacza, że moje mieszkanie jest lukrem oblane.

Widzicie te róże (znowu róż??) ? Generalnie nie przepadam za tymi kwiatami, ale nauczona, że moje tulipany tracą główki po jednej godzinie-zakupiłam właśnie róże. Kitek kompletnie nie wykazywał nigdy zainteresowania kłującymi kwiatami, bardziej ruszały go właśnie tulipany albo goździki. Jak widać, tak jak ja z różowym to Kitek zaszalał z różami. Kręci się wokół szklanej kuli i trąca je łapką…

Żeby nie było-różowe poduchy to tylko namiastka! Każdego dnia szukam nowych umilaczy dla moich oczu. Postanowiłam się z Wami nimi podzielić. Nie zabrakło oczywiście mojej ukochanej miedzi, a także betonu. Do niektórych rzeczy pozostaje mi tylko powzdychać, ale może u Was w domach znajdzie się miejsce na takie cuda 🙂

Dajcie znać czy także po świętach włącza Wam się dodatkowy motor zakupowy i zaczyna Wam sie podobać więcej rzeczy (niżeli powinno). Macie w głowie jakieś wiosenne plany? Zamierzacie wprowadzić do swoich domów coś nowego? Może zdecydujecie się na nowy kolor tak jak ja? 

1.Kosz KLIK / 2. Lampa na pasku KLIK / 3. Stół z marmurowym blatem KLIK / 4. Druciana lampa KLIK / 5. Szary fotel KLIK / 6. Miętowy zegar KLIK / 7. Betonowy stolik z drewnianym blatem KLIK / 8. Stolik kawowy KLIK / 9. Pikowana sofa KLIK / 10. Marmurowy zegar KLIK / 11. Fotel KLIK

12. Miedziany budzik KLIK / 13. Gazetnik KLIK / 14. Lampa wisząca KLIK / 15. Druciany, miedziany gazetnik KLIK / 16. Szkatułka KLIK / 17. Wazon KLIK / 18. Szara sofa KLIK / 19. Stolik TV na kółkach KLIK

KUCHNIA IKEA – JAKOŚĆ-DESIGN-REKLAMACJA-WYMIANA – Czy warto kupić kuchnię IKEA?

Dostajemy od Was całą masę wiadomości dotyczących kuchni. Pytania są przeróżne. Od tych ogólnych dotyczących marki, modelu po kwestię jakości, wykonania mebli aż po zagadnienia związane z reklamacją czy wymiany np. frontów. Dlatego poniżej znajdziecie kilka informacji odnośnie samego modelu, jakości wykonania, podejścia marki w zakresie reklamacji. Mam dla Was również rozwiązanie, co zrobić, gdy Wasza kuchnia została wycofana ze sklepu a Wam marzy się akurat wymiana frontów na przeszklone, aby wyeksponować ceramikę lub musicie zaopatrzyć się np. w nową listwę. 

KILKA CENNYCH INFORMACJI

Kuchnia, którą widzicie na zdjęciach to model STAT IKEA ( taka sama jak u mojej Mamy). Mam ją już ponad 3 lata. Nie oszczędzam jej, w kuchni czynnie się gotuje, sos ląduje na białych frontach, a blachy z ciastami wędrują po blatach. Fakt faktem drewniany blat mam wyłącznie na wyspie, ale wystarczy go pobieżnie potraktować papierem ściernym i zaolejować 1-2 do roku i to wszystko! Same fronty łatwo się przeciera i chociaż mój model cechuje się rowkami na szafkach to nie ma problemu z kurzem czy brudem, który zbiera się w zagłębieniach.

REKLAMACJA

Nie jest tajemnicą, że rok temu miałam przygodę z reklamacją frontu. Nie było to widoczne gołym okiem, ale faktycznie od wewnętrznej stronie, na drzwiczkach zauważyłam pęknięcie. Niby nic, ale nie chciałam doprowadzić do sytuacji, że pęknięcie pójdzie dalej. Zresztą dlaczego nie miałabym skorzystać z prawa do reklamacji?!
Po krótce, po telefonicznym zgłoszeniu reklamacji poinformowano mnie, że przyjedzie pracownik IKEA i zobaczy „szkodę”. Zgodnie z obietnicą, o umowionej wcześniej godzinie zjawił się Pan, który raz-dwa zrobił zdjęcia i spisał dokładne dane.
Następnie, również telefonicznie zostałam poinformowana o pozytywnym rozpatrzeniu mojej reklamacji. Od razu umówiłam się na wymianę frontów.
Pech chciał, że w trakcie wymiany doszło do uszkodzenia innego elementu. A że była to późna pora i zrobiło się ciemno nie zauważyłam tego, gdy pracownicy IKEA prezentowali wymieniony front. Spokojnie zadzwoniłam ponownie do IKEA i wytłumaczyłam całą sytuację. Że Panowie bardzo mili, rzeczywiście front wymienili, lecz przypadkowo co nieco się zepsuło. Ku mojemu zdziwieniu, został poproszona o zrobienie zdjęć, wysłanie ich mejlowo i to wystarczyło, aby reklamacja znowu została uznana i Panowie ( tym razem inna ekipa :)) wymienili kolejny front. Jak widzicie-nie ma problemu z uznaniem reklamacji, przynajmniej ja takowego nie miałam.

MEBLE WYCOFANE ZE SKLEPU

A co, jeśli nasza kuchnia została wycofana ze sklepu, a my chcemy dokupić jeden z elementów? Wpadłam w panikę, gdy musiałam wymienić listwę ( w końcu poległa podczas kolejnej awarii pralki i zalaniu kuchni…:P ), a na stronie żadnego śladu po kuchni STAT. Bez obaw, na stronie twojfaktum.pl możecie zamówić poprzez kuriera dowolną rzecz. Jedyne co może odstraszać to opłata za przesyłkę… 80 PLN do 30kg to nie jest strasznie dużo, ale jesli kupujemy element za np. 25 PLN to opłata nie brzmi już tak rewelacyjnie. Bądź co bądź, ważne że bez większych problemów możemy domówić coś do naszej kuchni, prawda? 🙂

CZY WARTO KUPIĆ KUCHNIĘ IKEA?

Czas na najważniejsze pytanie: CZY WARTO KUPIĆ KUCHNIĘ IKEA? Wiadomo, meble IKEA mają zarówno swoich przeciwników jak i zwolenników. Z mojego punktu widzenia: WARTO. Co za tym przemawia? Napewno ładny design, w miarę niska cena mebli, możliwość zaprojektowania pod wymiar, długa gwarancja i bezproblemowość w kwestii reklamacji. Niestety nie mogę wypowiedzieć się odnośnie sprzętu IKEA (np. piec), gdyż nie miałam z nimi styczności. Obiło mi się o uszy, że są dobrej jakości i nie ma z nimi problemów, jednak jesli sami macie doświadczenia w tym zakresie to chętnie poczytam o nich w komentarzach.

Jestem ciekawa Waszych opinii na temat kuchni IKEA. Macie takie w swoich domach? A może są one na Waszych listach marzeń? Koniecznie dacie znać 🙂